29 stycznia 2014

Aktualizacja włosowa - styczeń 2014

kliknij, aby powiększyć

Przychodzę dzisiaj z krótką aktualizacją włosową. Minęły kolejne 4 miesiące, więc znów przyszedł czas na przegląd przyrostowy. Powiem Wam szczerze, że mi mierzenie włosów nie wychodzi - wychodzą mi kosmiczne wyniki, jakbym miała włosy o długości pomiędzy majem a wrześniem, a zdjęcia zupełnie mówią co innego ;P

Niemniej jednak, przyrost mam dość spory, bo w listopadzie byłam u fryzjera, gdzie ścięłam niemało, bo z 5cm włosów, a jak widać zdążyły sporo nadrobić przez grudzień i styczeń. Przez ostatni okres czasu na skalp używałam wcierki Jantar i myślę, że w większości to jej zasługa.


jak zwykle jestem jakaś krzywa na tych zdjęciach ;P

Jak możecie zauważyć na załączonym obrazku, moja obecna długość włosów sięga za litery O i R przy kaduceuszu, którego używam jako miarki. Włosy mam tego samego koloru, nic z nimi nie robiłam, po prostu światło jest inne. Jestem też całkiem zadowolona z ich wyglądu. Na powyższym zdjęciu włosy są po naftowaniu.

Następny cel: koniec kaduceusza
Cel ostateczny: włosy do talii


A ponadto pora na niewielkie podsumowanie włosowe dotyczące mojej sumienności:

1) olejuję włosy już 2 lata (rozpoczęłam w styczniu 2012)
2) włosy suszę/kręcę tylko kilka razy w roku
3) nie farbuję włosów od 16 miesięcy


I plany na 2014 rok:

1) dalej dbać o włosy i ich kondycję, wciąż regularnie olejować
2) nadal zapuszczać - mam nadzieję, że pod koniec 2014 będą już naprawdę długie
3) ...ale mimo wszystko podcinać, żeby pozbyć się reszty starych, suchych końcówek
4) zrobić sobie kolorowe ombre - jeszcze nie wiem, jakie, ale mam ochotę na zmianę


26 stycznia 2014

MAKIJAŻ: Szaro-srebrny na studniówkę :)

Cześć! Przychodzę dziś z krótką notką makijażową. Wczoraj malowałam koleżankę na studniówkę. Agata miała szarą sukienkę i chciała do niej mocniejszy, szary makijaż. Powiem szczerze, że jestem zadowolona z efektu. Agata była drugą osobą w życiu, którą malowałam i pierwszą, której robiłam kreskę eyelinerem. Akurat ta kreska nie wyszła najlepiej - jaskółki nieco różniły się od siebie, ale mankamenty nie były aż tak zauważalne.


Jak widzicie, Agata jest śliczna sama w sobie i makijaż nie zmienił jej diametralnie, jedynie dodał pazura :) Na usta nie nakładałyśmy nic, bo koleżanka po prostu nie chciała :)) Do wykonania tego makijażu użyłam:

TWARZ:
Dermacol, nr 210
Rimmel, Wake me up, nr 103 True Ivory
Mariza, puder ryżowy
Flormar, Pretty Compact, duo P115 (bronzer)
Wibo, róż nr 1 (edycja różana)

OCZY:
Sleek, paleta Bad Girl
Lovely, Nude make-up kit
Essence, eyeliner żelowy, czarny
BelleSpa, tusz do rzęs

BRWI:
Catrice, eyebrow set


Jak Wam się podoba? :)

PS. Nie wiem, czy przez najbliższe kilka dni jakieś notki się pojawią, ponieważ mój laptop tak jakby trochę umarł, a ja nie mam żadnych gotowców do wstawiania. Jeśli dam radę, to coś się pojawi, jeśli nie - to będę za jakiś czas ;)

24 stycznia 2014

ROZDANIE: ShinyBox dla moich czytelników :)

UWAGA! UWAGA! ShinyBox przekazał mi też pudełko dla moich widzów. Jeśli jesteście zainteresowani wygraniem pudełka-niespodzianki, przeczytajcie poniższy regulamin i dostosujcie się do poleceń :)) Rozdanie trwa od 25.01 do 26.02.2014, do godz. 23:59 || do 08.03.2014 ogłoszę wyniki.


1. Organizatorem rozdania jest Agusiak747.blogspot.com. Sponsorem pudełka jest ShinyBox.
2. Musisz być obserwatorem publicznym mojego bloga - http://Agusiak747.blogspot.com/
3. Polub ShinyBox na facebooku.
4. Żeby wziąć udział w rozdaniu musisz mieć ukończone 18 lat lub zgodę rodzica.
5. Nagrody wysyłam tylko na teren Polski.
6. Wysyłka odbywa się za pośrednictwem Poczty Polskiej.
7. Będzie mi miło jak zasubskrybujesz mój kanał na YT lub polubisz Agusiak747 na FB.
8. Odpowiedz na pytanie: Czy pudełka typu ShinyBox to fajna inicjatywa? Odpowiedź uzasadnij :)


Szablon:

Obserwuję jako:
Na FB lubię jako (inicjały):
Odpowiedź na pytanie:



22 stycznia 2014

Receptury Babuszki Agafii: Serum do twarzy przedłużenie młodości do 35-50 lat


Moja skóra nienawidzi solidnego nawilżenia pod podkład - musi być ono delikatne, a konsystencja produktu lekka, by wchłonął się w 10 sekund. W innym wypadku moja cera będzie się świecić jak latarnia już po 2 godzinach od nałożenia makijażu. Z drugiej strony, staram się unikać kremów matujących - nakładam je czasami, tylko na strefę T.
    
Serum Babuszki Agafii jest dla mnie idealne, jeśli chodzi o stosowanie na dzień (można powiedzieć, że jako krem). Jest bardzo lekkie i szybko się wchłania, nie można mu jednak odmówić właściwości nawilżających (chociaż nawilża bardzo delikatnie). Myślę, że sprawdzi się na cerach tłustych, mieszanych i być może normalnych. Dla suchych to nawilżenie raczej będzie za słabe. Wydaje mi się, że dla osób między 35-50 rokiem życia (czyli dla tych, dla których jest przeznaczone) samodzielnie będzie niewystarczające.


Opakowanie mieści w sobie 30ml kremowego serum, które nabieramy pipetą. Nie wiem, czy jest to do końca dobre rozwiązanie przy takiej gęstości, ponieważ pipeta nie dosięga dna, a konsystencja serum nie jest na tyle leista, by można było je wylać przechylając buteleczkę. Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo ładny, delikatny. Określiłabym go jako kremowo-kwiatowy.

SKŁAD: Aqua with infusion extract of Rhodiola Rosea Root Extract (Różeniec górski), Spirae Ulmaria Flower Oil (Wiązówka błotna), Organic Saponaria Officinalis Extract (Mydlnica lekarska), Opuntia Coccinellifera Flower Oil (Olej z kwiatu opuncji), Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Helianthus Annuss Seed Oil (Olej słonecznikowy), Triticum Vulgare Germ Oil (Olej z kiełków pszenicy), Hydrolyzed Wheat Protein (Proteiny pszenicy), Ribes Nigrum Seed Oil (Olej z nasion czarnej porzeczki), Calendula Officinalis Flower Oil (Olej z nagietka), Oryza Sativa Seed Oil (Olej ryżowy), Melissa Officinalis Leaf Oil (Olej z melisy), Xanthan Gum, Sodium Hyaluronate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum.

Polubiłam się z tym produktem, ponieważ pod makijaż potrzebuję czegoś delikatnie nawilżającego, jednak niesamowicie lekkiego. W związku z tym, serum Babuszki Agafii sprawdza się u mnie świetnie. Produkt kupiłam za niecałe 17zł na promocji i myślę, że w takiej cenie kupiłabym je ponownie. Nie wiem, jednak czy to zrobię, bo lubię testować nowości, ale możliwe, że do mojego koszyka wpadnie jeszcze serum tej marki (tylko może z innymi 'ramami wiekowymi' ;)).

Cena: 17-25zł    Pojemność: 30ml      Dostępność: Skarby Syberii, Kalina, Allegro

21 stycznia 2014

ShinyBox - styczeń 2014 + zapowiedź niespodzianki dla czytelników


W tym miesiącu liczyłam na coś wow, w końcu mamy karnawał - spodziewałam się brokatu do ciała, powiek czy paznokci... Nic takiego się w ShinyBoxie nie znalazło. Ponadto, kiedy zobaczyłam pudełko poczułam lekkie rozczarowanie. Rozczarowanie minęło wraz z pierwszymi użyciami tych kosmetyków (tak, 4/5 produkty miały już swoją premierę). Zacznijmy od lewej strony:
  
  • Evree, wygładzający peeling do stóp. Cieszę się z tego produktu, ponieważ dawno nie miałam żadnego peelingu do stóp. Wczoraj robiłam sobie spa dla stóp i użyłam go pierwszy raz - powiem Wam, że naprawdę ładnie zdziera i jest dość mocny. Nie jest to produkt drogi (ba, jest wręcz tani), ShinyBox mogło lepiej się postarać, jednak myślę, że bardzo się polubimy.
  • Dermika, baza pod makijaż. Tego produktu jeszcze nie używałam. Rzadko używam baz, więc cieszy mnie jej mała pojemność, 10ml. Przyda się na jakieś uroczystości czy imprezy. Na co dzień nie używam takich produktów.
  • Bioliq, krem pod oczy. Ostatnio odeszłam od kremów pod oczy dostępnych w drogeriach itp. Przerzuciłam się na masło shea, ponieważ silniej nawilża. Ogólnodostępne kremy nie zadowalały mnie, nie czułam nawilżenia. Kremu Bioliq użyłam dwa razy i to, co zauważyłam to to, że ekspresowo się wchłania i to do sucha. Raczej będzie lepszy na dzień niż na noc.
  • Delawell, oliwka do skórek i paznokci. Bardzo ciekawy produkt. Nie miałam jeszcze do czynienia z kosmetykiem o takim zastosowaniu. Wczoraj użyłam go pierwszy raz i muszę przyznać, że ma świetny skład, ślicznie pachnie i nawilża skórki. Myślę, że się polubimy.
  • Paese, kredka do oczu. Oczywiście trafiła mi się czarna, jak na złość. Nie używam kredek, a tym bardziej czarnych, bo lubię eyelinery. Innego koloru jeszcze może chciałabym użyć na dolną powiekę albo sobie po prostu zostawić na jakąś okazję. Kredka, jak to zwykle bywa, wędruje do mojej mamy ;) Kredka Paese jest mięciutka i ma w sobie srebrne drobinki brokatu.


Pudełko naprawdę mi się spodobało, mimo że byłam nastawiona do niego niezbyt optymistycznie. Przypominam, że jeśli macie ochotę na zamówienie sobie takiego pudełka, wystarczy wejść na stronę ShinyBox. Jednorazowy zakup wyniesie 49zł.

UWAGA! UWAGA! ShinyBox przekazał mi też pudełko dla moich widzów. Jeśli jesteście zainteresowani wygraniem pudełka-niespodzianki, bacznie obserwujcie mojego bloga. Lada dzień pojawi się rozdanie :)


19 stycznia 2014

Astor: Rouge Couture, 104 Satin Fuchsia


Pomadka marki Astor trafiła do mojego koszyka podczas zakupu lakieru Essie na stronie ezebra.pl. Szminka spodobała mi się ze względu na poszukiwany wówczas przeze mnie kolor oraz cenę - ok. 6zł.

Jej kolor jest bardzo intensywny i dość dojrzały, zdaję sobie sprawę, że mnie postarza. Ja chciałam pomadkę dzienną i tak jej używam, ale wiem, że dla wielu osób nadaje się ona tylko na wieczór. Sztyft jest dobrze pigmentowany i daje na ustach kremowo-satynowe wykończenie, które zbiegiem czasu zmienia się w matowe. Myślę, że szminka o wiele lepiej wyglądałaby na pełnych wargach, większych nić moje, chociaż mi wąskość moich ust nie przeszkadza - nie są aż tak wąskie, bym nie mogła nosić ciemniejszych odcieni. Chociaż chciałabym mieć większą wargę górną, nie ukrywam.

Kosmetyk utrzymuje się na moich ustach koło 2-3h. Nie jest to powalający czas, ponieważ ciemne kolory potrafią wytrzymać na moich ustach po 8h. Niemniej jednak, patrząc za jakąś kwotę kupiłam tę pomadkę, nie jest to zły wynik. Nie przetrwa większego posiłku.


Cena: ok. 25zł (w drogeriach internetowych koło 6-8zł)       Dostępność: różne drogerie

17 stycznia 2014

Masło Shea - do czego i jak go używam?

Masła Shea używam od niedawna. Znam ten produkt z nazwy już od długiego czasu, a dopiero teraz wpadł w moje ręce. Swoje masło kupiłam na Allegro, od sprzedawcy CosmoSpa (jest to firma, w której asortymencie można znaleźć półprodukty, glinki, algi, oleje itp.) za jakieś 6zł/100ml. Swój egzemplarz możecie kupić na wielu stronach, w wielu miejscach - różnią się zazwyczaj pojemnością i ceną.
 

TEGO KOSMETYKU MOŻNA UŻYWAĆ:
  
  • Do twarzy. Kiedy potrzebuję dobrego natłuszczenia i nawilżenia. Niewielką ilość masła rozprowadzam na skórze twarzy - robię to tylko kiedy zostaję w domu bądź na wieczór/noc, ponieważ masło jest bardzo tłuste i skóra mocno się błyszczy. Potrzebuje sporo czasu na wchłonięcie się. Masło pomaga mi na bezproblemowe strefy, jednak przy moich olbrzymich przesuszeniach wokół ust nie do końca sobie radzi (ale szczerze mówiąc nic sobie nie radzi).
        
  • Pod oczy. Działa mocniej niż kremy do tego przeznaczone. Mi zwykłe kremy pod oczy nie do końca odpowiadają, bo mam wrażenie, że za słabo nawilżają. Wolę coś silniejszego, a masło shea mi to gwarantuje.
      
  • Do ust. Zazwyczaj nakładam go też na usta, kiedy pokrywam całą twarz. W moim przypadku działa podobnie do Tisane, czyli nie ma rewelacji, ale usta są lepiej nawilżone niż wcześniej. Dodam, że nie mam za bardzo problemów z wargami, przesuszają mi się bardzo rzadko.
      
  • Do rąk/stóp. Kiedy chcę nawilżyć i wygładzić skórę rąk czy stóp. Tutaj sprawdza mi się lepiej niż do twarzy, chociaż na piętach sobie nie radzi, a jak wiadomo pięty są zazwyczaj mocno przesuszone. Używam na noc (potem zakładam skarpetki, jeśli chodzi o stopy), a na drugi dzień skóra jest miękka i gładka. Jeśli nie chcecie pokrywać kosmetykiem całych rąk, to możecie się skupić na samych skórkach wokół paznokci.
      
  • Do ciała. Ogólnie tam, gdzie mamy przesuszoną skórę.
      
  • Do włosów. Czyli po prostu do olejowania, chociaż ja go jeszcze tak nie używałam. Mam dużo olejków przeznaczonych do włosów i masła shea absolutnie nie kupowałam w tym celu. Natomiast...
      
  • Do zabezpieczania końcówek. ... używam go właśnie tak, kiedy mam spuszone, niesforne końcówki. Niewielka ilość masła rozprowadzona na samych końcówkach nie przetłuszcza ich (moim zdaniem działa inaczej niż olej, bo mi nawet kropelka oleju przetłuszczała kosmyki), a fajne je ujarzmia, nawilża i wygładza. Myślę, że jest fajną alternatywą do silikonowych jedwabi/ser lub przyjemną, naturalną odskocznią.

Lubicie masło shea? Jak go używacie? Sprawdza się? :)

16 stycznia 2014

Alverde: masło do ciała Honigmelone


Mimo że markę Alverde uwielbiam, z ich masłem do ciała spotkałam się pierwszy raz. Trafiło do mnie dzięki Megilounge, która wysłała mi je w zamian za próbki perfum, które miałam, a którymi była zainteresowana. Masło posłusznie leżało u mnie w szafie przez kilka miesięcy, aż w końcu zaczęłam go używać. Od razu przypadło mi do gustu i mogę śmiało powiedzieć, że jest jednym z fajniejszych produktów do nawilżania ciała, z jakimi miałam do czynienia.

Z góry mówię, że nie wiem, czy to masło jest nadal dostępne, bo otrzymałam je latem, a wieczko zdobi napis 'limited edition'. Produkt znajduje się w typowym zakręcanym opakowaniu o pojemności 200ml. W środku znajdujemy dość gęstą, białą maź, której zapach przypomina jakiś owoc, może mango? Nie jest to do końca melon miodowy, jak wskazuje nam producent. Aromat zmienia się wraz z nałożeniem kosmetyku na skórę - wtedy czuję coś w rodzaju anyżu, a nie jest to zapach przyjemny dla każdego. Mi nie przeszkadza, lubię anyż, poza tym woń nie jest intensywna, raczej nie czuję tego zapachu na sobie.
   

Konsystencja masła Alverde jest chyba jedną z najbardziej masełkowatych, z jakimi się spotkałam. Jak widać po zdjęciu, odcisk paluchów zostaje i nie wraca na swoje miejsce. Bardzo lubię korzystać z takich kosmetyków jesienią i zimą.

Produkt jest kremowy, dobrze się go rozprowadza, chociaż lubi zostawiać 'białe smugi', które po chwili się wchłaniają. Używam go tylko na noc, ponieważ rano się nie smaruję. Nie zauważyłam, by po aplikacji skóra była tłusta czy lepka - po prostu produkt nie należy do najlżejszych i potrzebuje chwili na wchłonięcie. Skóra po jego zastosowaniu jest nawilżona, czuć gładkość i miękkość. U mnie nawilżenie utrzymuje się do wieczora następnego dnia, jednak zaznaczam, że nie mam problemów ze suchą skórą.


Muszę przyznać, że skład też jest niezły, zresztą jak to Alverde. Mimo obecności alkoholu w składzie, nie zauważyłam, by kosmetyk wypływał negatywnie na moje ciało. Jestem pozytywnie zaskoczona przyjemną i gęstą konsystencją. Masło do ciała marki Alverde bardzo przypadło m do gustu - chętnie sięgnę po nie (lub inny wariant zapachowy o podobnym składzie) ponownie. Przy następnej wizycie w DM (prawdopodobnie jakoś na wiosnę), jego kolega na pewno wyląduje u mnie w koszyku.

Cena: ok. 20zł / 3€     Pojemność: 200ml      Dostępność: DM, polskie drogerie internetowe

15 stycznia 2014

Subiektywny ranking przystojniaków

Wiem, że ten TAG jest już stary, nawet bardzo (powstał chyba jakoś w 2011 roku), ale miałam mega (mega, mega!) ochotę go zrobić. Mój gust co do męskiej urody jest nieco dziwny, niektórych przeraża, inni mnie rozumieją (uff...). U mnie tylko TOP5, ponieważ, żeby dobić do TOP10 musiałabym trochę poprzebierać i dorzucić tu facetów, którzy nie podobają mi się aż tak bardzo. Są tutaj tylko osoby publiczne, swojego lubego tutaj nie umieszczam ;)


U mnie nie jest w formie tagu, tylko zwykłej notki. Jeśli ktoś jeszcze nie robił takiego postu zwłaszcza właścicielki 'młodszych' blogów), to zapraszam :D A teraz przejdźmy do Panów:



5. Danny Pino - czyli Scotty Valens z Dowodów Zbrodni. Na zdjęciach za bardzo mi się nie podoba, ale w serialu jest fajnym ciachem :) Nie znam jego filmografii, znam tylko DZ, ale może kiedyś się zapoznam z innym dorobkiem.
   


4. Tom Hiddleston - jeszcze niedawno powiedziałabym, że mi się nie podoba, ale on jest taaaaaaaaki słoooodkiiiii, szczególnie w bardziej prywatnych filmikach, które można znaleźć na YouTube.
  


3. Jocke Berg - 'mój staruszek', czyli wokalista Kent - mojego ulubionego zespołu ever. Jocke jest 43-letnim Szwedem, który podbił moje serce w 2007 roku, kiedy poznałam ten zespół. Jest głównym autorem tekstów piosenek, tworzy też muzykę dla grupy (Kent ma piosenki w 95% po szwedzku). Można nazwać go brzydkim, ale na scenie jest mega seksowny! (Wiem, bo byłam na 4 koncertach, niestety koncertują tylko w Szwecji i czasami w innych krajach skandynawskich). Jeśli kojarzycie piosenkę Titiyo - Come Along, to wiedzcie, że to on jest autorem muzyki :)



2. Franz Dinda - 30-letni Niemiec, którego właściwie nikt nie zna. Jeśli któraś z Was go zna, baaardzo mnie to zdziwi i zaskoczy. Zobaczyłam go kilka lat temu w filmie Chmura, właściwie tylko przez przypadek, bo tata przyszedł do mojego pokoju i włączył ten film. Zobaczyłam Franza i obejrzałam do końca. Przez lata szukałam różnych filmów z nim, z różnym skutkiem. Kilka z nich można zobaczyć np. na kinomaniaku, część jednak oglądałam po niemiecku na niemieckich stronach, ciesząc japę, że w ogóle udało mi się to znaleźć. Nie raz zdarzyło się tak, że Franz był wymieniony na filmwebie na pierwszych pozycjach obsady, a w czasie filmu okazywało się, że łącznie w filmie jest go może z 1-2 minuty. Nie zawsze szukanie było opłacalne, ale cóż - życie.



1. James McAvoy - zdecydowanie mój numer 1! Ten urodziny w 79' roku Szkot podbił moje serce. Obejrzałam kilkanaście filmów z nim i nadal nie mam dość. Najbardziej jest chyba znany z filmów: X-Men: Pierwsza klasa, gdzie gra Charlesa Xaviera; Pokuta, gdzie wystąpił przy boku Keiry Knightley oraz Wanted - Ścigani, w którym zagrał razem z Angeliną Jolie oraz Morganem Freemanem. Pierwszy raz zobaczyłam go w kinie, kilka lat temu, był to 2006, miałam 13-14 lat. Wybrałam się z rodzicami na Opowieści z Narni (pierwsza część), James grał tam fauna Pana Tumnusa... Prawdę mówiąc już wtedy mi się spodobał, ale byłam młoda... no i zapomniałam. W zeszłym roku oglądaliśmy z Kubą oglądaliśmy dużo filmów na podstawie komiksów Marvela i zwróciłam właśnie uwagę na Jamesa w X-Men: Pierwsza klasa. Wyszukaliśmy, w czym jeszcze grał i mega się zdziwiliśmy, że to on był Tumnusem. Ale oczy nie kłamią - podobał mi się wtedy, podoba i teraz :D No i ten tego... słyszeliście o filmie Frankenstein z Danielem Radcliffem? James też tam będzie grał, ale nikt o tym nie mówi ;P

Znacie tych wszystkich Panów? Czy któryś z nich jest też Waszym faworytem? :)

13 stycznia 2014

Revitalash: efekty po miesięcznej kuracji (zdjęcia)


Od początku grudnia używam odżywki do rzęs Revitalash. Staram się ją nakładać codziennie, jednak nie zawsze mam taką możliwość - czasami zostaję na noc u chłopaka i dzień kuracji mi przepada. Niemniej jednak, używam odżywki regularnie, bo większych odstępów czasowych niż 2-3 dni nie było. Pierwsze rezultaty zauważyłam po około 2 tygodniach, jednak dopiero teraz uważam, że kuracja rzeczywiście dała bardziej widoczny efekt.

Jeśli chodzi o moje rzęsy przed kuracją, to nie mogę powiedzieć, bym na nie narzekała. Co prawda wydaje mi się, że kilka miesięcy w tył było lepiej, ale i tak nie było powodów do marudzenia. Teraz jestem po kuracji (opakowanie już mi się kończy - jest to 1ml próbka) i uważam, że odżywka działa, jednak u mnie zadziałała właściwie tylko na długość rzęs. Może trochę na zagęszczenie. Nie zauważyłam ani ich przyciemnienia, ani pogrubienia. Przez miesiąc nie wypadała mi ani jedna rzęsa.

Do zdjęć przed i po użyłam tego samego tuszu, czyli Lovely Pump Up.

PRZED:

PO:


Po kuracji cieszę się dłuższymi i bardziej podkręconymi rzęsami. Już przy samym tuszu moje rzęsy wyglądają jakbym użyła zalotki. Uważam, że efekty są widoczne, ale szczerze mówiąc po ponad jednym miesiącu spodziewałam się czegoś jeszcze bardziej wow. Teraz na zdjęciach widzę, że rezultaty robią większe wrażenie niż to, co sama zaobserwowałam bez zdjęć.

Czy sięgnęłabym po Revitalash jeszcze raz? Możliwe, że tak, ale nie jest to mój priorytet. Jeśli macie duże problemy z rzęsami, są Waszym kompleksem, to warto zainwestować w taki specyfik. Jeśli dobrze czujecie się ze swoimi rzęsami, jest to produkt raczej zbędny. Myślę, że fajnie zrobić sobie taką kurację np. przed weselem czy inną ważną imprezą, bo koszt jest wysoki.

Za Revitalash trzeba zapłacić od 250zł (2ml = 3 miesiące kuracji) do 330zł (3,5ml = 6 miesięcy kuracji. Strona Revitalash.


10 stycznia 2014

Equilibra: Tricologica, wzmacniający szampon przeciw wypadaniu włosów


Szampony Equilibra kusiły mnie od dawna. Sama jednak nie zdecydowałam się na kupno żadnego z nich. Z pomocą przyszła mi sama firma przysyłając dwa produkty do testów. Jeden z nich to właśnie szampon, drugi - maska do włosów, której jeszcze nie używałam.

Na wstępie powiem, że niestety nie jestem w stanie ocenić tego kosmetyku pod względem jego działania na wypadanie włosów, ponieważ nie mam takich problemów. Z mojej recenzji możecie się dowiedzieć, jak używa mi się tego szamponu, czy jestem z niego zadowolona oraz czy go polecam.


Szampon mieści się w dość klasycznym, wygodnym opakowaniu, zawiera 250ml produktu. Zapachu nie ma powalającego, przypomina mi coś w stylu aloesowego płynu do prania/płukania tkanin. Jest to zapach dość świeży i przywodzący na myśl czystość, chociaż nie do końca w moim guście. Konsystencję ma dość gęstą i jest niesamowicie wydajny. Zazwyczaj na swoją długość włosów (widać w nagłówku) nabieram ilość odpowiadającą wielkości czereśni, co wystarcza na wytworzenie obfitej piany.

Używam go na co dzień oraz do zmywania olei. Sprawdza się w obu przypadkach, ponieważ dobrze radzi sobie z olejami i nie przyspiesza przetłuszczania się włosów. Nie zauważyłam, by kosmetyk powodował u mnie swędzenie głowy czy inne niepożądane reakcje. Przypomina mi nieco szampon Babylove, który bardzo lubię - ma podobne działanie, nieco inną konsystencję i na pewno jest bardziej wydajny. Po jego zastosowaniu moje włosy są miękkie i lekko nawilżone, nie są splątane.

Na korzyść produktu Equilibra przemawia także dość ładny skład, w którym nie ma SLS, jest jednak jego kolega - ALS. Na trzecim miejscu mamy aloes, niedługo potem proteiny pszeniczne i olej arganowy. Na dalszych pozycjach można się jeszcze doszukać ekstraktu z zielonej herbaty, pantenolu oraz oleju z nasion ogórecznika lekarskiego.


Szampon Equilibra to produkt, który bardzo polubiłam. Przy jego wysokiej wydajności jedna butelka starczy na długi czas, przez co nieco wyższa (porównując z szamponami drogeryjnymi) cena zwróci się. Efekt po jego zastosowaniu mi się podoba, szczególnie lekkie nawilżenie włosów. Innym razem wypróbuję wersję stricte aloesową. Mogę go polecić osobom, które nie lubią SLS/SLES w składzie i lepiej reagują na ALS oraz tym, którym służy aloes. Osoby borykające się z wypadaniem mogą przetestować go na sobie i sprawdzić, czy działa pod tym względem, bo ja niestety nie wiem.

Cena: ok. 18zł      Pojemność: 250ml      Dostępność: apteki, internet - np. DOZ

8 stycznia 2014

Max Factor: Kohl Pencil, 090 Natural Glaze - kredka na linię wodną oka


Pod koniec listopada w moje łapy wpadła zachwalana kredka na linię wodną marki Max Factor. Oczywiście mowa o beżowym wariancie o nazwie 090 Natural Glaze. Kosmetyk kupiłam w Rossmannie w czasie promocji -40% za niecałe 18zł. Jej regularna cena to około 30zł, więc bez promocji na pewno bym się na nią ze zdecydowała.

Kredka jest bardzo miękka i dobrze napigmentowana. Z łatwością sunie po linii wodnej oka i kilka ruchów pozwala na uzyskanie satysfakcjonującego efektu. Kolor kredki bardzo mi się podoba - nie jest za żółty, ani zbyt biały, ma naturalny odcień jasnej skóry. Od początku byłam ciekawa, jak długo produkt będzie się utrzymywał. Wydaje mi się, że to zależy od dnia oraz ilości, jaką naniesiemy. U mnie więcej oznacza dłużej, więc moje oko cieszy się wyglądem otwartego, świeżego spojrzenia przez jakieś 4-7h. Wczoraj jednak zostałam totalnie znokautowana przez ten kosmetyk - resztki kredki były wczoraj u widoczne po 12 godzinach (!) noszenia makijażu.

Oczywiście do recenzji dołączam zdjęcia, jak produkt prezentuje się w praktyce. Osobiście, mi bardziej podoba się do mocniejszych, kolorowych makijaży niż do zwykłego dzienniaka, ale co kto lubi. Jestem ciekawa, co o niej sądzicie? :)



Cena: ok. 30zł      Pojemność: ?      Dostępność: drogerie z szafami Ma Factor, np. Rossmann

6 stycznia 2014

Projekt denko - grudzień 2013


Przedstawiam Wam ostatnie denko 2013 roku. Dawno nie robiłam denek opisujących produktów one by one, a uznałam, że w sumie denko jest duże i wypadałoby to zrobić. Przy tym denku zobaczycie kilka produktów, które u mnie leżały i leżały, a tak naprawdę ich nie lubiłam i nie używałam, więc stwierdziłam, że pora je wyrzucić.


Balea, żel pod prysznic, Fiji Passionfruit - ten był o zapachu marakui, który kojarzył mi się z napojem o smaku multiwitamina. Lubię żele tej marki - ładnie pachną, myją, są tanie i nie wysuszają mojej skóry. Kupię ponownie, ale inne wersje zapachowe.  

Palmolive, żel pod prysznic, Morning Tonic - kupiony przez moich rodziców, użyłam go kilka razy. Zapach mi się za bardzo nie podobał, jednak nie wysuszał skóry (u mnie właściwie żaden żel tego nie robi). Nie kupiłabym ponownie.

Zielone Laboratorium, balsam do ciała, czekolada - wyrzucam resztkę, bo już się przeterminował. Szersza recenzja tutaj. Nie kupię ponownie.

Eveline, luksusowy krem odżywczo-regenerujący - straszny krem, parafinowy "luksus". Używałam na stopy, ale z nich spływał i nic nie nawilżał. Wyrzucam połowę opakowania, bo jak dla mnie produkt jest tragiczny. Na pewno nie kupię.


Alverde, szampon z migdałem i olejkiem arganowym - mimo że myślałam, że się za bardzo nie polubimy, okazało się, że szampon jest naprawdę fajny. Dość dobrze oczyszcza włosy, lekko po nim skrzypią z czystości. Nie plącze, nie powoduje swędzenia. Myślę, że kupię go ponownie.

Isana, odżywka nawilżająca - bardzo gęsta, aż trudno było ją wyciskać z opakowania. Nie polubiłyśmy się za bardzo. Z braku laku można używać, ale nie zauważyłam większych rezultatów. Używałam jej głównie do OMO, jako pierwsze O. Ogólnie wolę coś mocniejszego. Nie wrócę do niej.

Lass Naturals, IHT9, olej do włosów - to drugie opakowanie jakie zużyłam. Bardzo lubię ten olej, jeden z lepszych, jakie stosowałam. Niedługo będzie osobna recenzja, bo zaczynam trzecie opakowanie.

Pilomax, Aloes Wax, maska do włosów - niestety maski Pilomax mi nie służą. Jest tylko jedna, która działa na moje włosy i nie jest to ta. Nie wrócę do niej.


Joanna, Kompres nawilżająco-regenerujący - myślałam, że będzie lepsza, bo w takim samym opakowaniu jest także Maseczka jajeczna, którą moje włosy bardzo lubią. Z Kompresem było inaczej, za bardzo nie dawał efektów. Nie kupię ponownie.

Receptury Babuszki Agafii, maska drożdżowa - recenzja tutaj. Być może kiedyś do niej wrócę.

Goldwell, Dualsenses, 60-sekundowa maska do włosów - produkt z ShinyBoxa; moje włosy nie przepadają za silikonami na dłuższą metę, więc ta maska sprawdziła się u mnie tylko przy pierwszych użyciach. W związku z tym, że moje włosy lubią produkty naturalniejsze, nie kupiłabym tej maski sama.

Scottish Fine Soaps, mleko do ciała - parafinowy balsam, również z ShinyBoxa. Nie lubię takich produktów, ciało było lepkie po jego zastosowaniu, a zapach dla mnie straszny - mdły i sztuczny. Nie kupiłabym.


Green Pharmacy, nawilżający olejek kąpielowy, Cedr&Cyprus - lubię te żele, mają bardzo fajną konsystencję i w składzie mają olejki, więc nie powinny przesuszać skóry. Ten wariant pachniał lasem. Może wrócę do innej wersji zapachowej.

AA, odżywczy krem do cery normalnej i suchej - używałam go tylko u Kuby, bardzo rzadko i tylko wtedy kiedy miałam przesuszoną lub ściągniętą skórę. Nie przepadam za AA, używałam tego kremu, bo był w ShinyBoxie. Wyrzucam połowę opakowania, bo otworzyłam go już dawno temu. Nie kupiłabym go sama.

BioDermic, krem na noc z ekstraktem z oliwek - recenzja tutaj. Nie kupię ponownie.

BioDermic, krem do szyi i dekoltu - był lepszy niż oliwkowy kolega. Fajnie dbał o skórę na dekolcie. Ale i tak mnie nie powalił, więc nie kupiłabym go drugi raz.


BeBeauty, micelarny żel do twarzy - uwielbiam go. Tutaj akurat jest stara wersja opakowania, tej nowej jeszcze nie miałam, ale na pewno do niego wrócę, bo uważam, że jest świetny. U mnie doskonale zmywa makijaż i delikatnie oczyszcza twarzy, przy tym nie piecze w oczy. Na pewno kupię ponownie.

CD, antyperspirant w kulce - nie działał jakoś super. O wiele bardziej lubię kulki Nivea. Tę skończyłam i już nie wrócę do antyperspirantów tej marki.

Mariza, maseczka do twarzy, nawilżająca - dawno temu ją recenzowałam. Od tej pory jej nie użyłam, nie za bardzo lubię tego typu maseczki. Jestem fanką tych brudnych, błotnych czy glinkowych. Tutaj szersza recenzja. Nie chciałabym jej widzieć drugi raz w swoich zbiorach.

The Body Shop, krem aloesowy - silikonowy krem do twarzy, którego użyłam kilka razy. Wolę inny typ kosmetyków do buzi, więc nie wróciłabym do niego.

Bell, błyszczyk do ust - wyrzucam, bo mam go już długo i lekko zmienił zapach. Całkiem go lubiłam, używałam w połączeniu z czerwonymi szminkami, przez co stawały się bardziej różowe. Nie jestem fanką błyszczyków, dlatego nie kupię ponownie.

freshMinerals, mineralny tusz do rzęs - przygarnęłam go na zlocie, ale dawał tak delikatny efekt, że użyłam go kilka razy i odłożyłam. Nie wróciłabym do niego.


Bielenda, nawilżający płyn micelarny - bardzo duże zaskoczenie. Nie spodziewałam się tak dobrego płynu micelarnego od Bielendy. Dobrze zmywał makijaż, z wodoodpornym tuszem sobie nie radził. Był delikatny dla oczu, nie szczypał. Możliwe, że jeszcze po niego sięgnę.

Batiste, suchy szampon, Lace - moje pierwsze opakowanie. Miałam go aż od czerwca, bo używałam tylko kilka razy w miesiącu. Fajny ratunek, kiedy nie mamy czasu umyć włosów, a trzeba wyjść. Wariant Lace pachnie dość elegancko i perfumowo. Kupię inną wersję zapachową.

Nivea, dezodorant Pure&Natural w kulce - nie jest to antyperspirant, tylko dezodorant. Nie chroni przed poceniem, ale ładnie pachnie (lubię zapach tej linii). Nie sięgnę po niego drugi raz.


5 stycznia 2014

BioDermic: peeling i krem do rąk (+ zmiany w opakowaniach i pojemności kosmetyków)


Przedstawiam dzisiaj moje ostatnie kosmetyki BioDermic. Kupiłam je na wyprzedaży kilka miesięcy temu, kiedy można było je dostać w atrakcyjnych cenach (z tego co się orientuję, to połowę taniej). Dzisiaj na stronie sklepu zauważyłam, że wyprowadzono już nowe opakowania (obecnie nie wszystkie są z pompką, ale moim zdaniem to dobrze, bo nie do każdego kosmetyku taka pompka pasuje) i wróciły standardowe ceny. Zmieniono też pojemności z 30ml na 50ml, co moim zdaniem jest zdecydowanie na plus.


BioDermic, peeling do rąk z ekstraktem z winogron - to pierwszy peeling do rąk, z jakim miałam do czynienia. W związku z tym, że opakowania BioDermic wyposażone są w pompkę, produkty nie mogą być zbyt gęste i mieć dużych drobinek. Mówiąc szczerze, nie pomyślałam o tym i liczyłam na spore, mocno zdzierające drobinki. Okazało się, że peeling jest bardzo delikatny i trzeba go dużo wycisnąć, by wydobyć satysfakcjonującą ilość kosmetyku (czyni go to bardzo niewydajnym). Co do samego działania, nie mam zastrzeżeń - dłonie są gładsze, bardziej miękkie i ogólnie przyjemniejsze w dotyku. Skóra szybciej przyjmuje krem.

W obecnej ofercie sklepu BioDermic nie ma już peelingu do rąk, jest... peeling do twarzy. Taki sam, o tym samym składzie. Prawdę mówiąc, myślałam o tym, żeby używać go na twarz, ale nie sądziłam, że producentowi przyjdzie to samo na myśl. Niemniej jednak wypadałoby napisać Wam namiary na ten peeling, nieważne, czy będziecie go stosować do twarzy, czy do rąk.

Cena: 14,99zł      Pojemność: 50ml      Dostępność: BioDermic


BioDermic, krem do rąk z ekstraktem z aloesu - krem do rąk mniej mi przypasował. Pewnie przez to, że używałam już wielu kremów do rąk i działanie tego mnie nie powaliło. Ten krem też nie należy do najbardziej wydajnych, chociaż zużywa się wolniej niż peeling. Ma delikatny, kremowy zapach. Po zastosowaniu peelingu dość szybko się wchłania i nie zostawia lepkiej warstwy. Nawilżenie jest dość delikatne, ale wystarczające, by zniwelować nieprzyjemne uczucie suchych dłoni.

Cena: 14,99zł      Pojemność: 50ml      Dostępność: BioDermic



I na tych produktach kończy się moja przygoda z BioDermic. Najbardziej spodobał mi się peeling do rąk. Reszta kremów, z którymi miałam do czynienia, była po prostu przeciętna. Nie kupiłabym ich w cenach regularnych, bo po prostu mnie do siebie nie przekonały. A jaka jest Wasza opinia na temat tych kosmetyków?

4 stycznia 2014

Wyniki rozdania! Sprawdź, kto wygrał :)


Kilka dni temu zakończyło się moje rozdanie. Otrzymałam koło 30 zgłoszeń. Mówić szczerze, bardzo trudno było mi wybrać zwycięzcę, ponieważ kilka komentarzy spodobało mi się na podobnym poziomie. Do kosmetyków, które widzicie na górze dorzuciłam jeszcze róż i cienie Paese, dodatkowo pełno próbek ;)

A teraz pozostało mi poinformować, kto wygrał ten zestaw :)

Ja bardzo lubię okres zimowy/świąteczny z kilku powodów :) po pierwsze nie ma w tym czasie pająków, po drugie nie muszę się długo zastanawiać co ubrać jak wychodzę na dwór czy do pracy (sweter/bluza + dżinsy + kozaki i ciepła kurtka) a po trzecie i najważniejsze Wigilia! Ten wieczór jest niezapomniany, od małego mile wspominam i babci "o idzie mikołaj - słychać go na dachu" podczas gdy to zsuwa się śnieg :D Ten klimat jest świetny i do tego tyle pyszności na stole, które babcia robi :))

Mówiąc szczerze, w wypowiedzi Jealous Jelly rozwalił mnie argument o braku pająków. Ja nie mam nic do tych stworzeń, ale niektórym mogą przeszkadzać. Zresztą według mnie pająki w zimie i tak są, no ale jak ktoś kto zwraca na to uwagę mówi, że nie, to ok, niech będzie :P

Kochana, proszę Cię o wiadomość na agu747@interia.pl z adresem do wysyłki :)


3 stycznia 2014

Pat&Rub: Mleczna mgiełka rewitalizująca, Żurawina&Cytryna


Marka Pat&Rub przez miesiące była dla mnie wielką tajemnicą. Zewsząd dosięgały mnie recenzje tych produktów i w większości zachęcały one do wypróbowania jakiegoś kosmetyku. Jednak ograniczał mnie budżet i dość wysokie ceny tych naturalnych wyrobów. Aktualnie w zbiorach mam 6 produktów Pat&Rub - część z nich trafiła do mnie od firmy do przetestowania; część dostałam na zlocie blogerek. Dzisiaj przedstawię Wam rewitalizującą mleczną mgiełkę do ciała.

W butelce z atomizerem mieści się 125ml płynu o mlecznym zabarwieniu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, a właściwie w nos...  to intensywny, orzeźwiający, cytrusowy zapach. Przypomina mi mocną lemoniadę bez cukru albo nawet rozkrojoną cytrynę. Mimo że na etykiecie pojawiają się cytryna i żurawina, tej drugiej nie czuję wcale.


Przy tak wodnistej konsystencji inne rozwiązanie niż atomizer nie wchodzi w grę, ale według mnie on trochę za ciężko chodzi. Jestem w stanie psikać nim prawą ręką, ale lewą jest już ciężej. Zwłaszcza, że czasami atomizer odmawia posłuszeństwa i na chwilę się zacina.

Nawilżenie jakie daje mgiełka rewitalizująca jest dość delikatne. Na pewno nie jest to produkt dla osób borykających się ze skórą suchą. Polecałabym go raczej tym, którzy nie mają problemów ze skórą na ciele. Na szczęście ja jestem posiadaczką właśnie takiej skóry i nawilżenie oferowane przez tę mgiełkę jest dla mnie w porządku.
Przez to, że wchłania się w mgnieniu oka nadaje się do stosowania rano. Zadowoli osoby, które potrzebują posmarować się czymś rano, a nie mają czasu czekać aż cięższy kosmetyk się wchłonie. Myślę, że produkt Pat&Rub będzie fajnym, lekkim nawilżaczem w okresie wiosenno-letnim, kiedy nie potrzebujemy ciężkich, tłustych maseł do ciała. Słyszałam też, że wersja czerwona jest słabsza niż wersja zielona, którą mam w zapasach. Kiedy będzie mi dane otworzyć tamtą, na pewno dam znać.

Czy sama bym ją sobie kupiła? Sądzę, że nie. Mimo że nie mam problemów z przesuszaniem się skóry, wolę mocniejsze produkty. Zamiast wydawać 45zł na taką mgiełkę, wolałabym odłożyć trochę więcej i zainwestować w olejek lub masło do ciała tej firmy.

Cena: 45zł      Pojemność: 125ml      Dostępność: strona Pat&Rub, Sephora

2 stycznia 2014

Makijaż Sylwestrowy - jak wyglądałam witając Nowy Rok? ;)


Mój makijaż na Sylwestra miał wyglądać zupełnie inaczej. Chciałam, żeby było z przepychem... brokatowo... W ostatniej chwili zdecydowałam się na zmianę planów. Założyłam chabrowe kolczyki, które ostatnio kupiłam (na Allegro za szalone 2,99zł) i postawiłam na makijaż w swoim ulubionym kolorze, czyli fiolecie. Fiolet fajnie podbija zieleń tęczówki oka. Żeby jakiś element makijażu pasował do kolczyków postanowiłam zrobić podwójną kreskę - czarno-chabrową. Jestem całkiem zadowolona z tego, co mi wyszło. A najbardziej to chyba z brwi, bardzo mi się podobają :P


Trzy powyższe obrazki to print screeny z filmu, który nagrałam. Jestem taka rozświetlona, bo był już zachód słońca i prześwietlił obraz. Do makijażu (i zrobienia włosów) użyłam:

TWARZ:
MAC, ProLong Wear Concealer NC20
Dermacol, podkład nr 210
Revlon, ColorStay, podkład 150
Paese, bronzer nr 1P
Flormar, Pretty Compact, P115

BRWI:
Vipera, kredka do oczu i brwi, Ikebana, kolor Sepia
Catrice, set do brwi (jaśniejszy cień)

OCZY:
Sigma, baza pod cienie Persuade
Technic, paleta cieni (fiolety)
Kobo, pigment Cornflower
Wibo, wodoodporny eyeliner (czarny)
Wibo, Electric Blue, chabrowy eyeliner
Max Factor, Kohl Pensil, 090 Natural Glaze
Lovely, Pump Up mascara

USTA:
Eveline, Lovers błyszczyk nr 615

WŁOSY:
lokówka Remington Keatin Therapy


To pierwszy post w 2014 roku! Życzę Wam zatem wszystkiego dobrego, dużo sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym oraz produktywnego rozwoju samych siebie; żebyście się spełniali w tym co robicie i dążyli do tego, co chciecie robić :)