Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam produkty kolorowe, po które ostatnio najczęściej sięgam. Zebrałam ich pięć, zatem mamy ładne zestawienie TOP5 ;) Przez ostatnie miesiące naprawdę rzadko wykonuję makijaż. Do pracy wychodzę zazwyczaj saute, ponieważ nie chce mi się rano malować. Makijaż robię sobie zazwyczaj na weekend lub kiedy gdzieś wychodzę. W tym poście opiszę Wam pięć produktów kolorowych, które bardzo sobie chwalę i to na nie natrafia moja ręka, kiedy zabieram się do malowania ;)
KOBO, MODELING ILLUMINATOR, NR 101
Ten korektor podbił moje serce. Może nie jest idealny, ale świetnie się u mnie sprawdza. Ma jasny kolor, dzięki czemu możemy uzyskać ładne rozświetlenie pod oczami (swojego używam już długo, więc niestety zaczyna oksydować, ale mam kolejny egzemplarz w zapasie). Jego krycie oceniłabym jako średnie, ponieważ nie przykrywa on cieni pod oczami w 100% (a moje są niewielkie). Najchętniej rozprowadzam go gąbką RT, wtedy wygląda najładniej, ponieważ kiedy rozcieram go palcami zdarza się, że się waży i nie stapia z podkładem.
CATRICE, EYEBROW SYTYLIST, 020 DATE WITH ASH-TON
Ponad rok temu robiłam recenzję tej kredki. Byłam z niej zadowolona, ale nie do końca. Wydawała mi się zbyt woskowa. Dzisiaj mogę to cofnąć - uwielbiam tę kredkę! Ma idealny dla mnie kolor, jest trwała, ma odpowiednią twardość (nie wydaje już mi się taka woskowa ;)) i kosztuje grosze (10,49zł w cenie regularnej). Jedyna jej wada to fakt, iż dość szybko się zużywa, ale wiele kredek do brwi tak ma.
Mam 5 pomadek z tej serii i wszystkie uwielbiam, ale po te dwie sięgam najczęściej. Obie są do siebie bardzo podobne. 09 jest kolorem bardziej brzoskwiniowym z ciepłymi tonami, natomiast 11 to żywy róż. Bardzo lubię ich konsystencję, trochę jak mus. Mają fajne aplikatory, przy pomocy których mogę sobie lekko powiększyć usta i poprawić ich kształt. Nie zastygają na suchy mat, są jakby satynowe, przez co nie wysuszają ust na wiór. Są bardzo trwałe, chociaż posiłku nie przetrwają.
MAKE UP REVOLUTION, NAKED CHOCOLATE
Jeden z moich najnowszych zakupów, jeśli chodzi o cienie. Z paletki bardzo przyjemnie mi się korzysta. Używam jej w domu do dziennych i wieczorowych makijaży, a także zabieram ją na wyjazdy, bo znajduję w niej wszystko, czego potrzebuję. W opakowaniu mamy 16 cieni, w tym: uniwersalny beż, matowe brązy, pełno perłowych cieni w różnych kolorach. Cienie są dobrze dobrze napigmentowane, przyjemnie się z nimi pracuje, dobrze się rozcierają. Gdybym nie miała tylu palet w swoim zbiorze, to kupiłabym jeszcze jedną, inną wersję tych palet, pewnie Death by Chocolate ;)
Na koniec chciałam Wam pokazać film, w którym używam wszystkich tych produktów (no, prawie, bo użyłam jednej pomadki, a nie dwóch ;)). Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Zapraszam na mój kanał częściej, ponieważ to właśnie tam bywam regularniej. Buziaki! :*
W końcu udało mi się skompletować moją paletkę magnetyczną Lenka. Kupiłam ją w styczniu i bez pośpiechu zbierałam sobie do niej cienie. Przyznam Wam szczerze, że małym kosztem, bo większość cieni przygarnęłam na zlotach lub dostałam. Pięć z całej palety zostało zakupionych przeze mnie.
Ja tę paletkę kupowałam jeszcze za 9,95zł i w dodatku dostałam gratis w postaci pędzelka. Natomiast teraz jej cena to 19,95zł i mówiąc szczerze teraz raczej bym się na nią nie zdecydowała. Paleta jest fajna, magnes dobrze trzyma cienie, jednak podwojenie ceny w ciągu zaledwie pół roku to coś, co mnie trochę zniechęca. Ale przejdźmy do rzeczy. Zaprezentuję po kolei cienie, jakie w niej trzymam (od lewej do prawej):
Kobo Professional, 205 Golden Rose - najpopularniejszy cień marki Kobo. Ładny odcień różu opalizujący na złoto, w zależności od kąta padania światła oraz sposobu rozcierania. Jeden z cieni, które warto mieć w swojej kolekcji, bo mimo że jest wiele podobnych, to ten jest wyjątkowy. Nie widziałam jeszcze dobrego odpowiednika, zazwyczaj są one sporo jaśniejsze, a opalizowanie na złoto jest delikatniejsze. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 212 Turquoise - cień, z którego nie do końca jestem zadowolona.W drogerii wyglądał bardzo fajnie; powiedziałabym, że bardziej zielono.
Była promocja, więc kupiłam... niestety potem okazało się, że jest
bardziej niebieski. Jest mi dobrze w chłodnych kolorach, więc nie
przejęłam się bardzo, ale szkoda, że odcień jest taki banalny. Wygląda,
wg mnie, bardziej błękitno niż turkusowo... Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 118 Khaki - jak nazwa wskazuje, jest to odcień khaki. Matowy. Ja go przygarnęłam na zlocie, mimo że mam podobny kolor z Catrice - In the army now. Nie używam często, bo rzadko robię makijaże w takich kolorach.
Kobo Professional, podwójna kasetka cieni - 402 Feel Alive - jasnozielony cień z kasetki, w której były po dwa cienie. Ma delikatne drobinki, można powiedzieć, że to miętowy odcień, jednak z tej zielonej rodziny mięty. Będzie fajny na okres letni.
Kobo Professional, podwójna kasetka cieni - 402 Feel Alive - różowy cień z kasetki, w której były po dwa cienie. Ma delikatne drobinki, jest to zwykły odcień różu - jeden z takich, w których nie jest mi najlepiej. Jego też przygarnęłam na zlocie i myślę, że na pewno go wykorzystam, ponieważ nie jest to nachalny odcień. Zwłaszcza w połączeniu z kolorami, które mi pasują.
Kobo Professional, 202 Pale Violet - kolejny z przygarniętych cieni. Jest to jasny odcień fioletu, jak nazwa wskazuje - dość blady. Myślę, że będzie dobrze wyglądał na powiece ruchomej w towarzystwie ciemniejszych fioletów nad załamaniem. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 207 Gold - słoneczny odcień żółci, wyglądającej trochę jak złoto. Fajny odcień na lato do kolorowych makijaży. Będzie też fajny do wewnętrznego kącika czy na dolną powiekę jako akcent kolorystyczny. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Inglot, Matte 345 - matowy odcień mięty. Myślę, że idealny do wiosenno-letnich makijaży, kiedy mięta wciąż króluje. A nawet jeśli modna by nie była, to moim zdaniem zawsze wygląda dobrze. Ostatnio Hania (digitalgirl13) z robiła makijaż z użyciem tego cienia i wygląda super. Ja zresztą też miałam go ostatnio w swoim filmiku. Niestety nie jest mocno napigmentowany i trzeba go podbić dobrą bazą lub białą kredką, żeby wydobyć mocny kolor.
Inglot, Matte 348 - matowy szary cień. Dostałam go na urodziny od koleżanek, bo potrzebowałam matowej szarości do blendowania przy ciemniejszych makijażach. Do tej pory miałam same metaliczne i perłowe szare cienie, a dzięki temu mogę po prostu więcej.
Inglot, Matte 342 - matowy brąz. Odcień tego cienia nie jest, według mnie, ani zbyt ciepły ani chłodny, po prostu pośredni. Mógłby być chłodniejszy do mojego typu cery, jednak do blendowania przy brązowych makijażach jest dobry. Też dostałam go od koleżanek na urodziny.
Inglot, Matte 358 - matowy cień w ciekawym, fioletowo-beżowo-brązowym kolorze. Trudno ten kolor opisać i w sumie trudno określić do jakiego koloru makijażu pasuje. Czasami mieszam go z 342 i kładę nad załamanie powieki. Wychodzi z tego ciekawy kolor, dobry do modelowania opadającej powieki.
Inglot, Pearl 402 - perłowy brąz, o bardzo ładnym, nietypowym kolorze. Perła nie jest nachalna, wygląda bardzo ładnie. Cień nadaje się na całą powiekę lub np. do przyciemnienia załamania czy zewnętrznego kącika. Będzie też fajnie wyglądać na dolnej powiece.
Ogólnie jestem zadowolona z tej palety. Cieszę się, że wiele cieni wpadło w moje ręce samoistnie, na zlotach, bo sama miałabym kłopoty, żeby uzbierać całą 12-tkę. Moim zdaniem paleta nieźle się komponuje: kolorowe cienie na powiekę ruchomą oraz dolny rząd odcieni neutralnych, nadających się nad załamanie. Mój zestaw pewnie nie przypadnie go gustu osobom lubiącym beże i brązy, jednak ja neutralne kolory mam w trzech innych paletach (Sunkissed, Oh So Special oraz Au Naturel). Oczywiście moja uzbierana paletka nie jest bez wad... brakuje mi tu jaśniejszego brązu i koloru cielistego, jednak jak mówię - ja takie kolory mam w innych paletach. Wydaje mi się, że swatche i kolory cieni są dobrze oddane, jednak ostatni rząd swatchy jest nieco ciemniejszy, bo światło naturalne mi się zmieniało (niemniej jednak widać, to co ma być widać). Mam nadzieję, że nie robi to problemu.
Dajcie znać o fajnych kolorach wkładów oraz czy moja paleta Wam się podoba ;)
Dawno nie opisywałam kolorówki, a w związku z tym, że jakiś czas temu kupiłam swój drugi cień Kobo (212), postanowiłam napisać kilka słów o tych wkładach. Z góry mówię, że 205 to cień o niespotykanym kolorze, dość trudnym do uchwycenia, także za wszelkie niedociągnięcia w kolorach przepraszam. Cienie Kobo można dostać w Naturze, w ich szafie (nie wiem gdzie jeszcze). Cena jednego wkładu to 13,99zł, na promocji zazwyczaj 8,99 (pojedyncze sztuki można znaleźć taniej). Nie jest to mało, w każdym razie drożej niż cienie Inglota.
205 Golden Rose to najpopularniejszy cień tej marki - jest to róż mieniący się na złoto, coś ślicznego. Obawiałam się, że nie będzie mi pasować, bo ani w złocie ani w różu nie jest mi rewelacyjnie - jednak przy dodatku czarnej kreski cień wygląda super! Jestem z niego bardzo zadowolona i bardzo polecam. Jest jednak jedno 'ale' - cienie Kobo są dość trudne w obsłudze. Osobiście nie nakładam ich pędzlami, bo nie rozcierają się zbyt dobrze, są jakby mokre i zbite. Najlepiej aplikować je palcem, przynajmniej mi to odpowiada. Wykończenie metaliczne.
Tutaj Kobo 205 Golden Rose w towarzystwie fioletowych cieni:
212 Turquoise interesował mnie od dłuższego czasu, w drogerii wyglądał bardzo fajnie; powiedziałabym, że bardziej zielono. Była promocja, więc kupiłam... niestety potem okazało się, że jest bardziej niebieski. Jest mi dobrze w chłodnych kolorach, więc nie przejęłam się bardzo, ale szkoda, że odcień jest taki banalny. Wygląda, wg mnie, bardziej błękitno niż turkusowo... a można było stworzyć taki fajny odcień! Jeżeli chodzi o konsystencję i nakładanie, to tak samo jak u złoto-różowego kolegi. Wykończenie metaliczne.
Tutaj w towarzystwie granatowego cienia (Kobo jest na powiece ruchomej):
Cienie umieszczone są w plastikowanych 'koszulkach', jest to dość dobre rozwiązanie. Z tyłu mamy numerek i nazwę cienia, wraz z datą ważności. W szafie Kobo znajdują się także paletki na 4 wkłady (9,99zł). Paletka wygląda dość elegancko, jednak nie kupiłam jej, ponieważ jest na małą ilość cieni. Kusi mnie więcej kolorów tej marki, ale część z odcieni wydaje mi się banalna. Jeżeli miałabym polecać kolor, to zdecydowanie 205 Golden Rose. Ten cień warto mieć! Jakość cieni jest dobra. Przez ich specyficzną konsystencję będą się długo trzymać na bezproblemowej powiece (ja potrzebuję bazy, ale raz nałożyłam 205 bez bazy i byłam zaskoczona, że zebrał mi się w załamaniu dopiero po jakichś 2-3 godzinach).
Cena: 13,99zł (w promocji - 8,99zł) Pojemność: brak danych Dostępność: drogerie Natura; szafa Kobo
Jakiś czas temu kupiłam dwie pomadki Kobo z serii Celebrity Lips. Oto jak się prezentują:
304 to winny odcień czerwieni, jest nieco ciemniejszy od typowej czerwieni i ma też w sobie nutkę różu. Bardzo lubię takie odcienie i cieszę się, że ta szminka zagościła w moim zbiorze. Na pewno będę jej regularnie używać. Nada się na wieczorne wyjścia, wpasuje się też w eleganckie klimaty. Zęby przy niej nie wydają się żółte. Cudo za 9,99zł :)
307 to róż, dosyć neonowy. Myślę, że idealny na wiosnę/lato. Osobiście nie czuję się świetnie w takich kolorach, jednak myślę, że jeszcze nieraz wykorzystam tę pomadkę. Niestety, mimo że mam jasne zęby, ten odcień sprawia, że wydają się bardziej żółte. Nie wiem jak białe zęby trzeba mieć, by móc nosić takie kolory bez przeszkód...
Post został dodany automatycznie, ponieważ jestem na wyjeździe.
Przyszła pora na drugą część postu, czyli cienie pojedyncze. Nie mam ich dużo, bo raczej takich nie kupuję. Kupiłam z nich tylko jeden, reszta wpadła w moje ręce przez przypadek/współpracę/podarunek.
Alverde, 20 Plum - ten cień również dostałam od cioci. Ma bardzo ładny odcień - jest to śliwkowy fiolet mieniący się na złoto. Niestety pigmentacja jest bardzo średnia i żeby nałożyć ten cień w widoczny sposób trzeba go sporo użyć. Poza tym nie można otrzepywać pędzelka z nadmiaru, bo po prostu nic na nim nie zostanie. Niemniej jednak, cień nie osypuje się i tym się ratuje. Jego cena to chyba 2,49€.
Cienie Miyo - bardzo dobrze znane cienie, zwłaszcza w bloggerskim świecie. Wszystkie mają bardzo fajną pigmentację, jednak różnią się znacznie między sobą. Cienie matowe (Vanilla, Toxic) dosyć mocno pylą i są suche. Pierwszy z nich, mimo że wydaje się cielisto-beżowy, tak naprawdę ma w sobie sporo szarego tonu, który średnio mi odpowiada. Gold dust jest bardziej mokry, jednak jego konsystencja nie za bardzo mi pasuje - o wiele lepiej się go nakłada (i przy okazji on lepiej wygląda) na mokro. Poza tym, mimo że jest perłowy, to ma jeszcze większe drobinki, które wyglądają średnio na oku. Cień Happy Suzy jest już zupełnie inny - ma twardą, jednak dosyć mokrą konsystencję. Dobrze nakłada się go palcem, bo na pędzlu niewiele z niego zostaje. Cienie Miyo są ok, ale nie powaliły mnie na kolana. Cena jednej sztuki to jakieś 5-6zł.
My Secret, Pearl Touch, 107 - czyli ta sama rodzinka cieni co Miyo, ale z tego jestem bardziej zadowolona. Dostałam go w ramach wymiany. Pigmentacja jest w porządku, dobrze się go nakłada. Mimo że z nazwy jest perłowy, to w rzeczywistości daje bardziej satynowy efekt. Odcień fioletu jest też bardzo ładny, pasuje do mojej tęczówki. Poza tym jest tani, kosztuje ok. 5zł.
Essence, 16Go glam - ten cień też dostałam poprzez wymianę. Jest to ładny liliowy odcień fioletu. Pigmentacja jest w porządku, cień dobrze się nakłada. Daje na powiece ładny, liliowy kolor, dodatkowo ją rozświetlając. Tworzy ciekawe połączenie z cieniem My Secret pokazanym piętro wyżej. Ja jestem z niego zadowolona. Cena to bodajże 6,99zł.
Cienie Manhattan, 95R Mat Maroon / 95W - posiadam dwa, w bardzo podobnych odcieniach. Oba dostałam od cioci. Pierwszy z nich jest matowy, drugi - z drobinkami. Szczerze mówiąc, różnica w odcieniu jest nikła... W każdym razie, średnio lubię te cienie. Matowego czasami użyję nad powiekę ruchomą, przy neutralnych makijażach. Sprawdza się w porządku, ale fanką cieni Manhattan z pewnością nie zostanę. Tym bardziej, że - z tego, co wiem - cena nie jest niska.
Mon Ami, nr 2 - nic o nim pisać nie będę, ponieważ jego recenzja znajduje się tutaj.
Kobo, Golden Rose - to ostatni pojedynczy cień, jaki mam w kolekcji. To właśnie ten kupiłam. Kupując go nie wiedziałam, czy jego kolor mi się przypadkiem nie zdubluje z którymś cieniem z palety OSS. Jednak okazało się, że ma zupełnie inny odcień, niż Sleekowe róże. Jego konsystencja jest dość mokra, aplikacja może sprawiać trochę problemu. Jednakże polubiłam ją, jak i trwałość tego cienia. Przyznam, że zdarzyło mi się nałożyć go raz bez bazy (a zawsze ją aplikuję) i, ku mojemu zdumieniu, nie zebrał się w załamaniu po jednej godzinie, jak to zawsze u mnie bywa. Skubaniec trzymał się dobrze przez jakiś czas, czym bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Poza tym świetnie się mieni na złoty kolor. Kupiłam go w promocji za 8,99zł.
Na tym kończy się kolekcja moich cieni. Lubicie tego typu posty?
Może powinnam zrobić coś podobnego z kolekcją lakierów czy róży? ;)
Golden Rose, Perfect Shine, 240 - wydaje się być ciemna, jednak na ustach wychodzi półtransparentnie. Ogólnie daje kolor, jednak o wiele bledszy niż by się spodziewało. Jest kremowa, bardzo dobrze nakłada się ją na usta. Ma fajne, dosyć małe opakowanie, jednak waga szminki jest standardowa. Cena: koło 9zł.
Kobo, Celebrity lips, 306 Heather Obession - mój najnowszy szminkowy nabytek, dorwałam ją w Naturze, kiedy była ich wyprzedaż za 9,99zł. Nie żałuję, chociaż kolor nie jest do końca mój. Kiedy mam ją na ustach, wydaje mi się, że wyglądam trochę demonicznie (co wcale nie jest złe, bo mam dosyć delikatną urodę i lubię sobie dodać trochę charakteru). Szminka jest bardzo dobrze kryjąca, trzyma się przyzwoicie. Ratuje moją dotychczasową opinię na temat Kobo ;)
p2, Pure Color, 114 Carrer de Casanova - pokazywałam już ją w recenzji pomadek p2. Ta jest moją ulubioną - swojego czasu nosiłam ją dzień w dzień. Teraz trochę rzadziej, ale nadal chętnie do niej powracam. Uważam, że bardzo dobrze mi w tym kolorze. Cena: 1,95€
Alverde, 53 Cherry - mój drugi najnowszy szminkowy nabytek - kupiłam ją ostatnio w Niemczech. Jestem z niej super zadowolona. Jest ona w kolorze wiśniowym, nawet powiedziałabym zgaszono-czerwonym. Bardzo mi się podoba. Wykończenie satynowe. Jak na szminkę ma ciekawą konsystencję - trochę suchą, jednak nie podkreśla suchych skórek. Kosztowała sporo (porównując do p2), jednak jestem bardzo zadowolona. Cena: 3,45€
Avon, Ultra Color Rich, Red 2000 - moja ulubiona szminka, jednak nie noszę jej zbyt często. Świetnie utrzymuje się na ustach - bez jedzenia i picia spokojnie kilka dobrych godzin. Pigment wchodzi w usta i długo na nich pozostaje. Na poniższym zdjęciu nie wyszła zbyt dobrze, bo była ostatnią, której robiłam zdjęcie. Poza tym ja nie mam fajnego kształtu ust, więc nie patrzcie tak na to :P
Jak się podobają? Macie faworytkę? ;)
Jaśniejsze pomadki noszę o wiele rzadziej, jednak mogę zrobić z nimi post. Chcecie? :)
Bazy Kobo nie trzeba chyba przedstawiać, bo większość z Was wie o jej istnieniu. Kupiłam ją, ponieważ skończyła się moja baza Virtual i chciałam spróbować czegoś nowego nie wydając przy tym dużej kwoty (16,99 zł).
Produkt zamknięty jest w eleganckim słoiczku, w którym mieści się 6g kosmetyku. Konsystencja jest fajna, kremowa - bazę łatwo aplikuje się na powiekę.
Baza jest perfumowana, co może wywoływać alergie. W czasie wakacji miałam spore problemy z powiekami, nie wiem czy nie to sprawa tej bazy... ale niekoniecznie. Nie oskarżam jej ;) U mnie: cienie rolowały się już po 4-5 godzinach. Oczywiście w załamaniu zbiera się tylko ich nadmiar. Jest niezła, ale miałam lepsze ;)