Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling do ciała. Pokaż wszystkie posty

6 maja 2016

Naturalny peeling z masłem shea DIY - dobre złuszczanie i nawilżenie


Pokażę Wam jaki fajny peeling sobie zrobiłam. Dziś, w sumie kilka godzin temu :) Porcja, jaką widzicie na zdjęciu jest niewielka (ok. 100g), można ją nazwać testową - chcę na razie stwierdzić, czy fajnie wyszło, a potem najwyżej modyfikować.

Mój peeling jest naturalny i pachnie słodką miętą z nutą trawy cytrynowej. Jest on bardzo prosty w przygotowaniu, a jego zrobienie zajmuje chwilkę. Tak naprawdę jeśli wszystko dobrze przygotujemy, to możemy się uwinąć nawet w 5 minut :) Peelingi robione w domu to naprawdę kilka chwil poświęconej roboty i wielka radość z używania. Największy kłopot jest w tym, by zebrać surowce do przygotowania kosmetyku, potem idzie już z górki.



Czego użyłam do jego przygotowania?
  • niewielkiej ilości masła shea (około 30g)
  • olejków: Alterra do twarzy i olej makadamia (łącznie około 30 ml)
  • korundu kosmetycznego
  • peelingu z nasion truskawek
  • peelingu z nasion jeżyny
  • peelingu z orzecha włoskiego (wszystkie te sypkie rzeczy w niewielkiej ilości, na oko)
  • olejków eterycznych: lemongrasowego i miętowego

Jak zrobić domowy peeling z masłem shea?


  1. Do czystego, zdezynfekowanego słoika przełożyłam trochę masła shea i dodałam olejków. Za olejkiem do twarzy z Alterry nie przepadałam, więc postanowiłam go wykorzystać, natomiast olej makadamia kupiłam, żeby zrobić Wojtkowi olej do brody i to co mi zostało, dodałam do tego peelingu. Wszystko wymieszałam, chociaż trochę opornie to szło. Kiedy macie problem, żeby dobrze rozdrobnić masło, to warto zanurzyć na chwilę słoik w misce z ciepłą wodą, żeby wszystko trochę zmiękło.

  2. Następnie nasypałam trochę peelingu z orzechów włoskich (ilość: na oko) i znów wszystko wymieszałam.

  3. I pora na dosypanie kolejnych peelingów: ten jaśniejszy to nasiona truskawki, a ciemniejszy - jeżyn. Potem dodałam też trochę korundu (niewiele, ponieważ jest on bardzo drobny i mocno ściera). Ostatni krok to dodanie kilku kropki olejków eterycznych. Ja dałam 3 krople lemongrasowego i 5 kropli miętowego.

  4. Tak wygląda gotowy peeling. Ma w sobie dużo różnych drobinek. Gdzieniegdzie widać większe kawałki masła shea.

Jak się sprawdza? Jak działa?

Mój peeling dobrze złuszcza martwy naskórek i najlepiej stosować go na wilgotne ciało, ponieważ na suchej skórze nie będzie miał poślizgu i wszystkie drobinki będą spadać. Drobinki są zróżnicowane, jedne są mniejsze, drugie są większe. Jeśli chodzi o poziom złuszczania to jest on dobry, natomiast nie jest to peeling bardzo mocny. Zapewne dlatego, że nie ma w nim soli ani cukru. Ale ja się akurat z tego cieszę, bo peelingów cukrowych i solnych mam kilka. Takiego bez tych składników, w dodatku naturalnego, nie mam. To znaczy, już mam :D Na jeden zabieg nie zużyłam dużej ilości produktu, więc myślę, że przygotowana przeze mnie porcja wystarczy na jakieś 4 zastosowania. Peeling dobrze nawilża skórę i po zabiegu nie trzeba nacierać się już żadnym balsamem. Skóra nie jest tłusta i lepka, tylko pokryta nawilżającą powłoką, która nikogo nie powinna denerwować ;) Dodatek olejku miętowego sprawia, że kosmetyk przyjemnie odświeża skórę, co jest dodatkową zaletą na nadchodzące lato.


Koszt surowców, z których przygotowałam peeling:
Masło shea - 45zł (akurat to jest drogie i mam je z ChillBoxa, ale można kupić inne o wiele taniej)
Olejek Alterra - 9zł
Olej makadamia - 6zł
Peeling z orzechów włoskich - 13zł
Peeling z nasion truskawki - 5zł
Peeling z nasion jeżyny - 5zł
Korund - 6
Olejki eteryczne - po około 8zł


Faktyczny koszt pojedynczego peelingu:
Masło shea - około 9zł
Olejek Alterra - około 4zł
Olej makadamia - około 3zł
Peeling z orzechów włoskich - 1,5zł
Peeling z nasion truskawki - 1zł
Peeling z nasion jeżyny - 0,5zł
Korund: 0,5zł
Olejki eteryczne - groszowe sprawy

Łącznie: około 19,50zł


Dajcie znać, czy zainteresował Was mój peeling i czy kiedyś sobie taki zrobicie :)
Przygotowujecie sobie peelingi w domu? Macie jakieś ciekawe i sprawdzone przepisy?

27 kwietnia 2016

Natura Siberica: Wild Juniper - świetny peeling, który wygląda jak koktajl z owocami :)


Przedstawię Wam produkt, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zaskoczyło mnie już samo opakowanie, które okazało się duże i dość ciężkie. A zawartość przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Odkryłam wieczko i przez moment nie wiedziałam, co widzę. Potem sobie to uświadomiłam :) Jak widzicie na zdjęciach, w peelingu zatopione są owoce borówki.

Oczywiście, zanim wsadziłam do niego swoje łapska, musiałam go porządnie ofocić, żebyście mogli zobaczyć jak to wszystko wyglądało w stanie nienaruszonym. Peeling nie ma powalającego zapachu, pachnie dość kosmetycznie i może trochę leśno-drzewnie, nie jest to owocowy zapach. Jest to peeling solny, więc polecałabym go dla osób, których skóra nie jest wymagająca i nie jest skłonna do podrażnień. Jeżeli macie ranki i podrażnienia, to najlepiej odpuścić sobie taki produkt, bo może Was szczypać.


Kosmetyk jest gęsty i ma bardzo dużo drobinek. Główną substancją ścierającą jest oczywiście sól, ale dodatkowo w składzie znajdują się także pestki malin, które nieco wzbogacają formułę. Produkt naprawdę mocno złuszcza martwy naskórek, więc z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom porządnych zdzieraków. Drobinki są ostre i bardzo mocno wygładzają skórę. Konsystencja kosmetyku jest taka jakby żelowa, a to wszystko sprawka gliceryny, która znajduje się już na drugim miejscu w składzie, więc jest jej sporo. Na trzecim miejscu w składzie mamy masło shea, ale przyznam, że nie wyczułam za bardzo jego obecności.

Peeling bardzo dobrze oczyszcza skórę, znakomicie wygładza, ale nie ma właściwości nawilżających. Przez zawarte w kosmetyku substancje delikatnie myjące, wszystko zostaje zmyte. Skóra nie jest pokryta żadnymi nawilżającymi substancjami - gliceryna i masło shea nie oblepiają skóry i niestety wszystko spływa wraz z wodą do odpływu. Troszkę szkoda. Natomiast jest to peeling idealny dla osób, które nie lubią nawilżać skóry lub wręcz nie znoszą uczucia tłustawej, naolejowanej skóry. Zwłaszcza, jeśli miały ochotę na coś naturalnego, a zawarte w naturalnych zdzierakach oleje, je zniechęcały ;)



Bardzo polubiłam się z tym kosmetykiem. Może nie pachnie najpiękniej, ale skóra po jego zastosowaniu jest super gładka. Po mało którym peelingu odczuwam aż takie wygładzenie. Troszkę szkoda, że nie nawilża skóry substancjami zawartymi w składzie, ale dzięki temu może być chętnie stosowany przez osoby, które za nawilżeniem nie przepadają. Na pewno starczy na dłuższy czas, ponieważ w opakowaniu jest go aż 370 ml, a do masażu całego ciała nie potrzeba go dużo.

Ja mogę go serdecznie polecić. Od jakiegoś czasu używam peelingów naturalnych i lubię większość z nich, jednak nie zawsze mam ochotę na ciało pokryte olejkiem lub masłem - wtedy sięgam po ten kosmetyk. Plusem jest też to, że drobinki ścierające są naturalne i nie mają szkodliwego wpływu na środowisko. Jeżeli chodzi o te owoce, to oczywiście trzeba je dobrze rozgnieść przy peelingowaniu, żeby mogły swobodnie wpaść do odpływu. Nie mają większej funkcji niż ta dekoracyjna :)

Skład: Sodium Chloride (sól), Glycerin (gliceryna), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Cetearyl Alcohol, Fragaria Vesca Seed (pestki malin), Cocamidopropyl Betaine (substancja myjąca), Vaccinium Uliginosum Berry (owoce borówki bagiennej), Juniperus Communis Fruit Extract (ekstrakt z jałowca), Parfum, Benzyl Salicylate, Coumarin, Mica, CI 77891, CI 42090, CI 19140.

Cena: ok. 31zł      Pojemność: 370 ml      Dostępność: np. Prawo-Natury

5 stycznia 2016

Ziaja: porównanie trzech peelingów - Sopot Spa, Cupuacu, Czekoladowy


Porównanie to coś, co rzadko pojawia się na moim blogu, natomiast jest bardzo przydatne. W związku z tym, że mam 3 peelingi do ciała marki Ziaja, postanowiłam je opisać, a tym samym porównać. Być może taki post z kolejnymi trzeba peelingami Ziai kiedyś znów się pojawi, bo całkiem te peelingi lubię i pewnie do nich wrócę :)

Ziaja, peeling do ciała Sopot Spa
Jest to peeling, który stał się moim ulubieńcem ostatnich miesięcy. Polubiłam go zarówno za zapach, jak i działanie. Zapach jest bardzo świeży, trochę morski, trochę jak pranie. Na pewno wielu osobom przypadnie do gustu. Peeling opisywany jest jako średnioziarnisty, jednak ja uważam, że taka kategoryzacja nie ma większego sensu, bo nie ma między peelingami znacznych różnic. Peeling jest bardzo przyjemny w użytku. Ma żelową konsystencję, która dość mocno przylega do skóry, nie odpada w czasie masażu. Drobinki zawarte w peelingu są syntetyczne, zatem nie rozpuszczają się. Jak dla mnie duży plus, bo ja właśnie takie peelingi lubię. Peeling Sopot Spa nie jest jednym z tych, które zostawiają na skórze tłustą warstwę. Został słusznie nazwany peelingiem myjącym, nie trzeba przy nim używać żelu do mycia ciała. Bardzo wydajny.
Ziaja, Cupuacu, peeling złuszczająco-wygładzający
Na ten peeling skusiłam się spontanicznie przy okazji zakupów na stoisku Ziai. Kupiłam go, bo w sumie jest to nowa seria i chciałam go wypróbować. Jest to peeling cukrowy z bazą parafinową. Nie przepadam za takimi, ale mimo zerknięcia na skład, przymknęłam oko. Peeling nie powala. Zapach ma przedziwny - trochę słodki, trochę oleisty, trochę mdły. W kąpieli bardzo szybko się rozpuszcza. Na ciepłym, wilgotnym ciele można wykonać masaż przez około 20-30 sekund. Właśnie dlatego nie przepadam za peelingami cukrowymi - za szybko się kończą i mało skutecznie złuszczają. Zużyłam go bardzo dużo już przy pierwszym starciu - efekt widać na zdjęciu. W dodatku peeling Cupuacu oblepia skórę warstwą oleju, który jest bardzo, ale to bardzo tłusty. Ja nie polecam, chyba że lubicie takie peelingi. Dość gęsty i zbity.
Ziaja, peeling czekoladowy z masłem kakaowym
Peeling ten jest bardzo podobny do mojego ulubieńca Sopot Spa. Ma oczywiście inny zapach, w moim odczuciu dużo gorszy. Przypomina trochę czekoladę, ale to bardziej nuta zapachowa obecna w całej serii Masło kakaowe, z tym, że w peelingu wypada dość słabo, jest jakby oleista. Kosmetyk sam w sobie jest bardzo dobry - elegancko złuszcza naskórek, myje i nie zostawia tłustej powłoki. Na plus trzeba zaliczyć też fakt, że skóra po zastosowaniu tego peelingu delikatnie pachnie. I tutaj na szczęście mamy do czynienia z tą przyjemną nutą serii Masło kakaowe, którą można znaleźć np. w kremie do twarzy. Warto wspomnieć, że peeling został nazwany gruboziarnistym, jednak nie widzę większej różnicy między nim a średnioziarnistym Sopot Spa. Spodziewałam się, że zobaczę znacznie większe drobinki pod sreberkiem ;)


Sopot Spa: Aqua, Polyethylene, Coco Glucoside, Glycerin, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Laminaria Digitata Extract, Butylene Glycol, Enteromorphea Compressa Extract, Porphyra Umbilicalis Extract, Sorbitol, Algae Extract, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Sodium Hydroxide.

Cupuacu: Sucrose, Paraffinum Liquidum, Cera Microcistallina, Paraffin, Palm Oil, Isopropyl Myristate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Cera Alba, Cetearyl Alcohol, Shea Butter, Walnut Shell Powder, Bertholletia Excelsa Seed Oil, Tocopherol, Macadamia Seed Oil, Cotton Seed Oil, Squalane, Theobroma Seed Butter, Hydrogenated Castor Oil, Parfum.

Czekoladowy: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Polyethylene , Cocamide DEa, Coco Glucoside, Juglans Regia Shell Powder, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Cocoabutteramphoacetate, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, parfum, Sodium Hydroxide.

Miałyście któryś z nich? Którzy najbardziej przypadł Wam do gustu? :)

7 lipca 2014

ShinyBox - czerwiec 2014, moja opinia na temat produktów z pudełka, mini-recenzje


Niedawno dostałam najnowszego ShinyBoxa, a już zdążyłam przetestować produkty w nim zawarte. Uważam, że kilka z nich jest godnych uwagi, dlatego też postanowiłam zrecenzować pudełko na blogu. Muszę przyznać, że zawartość jest całkiem udana i z większości kosmetyków jestem zadowolona. Jeśli jesteście ciekawi, co mam do opowiedzenia o każdym z nich, to zapraszam do dalszej części wpisu.


Dove, antyperspirant Invisible Dry, Anti-White marks - czyli trzeci z rzędu antyperspirant w pudełku. Zapach ma bardzo ładny, wyważony, nie jest ani za mocny, ani za słaby. Bardzo podoba mi się ten klik od rozpylacza, ponieważ jest taki śmieszny, jakby gumowy, i bardzo fajnie się go naciska :P Jeśli chodzi o samo działanie antyperspirantu, to niestety rewelacji nie ma i według mnie (jak na te upały) to skuteczność jest dość niska. Używam go raczej w warunkach domowych, ponieważ można się spocić pod pachami już po około 1-2h od aplikacji, więc jest słaboooo.

Organique, peeling do ciała z guaraną i masłem shea - widziałam niezbyt pochlebne opinie na temat tego produktu, mi jednak bardzo przypadł do gustu. Jestem zwolenniczką peelingów... dziwnych, nietypowych, nie lubię za bardzo cukrowych, więc ten bardzo wpisał się w moje standardy. Czytałam, że dziewczyny pisały, iż peeling jest dość leisty i płynny, ale może to wynika z tego, że są przyzwyczajone do bardziej stałej formy. Jak dla mnie ten peeling ma właśnie średnio-gęstą konsystencję, a ja takie bardzo lubię. Peelingi wykonuję na sucho, więc wiele z nich ma dobre właściwości ścierające, tak samo jest i z tym. Poza tym zawarte w kosmetyku masło shea zostaje na skórze, otula je nawilżająco-tłustawą warstwą, dzięki której nie musimy już sięgać po balsam/masło. Bardzo dobrze używa mi się go do dłoni, ponieważ od razu zastępuje krem.

Marion, serum termoochronne do włosów - serum, którego używam jako 'zabezpieczacza' końcówek i kosmetyku termoochronnego, kiedy sięgam po suszarkę. Muszę przyznać, że bardzo się polubiliśmy. Na włosy nakładam 1-2 pompki produktu. Nie zauważyłam, by serum obciążało czy przetłuszczało włosy zastosowane w tej ilości. Za to końcówki są ładnie ujarzmione, błyszczą się i są gładkie. Ostatnio sporo podcięłam włosy i jak wcześniej moje zniszczone końce nie lubiły tego typu silikonów, teraz nie są raczej problemem i reagują na takie produkty o wiele lepiej. Jeśli chodzi o ten kosmetyk to jest na tak. Szkoda tylko, że ShinyBox wrzucił taki bajer za jedyne 10zł, a nie z wyższej półki.

Etre Belle, maseczka kolagenowa w kremie - tutaj akurat się nie wypowiem, ponieważ po zobaczeniu parafiny na drugim miejscu od razu wiedziałam, że jej nie użyję. Produkt powędrował do mojej cioci, niestety nie wiem, jak się sprawdza.

SYIS, gąbeczka do makijażu Make-up Blender - to rzecz z pudełka, w której pokładałam największe nadzieje. Po wyciągnięciu jej z opakowania trochę się zawiodłam, ponieważ była twarda (nawet twardsza od gąbeczki ebelin, która kosztuje naprawdę grosze - 2,45€). Przy pierwszych użyciach miałam z nią trochę problemów, ponieważ jest ona dość duża, a ja nie mam zbyt dużej twarzy i trochę walczyłam przy nakładaniu podkładu, a do tego dochodziła słaba sprężystość. Na szczęście po kilku umyciach gąbeczka się trochę wyrobiła i obecnie używa mi się jej lepiej. Myślałam, że będzie to hit tego pudełka, niestety trochę się przeliczyłam. Jest to raczej zwykła gąbeczka do makijażu, moim zdaniem gorsza od ebelin.


Mosquiterum, spray na owady - póki co miałam okazję zabrać go ze sobą w góry. Co prawda paliliśmy tam co chwilę ognisko, więc nie jestem w stanie w 100% ocenić działania tego specyfiku, jednak kiedy psiałam się nim w drodze, to nic mnie nie gryzło. Na pewno pojedzie jeszcze ze mną na Woodstock. Spray ma bardzo ładny, cytrusowy zapach.

Sylveco, odżywcza pomadka z peelingiem (+ zestaw próbek)
- naprawdę ciekawy wynalazek! Mamy pomadkę, a w niej zatopione całe mnóstwo drobinek cukrowych, które peelingują usta. Jako osoba, która bardzo rzadko sięga po coś złuszczającego naskórek z warg, jestem oczarowana. Wystarczy przejechać pomadką po ustach, żeby je wypeelingować i jednocześnie natłuścić. Na ustach zostaje nam sporo drobin cukru, które po czasie się rozpuszczają. Minusem produktu jest to, że ten cukier często wchodzi mi do ust, ale akurat ta pomadka jest w 100% naturalna i ma lekko kakaowy posmak, więc nic złego się nie dzieje.
Próbek niestety jeszcze nie wykorzystałam, ale znam działanie większości z nich, ponieważ już je miałam. Bardzo lubię Sylveco, więc zdecydowanie na plus!



W ogólnym rozrachunku, ja z pudełka jestem zadowolona. Może nie wszystkie produkty zachwycają, ale większość z nich przypadła mi do gustu. Zawiodłam się trochę na gąbeczce i dezodorancie, ale one też nie są tragiczne. Za największy niewypał pudełka muszę uznać maseczkę, bo mimo że marka niezła a kosmetyk sam w sobie drogi, to jednak z beznadziejnym składem i tylko dla osób ze skórą suchą/normalną. Uważam, że jest to jedno z najlepszych pudełek ostatnich czasów i biorąc pod uwagę fakt, że można było je kupić za 39zł, to jest tego warte. Niestety teraz box podrożał i kosztuje 59zł (doszło 10zł za wysyłkę), niemniej jednak zainteresowanych odsyłam na stronę ShinyBoxa, gdzie można go sobie zamówić - KLIK.


21 lutego 2014

Mariza: grejpfrutowy peeling solny - coś dla balsamowych leniuszków ;)


Peeling solny marki Mariza leżał w moich zbiorach czekając na otwarcie przez wiele miesięcy. Kilka tygodni temu w końcu się do niego dobrałam. Jest to pierwszy peeling na bazie soli, z jakim mam do czynienia, więc byłam ciekawa jego właściwości.

Peeling mieści się w dość małym słoiczku. Dodatkowo opakowanie jest zabezpieczone sreberkiem. Uwielbiam zapach tego kosmetyku - mam wrażenie, że większość produktów o zapachu grejpfruta ma bardzo przyjazną, słodką woń. Zapach tego peelingu jest dość intensywny, rozprzestrzenia się w łazience i jest w niej wyczuwalny jeszcze przez jakiś czas. Na ciele czuć go przez kilka dobrych godzin. Czasami zapominam, że go używałam i zastanawiam się, co tak pachnie ;)


Moc złuszczania jest optymalna - nie jest to bardzo mocny peeling, ale też nie jest słaby. Drobinki soli są raczej drobne, nie drapią, tylko zapewniają delikatny masaż. Kosmetyk robi to co ma robić, czyli usuwa martwy naskórek. Poza solą mamy też sporo olejku migdałowego i mam wrażenie, że to on i jego inni koledzy ze składu hamują peeling przez ostrym zdzieraniem. Dzięki niemu nie musimy nawilżać ciała po kąpieli, ponieważ jest ono naprawdę mocne natłuszczone. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie lubi tego uczucia, ale tutaj mamy je zapewnione głównie przez olej migdałowy, a nie parafinę, jak przy wielu tego typu produktach (chociaż parafina też jest, ale dalej w składzie). Jeśli ktoś nie lubi się balsamować, a musi nawilżyć ciało od czasu do czasu, to taki peeling jest fajnym rozwiązaniem. Niestety nie należy do najbardziej wydajnych - starcza na jakieś 10 zabiegów.

SKŁAD: Sodium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Shea Butter, Petrolatum, Vitis Vinifera Oil, Paraffinum Liquidum, Cacao Seed Butter, Jojoba Seed Oil, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Cital, Linalool, Limonene, CI 47005.

Cena: 17,90 zł      Pojemność: 200ml      Dostępność: Allegro, konsultantki Mariza

12 maja 2013

Farmona: tutti frutti, peeling do ciała - figi i daktyle


Dziś będzie krótko i zwięźle. Opiszę Wam w kilku zdaniach nowy produkt Farmony - peeling do ciała tutti frutti o zapachu fig i daktyli. Mimo że wygląda niepozornie, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.

Jego buteleczka mieści 120ml produktu i przypomina sławne peelingi myjące od Joanny. Przez to podobieństwo, myślałam, że produkty również będą podobne. Nie mówię, że peelingi Joanny są złe - bardzo lubię ich zapachy i średni stopień zdzierania. Natomiast peeling marki Farmona dosłownie mnie powalił.


Jeżeli chodzi o zapach, to dla mnie nie jest on powalający. Pachnie świeżo i niemęcząco. Ta woń przypomina mi aromat kwaśnych, niedojrzałych jeszcze fig. Dałam go też do powąchania tacie, który jest ekspertem od zapachów, jednak nie udało mu się zgadnąć, co to za owoc (bo że owoc, to od razu czuł). Myślę, że kosmetyku będzie się przyjemnie używało w ciepłe/gorące dni.

Jednak nie zapach jest najważniejszy, liczy się działanie. Peeling Farmony jest cudowny! Ma dobrą konsystencję, dość rzadką, ale to czyni go naprawdę wydajnym. Nie jest peelingiem cukrowym, więc nie rozpuszcza się pod wpływem wody (ja akurat tego nie lubię i peelingi cukrowe są najmniej przeze mnie lubiane). Może być stosowany na sucho, wilgotno i mokro. Ja polecam dwie pierwsze metody, bo zdzieranie jest naprawdę rewelacyjne! Gdy pierwszy raz użyłam tego kosmetyku, to miałam całe czerwone ramię i byłam naprawdę w szoku, bo zupełnie nie spodziewałam się takiej siły zdzierającej. Oczywiście można ją złagodzić poprzez wodę, ale ja robię peelingi na sucho. Zdecydowanie polecam tego niepozornego zdzieraka!


Cena: ok. 5zł      Pojemność: 120ml      Dostępność: drogerie, internet

25 lutego 2013

Farmona: Sweet Secret, zestaw Słodkie trufle i migdały


W końcu przychodzę z notką dotyczącą zestawu z Farmony. Niestety nie miałam wcześniej czasu i okazji, by wypróbować te produkty. Udało mi się je otworzyć dopiero jakiś czas temu. Jeśli chciecie znać moją opinię, to zapraszam do dalszej części postu. Zestaw zapakowany był w kartonowe opakowanie z kokardką - podwójne edycje zostały wydane w okolicach Świąt, więc od razu nasuwały skojarzenia z prezentami. Koszt takiej paczki to ok. 26zł, ale nie wiem czy można je jeszcze gdzieś dostać. Nawet jeśli nie, to można kupić te produkty osobno.


Farmona, Sweet Secret, Słodkie trufle i migdały, migdałowy peeling do mycia ciała:
Zacznę od peelingu. Standardowo dla tej serii, mieści się on w 225ml słoiczku z apetycznie wyglądającą szatą graficzną. Zapach kosmetyku jest intensywny, nawet za bardzo. I niestety na nim się nieco zawiodłam, bo zupełnie nie pachnie mi truflami z migdałami. Gdy podkładam słoik pod nos, to przed oczami mam raczej wiśniową nalewkę. Podczas masażu, zapach jest jeszcze gorszy - zaczyna się robić chemiczny i nieprzyjemny. Jeżeli chodzi o jego konsystencję, to jestem fanką takich! Peeling nie jest cukrowy ani solny, to gęsta galaretka z drobinkami. Niestety drobinek jest za mało - co prawda da się nim osiągnąć ładny efekt wypeelingowanej skóry, ale - wnętrze słoiczka aż samo prosi się o większą ilość zdzierających ziarenek. Jak wspomniałam, galaretowata konsystencja odpowiada mi - trzyma się ciała, nic mi nie spada do wanny (w przeciwieństwie do peelingów cukrowych) i się nie marnuje. Siłę zdzierającą peelingu zaklasyfikowałabym jako średnią - nie jest on mocny, ale też nie słaby. Nie u każdego sprawdzi się na nogach, bo tam może być za delikatny. Uważam, że jest odpowiedni do okolic brzucha czy rąk - tam silne zdzieraki nie są tak bardzo potrzebne, przynajmniej na moim ciele. Zdzierak nie zostawia na skórze tłustej powłoki, ponieważ peeling ogólnie nie jest tłusty. Po zabiegu skóra jest wygładzona i przyjemna w dodatku. Produkt Farmony przypomina mi peelingi BeBeauty, które można było dostać w Biedronce dawno temu, jednak jego konsystencja jest zdecydowanie gęstsza.

Pragę zauważyć, że ja peelingi wykonuję na sucho - wtedy mam pewność, że martwy naskórek rzeczywiście jest usunięty. Nie zadowala mnie metoda na mokre ciało - mam wrażenie, że wszelkiego rodzaje scruby nie działają wtedy tak, jak powinny. Peeling Farmony sprawdza się u mnie na sucho i gdyby zawierał większą ilość drobinek oraz miałby nieco inny zapach, byłoby mu blisko do ideału.

Cena: ok. 13zł     Pojemność: 225ml     Dostępność: Natura, Rossmann, inne drogerie, internet



Farmona, Sweet Secret, Słodkie trufle i migdały, migdałowy balsam do ciała:
Balsam do ciała zamknięty jest w butelce zawierającej 225ml produktu. Od razu zauważyłam, że butelka nie jest najlepszym rozwiązaniem przy tej formule. Balsam ma średnio-gęstą konsystencję, jednak jest ona na tyle stała, że trudno wydobywa się go z opakowania. Przechylamy butelkę - nic nie leci; potrząsamy - nic nie leci; ściskamy - leci za dużo i chaotycznie. Wydaje mi się, że lepszym rozwiązaniem przy takiej konsystencji byłaby tuba. Produkt ma jasny, lekko beżowy kolor. Zatopione są w nim małe, czarne kulki - nie wiem, czemu mają służyć, ale na szczęście znikają przy rozsmarowywaniu. Zapach balsamu jest podobny do peelingu, jednak odrobinę delikatniejszy (na skórze trochę się zmienia w mniej przyjemny; jest wyczuwalny do jakichś 2 godzin po aplikacji). Niemniej jednak, i tak jest drażniący - przeszkadza moim rodzicom, gdy chodzę po domu wysmarowana tym kosmetykiem. Balsam wchłania się w ciągu kilku minut. Nawilżenie, które nam daje jest z rodzaju codziennego, lekkiego. Produkt Farmony usunie nieprzyjemne uczucie suchej, ściągniętej skóry, jednak nie zapewni dogłębnego nawilżenia. Skóra przez kilka godzin będzie czuła się dobrze, jednak po dłuższym czasie może się domagać czegoś intensywniej nawilżającego. Ja nie mam problemów z przesuszeniem, także taki stopień nawilżenia mi odpowiada, jednak jestem pewna, że wielu z Was by nie zadowoliło.

Cena: ok. 13zł     Pojemność: 225ml     Dostępność: Natura, Rossmann, inne drogerie, internet
Dziękuję Agencji Werner i Wspólnicy za możliwość przetestowania produktów :)

Ogólnie produkty uważam za średnie. Bardziej do gustu przypadł mi peeling i możliwe, że kiedyś do niego wrócę. Jednak na pewno nie podczas ciepłych miesięcy - zapach jest za ciężki i zbyt intensywny. Balsam nie jest najgorszy, ale jestem zwolenniczką maseł, zwłaszcza na zimę. W lecie wolę używać czegoś lżejszego, aczkolwiek ten produkt zostaje wykluczony przez zapach i na pewno nie chciałabym go stosować w czasie upałów. A Wy, co o nich sądzicie?

27 listopada 2012

Projekt denko - listopad 2012

W tym miesiącu też nie jestem zbyt zadowolona ze zużyć. Pewnie denko nie będzie większe do czasu jakichś dni wolnych typu Święta czy ferie. Nie wykończyłam nic z kolorówki... nie wiem, kiedy ten moment nastąpi, na razie nie przewiduję; na razie mam dużo napoczętych rzeczy. No ale dobra, oto co wykończyłam:

Bielenda, Granat, masło do skóry normalnej - zużywałam je dość długo. Miało bardzo dobre właściwości nawilżające, jednak zapach mi nie do końca odpowiadał. Był bardzo chemiczny i mało granatowy. Konsystencja była bardzo przyjemna w użyciu. Wykończyłam je już w październiku, ale wsadziłam do niego odlewkę masła z Biedronki i zapomniałam o opakowaniu w poprzednim denku. Obecnie mam w nim peeling Fennel.

Paloma, peeling myjący do ciała wygładzająco-ujędrniający Tropical Fruits - recenzowałam go tutaj. Moja opinia o nim się nie zmieniła. Przyjemny peeling, dość dobrze zdzierający jak na kosmetyk tubkowy.

Le Petit Olivier, żel pod prysznic o zapachu malinowym - recenzja jest tutaj. Nie polubiłam się z nim, na szczęście szybko się skończył. Na pewno bym do niego nie wróciła. Wolę żele OS, Balea lub Alverde.

Original Source, żel pod prysznic Mango&macadamia - przyjemny żel, ogólnie lubię żele OS. Ten kupiłam w grudniu 2011, a otworzyłam i wykończyłam dopiero teraz. Zapach średnio przypadł mi do gustu, ten wariant jest dla mnie trochę za mdły, mało w nim mango. Do tej wersji zapachowej raczej nie wrócę.

Joanna, Naturia, peeling myjący z grejpfrutem - kupiłam go w Tesco, bo to najtańszy wariant zapachowy; kosztował 3,50zł. Całkiem lubię te peelingi, są małe, optymalnie zdzierają martwy naskórek, mają śliczne zapachy. W promocji skuszę się na jakiś, którego nie miałam.

Essence, eye makeup remover - opisywałam go razem z innymi płynami w tej notce. Moja opinia się nie zmieniła, jest przeciętny, gorszy niż Bielenda i Marion. Nie wrócę do niego.

BeBeauty, mycelarny żel do mycia i demakijażu - uwielbiam ten produkt. Jest tani, a spisuje się znakomicie. Świetnie oczyszcza twarz zarówno z całego makijażu jak i jego pozostałości. W ogóle nie szczypie w oczy. A to, że się nie pieni zupełnie mi nie przeszkadza, przyzwyczaiłam się.

Dax Cosmetics, Perfecta, zmiękczający krem do stóp, 15% mocznika - według mnie bardzo dobry krem. Ślicznie pachniał i przyzwoicie nawilżał. Kosztował mnie 8zł w Tesco. Teraz chętnie wypróbuję krem Lirene (?) z 30% mocznikiem. A jak nie, to możliwe, że wrócę kiedyś do niego.

Facelle, płyn do higieny intymnej, Sensitive - bardzo lubię ten produkt. Obecnie mam wersję Fresh. Świetnie nadaje się do mycia włosów, u mnie sprawdza się znakomicie. Jako płyn do higieny intymnej też jest super, bardzo delikatny. Dobrze się pieni i ma świetną, gęstą konsystencję.

Bingo Spa, maska do włosów z masłem shea i pięcioma algami - kupiłam ją w Tesco za jakieś 8zł. Jest duża, to 500ml słoik. Na początku się z nią nie polubiłam, jednak pod koniec używania dostrzegłam jej zalety. Szybko zmiękcza i wygładza włosy, nadaje się do szybkiego wygładzenia ich po umyciu plączącym szamponem. Raczej nie dawała mi większych efektów po noszeniu jej dłużej na głowie. Nie kładłam jej na skalp, bo tam kładę tylko oleje, jeżeli chodzi o nawilżenie (reszta mnie obciąża). Jest świetna do używania jako odżywka po umyciu, a poza tym się opłaca, bo wychodzi taniej niż odżywka.

26 listopada 2012

Fennel: peeling do ciała - Ciateczka z czekoladą


Jakiś czas temu otrzymałam paczkę od firmy Fennel. Nie będę ukrywać, że jest to jedna ze współprac, na której bardzo mi zależało. Bardzo chciałam wypróbować ich produkty ze świetnymi wariantami zapachowymi. W paczce, którą dostałam był peeling i masło do ciała, chociaż prosiłam o dwa peelingi (Pani zapytała w mejlu, jakie produkty mnie interesują). Maseł mam dużo, więc nie chciałam kolejnego... no trudno, poczeka sobie w kolejce.


Niestety, ale peeling przyszedł rozwalony. Opakowania były włożone w kopertę bez zabezpieczenia. No ale na szczęście wyleciało go tylko troszkę, więc pozostałe 95% uratowałam i przeniosłam do innego opakowania.

Peeling pachnie cudownie! Jak prawdziwe ciasteczka z czekoladą. Ale jakoś tak ten zapach kojarzy mi się z dietetyczną formą takiego deseru... jakaś nuta za to odpowiada ;) Zapach jest naprawdę dobrze oddany - można wyczuć czekoladę, orzechy, wanilię. Naprawdę chciałoby się go zjeść! :)


Peeling ma ciekawą konsystencję. Nie spotkałam się jeszcze z taką. Przypomina mi gładkie masło orzechowe. Co ciekawe, ten peeling lubi wodę. Co to znaczy? Zazwyczaj wykonuję peelingi na sucho, bo dają lepsze efekty, zdzieranie jest mocniejsze. Natomiast tutaj, jeśli zaczniemy peelingować suche ciało, drobinki będą nam spadać. Trzeba zatem zwilżyć skórę ciała lub ręce przed rozpoczęciem zabiegu :)

Peeling jest naprawdę dobry! Świetnie zdziera martwy naskórek; jest mocny, podobny do waniliowego z Farmony, chociaż jednak nieco delikatniejszy. Zapach uprzyjemnia peelingowanie. Szkoda, że nie jest on tak intensywny, żeby się rozprzestrzeniał. Niestety, czuć go tylko podczas zabiegu; po wyjściu z łazienki nie czuć, najprawdopodobniej inne zapachy go zabijają.

Skóra po zabiegu jest bardzo gładka. Produkt w składzie ma też olej mineralny i migdałowy, i dzięki nim pokryta jest także olejkiem. Skład nie jest rewelacyjny, oczekiwałam czegoś innego po produkcie, który kosztuje jakieś 35zł. Jest na bazie soli i sacharozy.


Produkt jest niezbyt ekonomiczny, ale takie peelingi zazwyczaj cechują się nie najlepszą wydajnością. Polubiłam ten kosmetyk. Ma cudowny zapach i dobre właściwości peelingujące. Może w przyszłości skuszę się na inny wariant zapachowy, bo ten produkt przypadł mi do gustu. Może skład nie powala, cena także nie jest niska, ale czasami można się skusić. Zwłaszcza jeśli cenimy zapach :)
 
Skład: Refined Sodium chloride, Sucrose, Mineral oil, Isopropyl Palmitate, Sweet Almond oil, Tocopheryl Acetate, Laureth-7 Citrate, BHT, Fragrance, CI: 77491, 77492, 77499, 42090:2.

Cena: 35zł      Pojemność: 300g      Dostępność: sklepy internetowe
  

7 października 2012

Archipelag Piękna: Korund, mikrodermabrazja - sposób na zużycie zalegających balsamów!


Witam wszystkich! Dzisiaj, po kilkudniowej przerwie, zapraszam Was na post o bardzo przydatnym i dobrym specyfiku. Mowa o korundzie od Archipelagu Piękna. Można go kupić za 9,99zł - tutaj.

Korund zmieszać w stosunku 1:6 z nietłustym kremem lub balsamem (1 łyżeczka korundu na 6 łyżeczek kremu lub balsamu). Zamiast kremu/balsamu można również użyć: kwasu hialuronowego lub żelu do mycia ciała. Otrzymany produkt należy dokładnie wmasować w oczyszczoną skórę twarzy/ciała i następnie spłukać.

Korund to biały, mocno zdzierający proszek. Od producenta dowiadujemy się, że można go rozrabiać z wieloma innymi produktami - żelami, kremami czy balsamami. Myślę, że to świetny sposób na zużycie nielubianych kosmetyków. Można tak zużyć niejeden balsam, który nam się znudził, gdyż korund jest bardzo wydajny.

Jeżeli chodzi o zdolności zdzierające, to możemy je stopniować. Jeżeli damy mniej korundu, otrzymamy delikatniejszy peeling, gdy damy więcej - zdzieranie może okazać się bardzo mocne. Peeling przy dłuższym stosowaniu na pewno pozwoli nieco ujędrnić skórę i wygładzić ją. Zapach produktu jest delikatny, jednak nie ma co zwracać na niego uwagi, bo i tak przejmuje zapach kosmetyku, z którym go rozrabiamy.


Na pewno daje inną konsystencje niż peelingi cukrowe/solne, jest bardziej drapiący i ma naprawdę malutkie drobinki. Ja lubię dobrze czuć ich moc, gdy peelinguję uda/pośladki. Zdarzyło mi się też użyć go do twarzy, ale nasypałam go naprawdę niewiele i prawie nic nie czułam. Sądzę, że będzie to idealny produkt dla osób, które lubią same zarządzać intensywnością zdzierania, a także dla tych, którzy chcą zużyć zalegające na półkach balsamy/żele.

Mimo że produkt został mi udostępniony za darmo, nie wpływa to w żaden sposób na moją ocenę.

30 września 2012

Peelingi w tubce, czyli: Balea, Alverde, Paloma i Alterra


W związku z moimi planami, by napisać kilka notek na temat peelingów, które mam (a trochę ich mam), dzisiaj przychodzę z kolejną. Tym razem przedstawię Wam peelingi w tubkach, które z reguły są delikatniejsze od tych w słoiczkach. Produkty, które Wam tu przedstawię na pewno nie należą do drogich.

  • BALEA, Duschpeeling, Buttermilk & Lemon (Maślanka & Cytryna)

Peeling Balea kupił mi mój chłopak, kiedy byliśmy razem w Berlinie. Chciałam wypróbować w końcu coś z niemieckiej półki, jeżeli chodzi o kategorię peelingów. W tubce dostajemy 200ml produktu za 1,45€ (ok. 6zł). Zapach jest przyjemny, słodki, ale cytrusowy - z opakowania wiemy, że jest to maślanka z cytryną. Ładne połączenie.

Konsystencja nie jest ani rzadka, ani gęsta - taka jaka powinna być w peelingu w tubce.

Działanie oceniam pozytywnie. Może nie jest to najmocniejszy zdzierak, ale jeżeli zastosujemy go na sucho na pewno nie będziemy narzekać na zerowe działanie. Dzięki niemu pozbywamy się martwego naskórka, a przy odrobinie wody możemy się umyć, ponieważ peeling pieni się. Produkt na pewno nie jest z gatunku naturalnych i naturalno-podobnych. Ma w sobie m.in. SLES.

Polubiłam się z tym kosmetykiem, przede wszystkim za przyjemny zapach i odpowiadające mi działanie. Chętnie wypróbuję inne peelingi Balea, jeżeli będę mieć okazję i o ile w ogóle są dostępne w regularnej ofercie (ten jest z edycji limitowanej, które w Niemczech są dość obfite).

  • Alverde, Dusch-peeling, Kokosraspeln & Lotusblüte (Orzech kokosa & Kwiat lotosu)

Alverde nabyłam podczas tego samego pobytu w DM. Tym razem za 150ml płacimy 1,95€. Stosunek ceny do pojemności jest gorszy, ale trzeba wziąć pod uwagę, że skład jest lepszy. Od razu widać w nim naturalne składniki takie jak: cząstki kokosa, ekstrakt z kokosa i ekstrakt z lotosu. Widać wręcz gołym okiem, zwłaszcza to pierwsze ;)

Zapach nie jest najprzyjemniejszy. Niestety mamy w składzie też alkohol i czuję go dość wyraźnie. Działanie produktu Alverde jest delikatniejsze od Balea - duże cząstki kokosowe nie dają nam za dużo, jednak mamy w nim też zatopione, mniej widoczne, ostrzejsze drobinki, i to one odwalają większość zdzierającej roboty.

Nie mogę powiedzieć, że nie lubię tego peelingu, jednak zapach mi nie odpowiada. Działanie jest dobre, jeżeli mam ochotę na delikatniejszy, mniej inwazyjny masaż. Przy następnej okazji skuszę się na inny peeling Alverde i zobaczę, czy mocno się różni.


  • Paloma, peeling myjący do ciała wygładzająco-ujędrniający Tropical Fruits

Peeling Paloma jest taki niepozorny - stoi sobie spokojnie w 200ml tubce, można go kupić za ok. 13zł (np. w ZapachPerfum), a zdziera naprawdę nieźle (na sucho). Drobinki są małe i ostre, naprawdę zdziwiłam się jego działaniem. Wygładza bardzo ładnie, myślę, że mógłby w jakiś sposób też ujędrnić skórę jako wspomagacz przy diecie/ćwiczeniach.

Zapachem mnie nie urzekł, pachnie bardzo podobnie do żelu Palmolive Thermal SPA Mineral Massage. Nie przepadam za takimi mydlanymi zapachami, niestety nie wyczuwam w nim nic tropikalnego. W składzie widzę: ekstrakt z liści Ginkgo Biloba, ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej i ekstrakt z nasion guarany... szkoda, że za Parfum, a nie przed.

Ten produkt zaskoczył mnie mocnym zdzieraniem, używam go z przyjemnością, pomimo zapachu, który nie trafił w mój gust. Peeling jest także myjący, więc się pieni. Z serii peelingów myjących Paloma możemy dostać też wersję o zapachu Macadamia.

  • Alterra, Körperpeeling, Cranberry & Feige (Żurawina & Figa)

Peelingu Alterra chciałam koniecznie wypróbować - niektóre dziewczyny była z niego zadowolone, inne wręcz go znienawidziły. Kupiłam go jakiś czas temu, kiedy był na promocji za 6,99zł (obecnie też jest). W tubce mamy 200ml produktu.

Zapach peelingu jest przyjemny - słodki, owocowy, jednak w nim też wyczuwam sporą ilość alkoholu. Peeling ten nie jest mocny, jest wręcz delikatny. Na pewno nada się do skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Drobinki nie są liczne i nie są ostre. W sumie trudno nazwać ten produkt peelingiem, jest raczej rzadkim żelem z drobinkami. Szkoda, bo w sumie mógłby być gęstszy i bardziej naładowany zdzierającymi cząsteczkami.

Mimo wszystko dosyć go polubiłam - jest miłą odskocznią od mocnych i średnich peelingów, na które nie zawsze mam ochotę. Nie kupiłabym go bez promocji, ale za 7zł nie żałuję. Lubię testować peelingi, niekoniecznie te mocniej ścierające martwy naskórek.


Standardowo pokażę konsystencję:

Już wcześniej wspominałam, że mam w szafce sporo peelingów. Lubię jak się między sobą różnią, nie chciałabym, żeby każdy z nich był mocnym zdzierakiem, także proszę o wyrozumiałość nawet jeśli podoba mi się słaby w działaniu peeling. Serdecznie pozdrawiam tych, którzy przeczytali całą notkę ;)
 

27 września 2012

Orientana: naturalny peeling z olejkami: lawenda, grejpfrut, neem.


Przedstawię Wam dziś peeling, który dostałam jakiś czas temu od firmy Orientana. Jest to peeling solny, z dodatkiem brązowego cukru, na bazie olejków roślinnych. Brzmi naturalnie i zachęcająco.

Do testów otrzymałam 3 słoiczki po 100g - wyszła z tego całkiem spora ilość peelingu pozwalająca na wyrażenie wartościowej opinii. Każdy słoiczek zabezpieczony jest folią od zewnątrz oraz sreberkiem do wewnątrz - dzięki temu mamy pewność, że nic się nie wyleje oraz że nikt się do niego wcześniej nie dobierał. Koszt jednego słoiczka to 27zł - niemało, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego niewielkie rozmiary. Należy jednak zwrócić uwagę, że jest to produkt naturalny.

Jeżeli chodzi o wnętrze, to znajdziemy w nim dość mocno zbitą sól z cukrem zalaną mieszanką olejków. Zapach jest ziołowy, intensywny, może nie przypaść do gustu. Aby doprowadzić kosmetyk do stanu używalności musimy mocno wstrząsnąć słoiczkiem lub wymieszać jego zawartość (nie radzę paznokciem, bo część stała peelingu jest naprawdę mocno zbita). Potem możemy zabierać się do zdzierania martwego naskórka.


Pamiętajcie, żeby bardzo dobrze wymieszać peeling! Ma być płynny, ale trzymać się skóry. Jeśli źle go rozmieszamy to: bardzo duża ilość ziarenek marnuje się - powiedziałabym, że o wiele więcej niż przy peelingu cukrowym. I nie ma tutaj znaczenia, czy nakładamy go na mokro czy sucho - ziarenka sypią się jak rozerwane koraliki. Na dłoniach i masowanej części ciała zostaje niewielka ilość drobinek, w związku z czym zdzieranie jest delikatne.

Jeżeli natomiast dobrze go rozmieszamy to peeling dobrze trzyma się skóry (najlepiej aplikować go na sucho), masaż jest przyjemnością. Drobinki dobrze pozbywają się martwego naskórka, peeling jest niezłym zdzierakiem. W wannie/brodziku możemy zobaczyć fragmenty różnych ziół, jednak są one drobne i bez problemu się spłukują. Po peelingu skóra jest wygładzona, elastyczna i nawilżona olejkami. Zapach utrzymuje się po spłukaniu wodą, wyczuwam w nim cytrusowe nuty grejpfruta. Ogólnie zapach mi się podoba.

Kosmetyk przypadł mi do gustu, będę po nieco z przyjemnością sięgać, jednak nie wiem, czy sama skusiłabym się na niego przez jego nieniską cenę. Można go kupić na stronie marki Orientana (100g/27zł ; 250g/50zł).

SKŁAD: sól morska, cukier trzcinowy, sól himalajska różowa krystaliczna, sól gorzka, gliceryna roślinna, roślinny Mirystynian izopropylu, olej słonecznikowy, olej migdałowy, olej z kiełków pszenicy, olej  z pestek winogron, benzoesan sodu pozyskiwany z jagód, kwas sorbowy pozyskiwany z jagód, olejek lawendowy, olejek grejpfrutowy, olejek neem.

18 września 2012

Joanna, Z Apteczki Babuni: produkty, które lubię i polecam


Co prawda ta seria nie ma nic wspólnego z apteczką babuni, bo jest po prostu naszpikowana chemią, ale nie przeszkadza mi to w lubieniu się z tymi produktami. W tej notce pokażę Wam 3 kosmetyki, które u mnie się sprawdzają i pokrótce je opiszę.

  • Joanna, Z Apteczki Babuni, Wygładzający peeling z proteinami mlecznymi i ekstraktem z miodu - gdy zobaczyłam go na blogach, kiedy dziewczyny dostały go do testów, od razu wiedziałam, że prędzej czy później po niego sięgnę. Wygląda świetnie i w sumie już sam wygląd mnie do niego skusił. Jest duży, mieści się w 300g opakowaniu, kosztował mnie 12,50zł w osiedlowej drogerii. Przepięknie pachnie! Jak dla mnie jest to zapach czystości, świeżości, lekko słodki. Niestety w środku nie jest zabezpieczony żadną folią, po prostu odkręcamy i mamy już peeling. Ma konsystencję kisielu, jest dość płynny, jednak przyjemny. Nie jest obficie naładowany drobinkami ścierającymi, jednak według mnie jest ich wystarczająco do wykonania niezłego peelingu. Produkt z połączeniu z wodą pieni się, może być używany jako peeling myjący. Jest dość delikatny, idealnie nada się do peelingu wrażliwszych miejsc typu dekolt czy biust. Ja jestem maniaczką peelingów, mam ich dużo i lubię różnorodność, dlatego bardzo cieszy mnie fakt, że ten kosmetyk jest inny - nie chciałabym, żeby wszystkie moje peelingi były super gęste i super ścierające, bo po prostu bym się szybko znudziła. Chętnie skuszę się w przyszłości na pozostałe wersje: bzową i oliwkową.

  • Joanna, Z Apteczki Babuni, Balsam nawilżająco-regenerujący - myślę, że słyszałyście o tym produkcie, ja używam go namiętnie od około roku. Jak już wielokrotnie wspominałam, mam dość suche włosy, zwłaszcza na końcówkach i muszę je wspomagać produktami bez spłukiwania. Ten kosmetyk świetnie się u mnie sprawdza, jest podobny do mleczka Balea, które ostatnio prezentowałam, jednak jest nieco lepszy. Wydaje mi się, że lepiej nawilża. Moich włosów nie obciąża, nawet jeśli nałożę go dużo. Na jego korzyść przemawia wydajność (jest bardzo wydajny, a butelka duża - 300g) i cena - niecałe 6zł. Poza tym świetnie pachnie, nieco inaczej niż peeling i maseczka, ale jest w podobnych nutach zapachowych.

  • Joanna, Z Apteczki Babuni, Maseczka jajeczna, odżywcza do włosów rozjaśnianych i farbowanych - ten produkt kupiłam niedawno, ale już zdążyłam się z nim polubić. Po pierwsze - boski zapach, bardzo podobny do zapachu peelingu, mimo że jest to seria jajeczna. Podobnie jak peeling, nie ma w sobie zabezpieczenia - odkręcamy słoiczek i już możemy nabierać produkt. Jego konsystencja jest dość rzadka, bardziej przypomina odżywkę niż maskę. Maseczka jest jednak wydajna, bo nie potrzeba jej dużo na włosy (ja nakładam na połowę długości włosów, bez skalpu). Słoiczek mieści 250g produktu, za który zapłaciłam ok. 9zł. Jeżeli chodzi o działanie, to jestem bardzo zadowolona - nakładam maseczkę na dłuższą chwilę (czasami jest to 10 min, czasami 30), potem spłukuję. Włosy są o wiele bardziej miękkie, wygładzone, ładnie pachną. Zdarzyło mi się zapomnieć o nałożeniu czegoś bez spłukiwania i moje włosy wcale nie były takie sianowate, więc śmiem twierdzić, że nawilża nawet suche włosy.

Używałyście któregoś z tych produktów? Jakie wrażenia? ;)