Zapraszam na krótki wpis z makijażem, który nosiłam wczoraj. Makijaż oczu wykonałam jedną z nowości marki Essence, paletką Hello New York w bardzo chłodnych, ale i ciekawych odcieniach. Mam nadzieję, że makijaż przypadnie Wam do gustu. Na dole znajdziecie listę produktów, których użyłam do stworzenia tego looku :)
Podkłady: mieszanka Pierre Rene Skin balance nr 18 + Revers Naked Skin Match nr 02 + Delia Lumi&Healthy nr 11
Korektory: Lovely Liquid Camouflage 01, Collection Lasting Perfection nr 0
Puder: Golden Rose HD puder bananowy + Rimmel Stay Matte transparentny
Konturowanie: Pierre Rene Terracotta nr 02, My Secret bronzer wypiekany Face'n'body bronzing powder
Róż: Max Factor Creme Puff Blush nr 10 Nude Mauve
Rozświetlacz: Eveline Cosmetics Glow and Go!, Strobe Highlighter nr 01
Puder do bakingu: Sensique Matte & Fix Rice Powder
Cienie: Essence Hello New York
Eyeliner: Eveline Precise brush liner
Tusz do rzęs: Essence You better Work Length Definition
Kredka do brwi: Catrice Eyebrow Stylist nr 045
Pomadka: Golden Rose matowa w płynie nr 37 + błyszczyk Vinyl Gloss nr 01
Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam produkty kolorowe, po które ostatnio najczęściej sięgam. Zebrałam ich pięć, zatem mamy ładne zestawienie TOP5 ;) Przez ostatnie miesiące naprawdę rzadko wykonuję makijaż. Do pracy wychodzę zazwyczaj saute, ponieważ nie chce mi się rano malować. Makijaż robię sobie zazwyczaj na weekend lub kiedy gdzieś wychodzę. W tym poście opiszę Wam pięć produktów kolorowych, które bardzo sobie chwalę i to na nie natrafia moja ręka, kiedy zabieram się do malowania ;)
KOBO, MODELING ILLUMINATOR, NR 101
Ten korektor podbił moje serce. Może nie jest idealny, ale świetnie się u mnie sprawdza. Ma jasny kolor, dzięki czemu możemy uzyskać ładne rozświetlenie pod oczami (swojego używam już długo, więc niestety zaczyna oksydować, ale mam kolejny egzemplarz w zapasie). Jego krycie oceniłabym jako średnie, ponieważ nie przykrywa on cieni pod oczami w 100% (a moje są niewielkie). Najchętniej rozprowadzam go gąbką RT, wtedy wygląda najładniej, ponieważ kiedy rozcieram go palcami zdarza się, że się waży i nie stapia z podkładem.
CATRICE, EYEBROW SYTYLIST, 020 DATE WITH ASH-TON
Ponad rok temu robiłam recenzję tej kredki. Byłam z niej zadowolona, ale nie do końca. Wydawała mi się zbyt woskowa. Dzisiaj mogę to cofnąć - uwielbiam tę kredkę! Ma idealny dla mnie kolor, jest trwała, ma odpowiednią twardość (nie wydaje już mi się taka woskowa ;)) i kosztuje grosze (10,49zł w cenie regularnej). Jedyna jej wada to fakt, iż dość szybko się zużywa, ale wiele kredek do brwi tak ma.
Mam 5 pomadek z tej serii i wszystkie uwielbiam, ale po te dwie sięgam najczęściej. Obie są do siebie bardzo podobne. 09 jest kolorem bardziej brzoskwiniowym z ciepłymi tonami, natomiast 11 to żywy róż. Bardzo lubię ich konsystencję, trochę jak mus. Mają fajne aplikatory, przy pomocy których mogę sobie lekko powiększyć usta i poprawić ich kształt. Nie zastygają na suchy mat, są jakby satynowe, przez co nie wysuszają ust na wiór. Są bardzo trwałe, chociaż posiłku nie przetrwają.
MAKE UP REVOLUTION, NAKED CHOCOLATE
Jeden z moich najnowszych zakupów, jeśli chodzi o cienie. Z paletki bardzo przyjemnie mi się korzysta. Używam jej w domu do dziennych i wieczorowych makijaży, a także zabieram ją na wyjazdy, bo znajduję w niej wszystko, czego potrzebuję. W opakowaniu mamy 16 cieni, w tym: uniwersalny beż, matowe brązy, pełno perłowych cieni w różnych kolorach. Cienie są dobrze dobrze napigmentowane, przyjemnie się z nimi pracuje, dobrze się rozcierają. Gdybym nie miała tylu palet w swoim zbiorze, to kupiłabym jeszcze jedną, inną wersję tych palet, pewnie Death by Chocolate ;)
Na koniec chciałam Wam pokazać film, w którym używam wszystkich tych produktów (no, prawie, bo użyłam jednej pomadki, a nie dwóch ;)). Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Zapraszam na mój kanał częściej, ponieważ to właśnie tam bywam regularniej. Buziaki! :*
Paletki Lovely używam w zasadzie od kiedy ją kupiłam. Myślę, że warto wyrazić choćby wstępną opinię, by ci, którzy się ciągle wahają, mogli w końcu się zdecydować na zakup (bądź i nie). Sama kupiłam ją ze względu na niską cenę, dużą ilość cieni i spokojne kolory, których nigdy za wiele w kolekcji. A poza tym sama posiadam niezbyt wiele cieni nude, więc tym bardziej mnie kusiła. Na jej korzyść przemówiła też chłodna kolorystyka.
Paletkę nude make up kit zajdziemy w Rossmannach (ciężko ją upolować). Znajduje się ona po lewej stronie szafy, mniej więcej na wysokości ud. Zawiera 12 cieni, kosztuje 11,89zł, a jej gramatura to 15,6g.
Powiem szczerze, że jeśli chodzi o kolory, to trafiają one w mój gust. Jedyny cień, który mi się nie do końca podoba to ten najbardziej rudy, czwarty w kolejności. Jest dla mnie po prostu za ciepły. Natomiast najbardziej do gustu przypadł mi kolor nr 2 - śliczny, chłody odcień złota. Moim zdaniem jest idealny na powiekę ruchomą. Można używać go samodzielnie, a i tak będzie wyglądał dobrze.
W paletce przeważają cienie metaliczne, które mają naprawdę dobrą pigmentację. Niestety nie są one pozbawione wad. Strasznie, ale to strasznie się osypują przy nakładaniu! Jeśli ktoś narzekał pod tym względem na Sleeka, to Lovely byłaby dla niego przekleństwem. W wypadku palety Lovely radziłabym malować najpierw oczy, a dopiero potem twarz. Nie pomaga nawet mocne otrzepywanie pędzelka, i tak drobinki spadają na policzek.
Wszystkie cienie są bardzo miękkie. Kruszą się pod naciskiem pędzelka, myślę, że szybko się skończą. Jeśli chodzi o maty, to używam ich tylko do blendowania górnej granicy cieni (tych jasnych). Są delikatne, w sam raz się do tego nadają. Czarny z brokatem ma nieco lepszą pigmentację, ale i tak nie jest to smolista czerń. Nadaje się do przyciemniana zewnętrznego kącika.
Myślę, że paletka Lovely będzie dobrym produktem dla osób, które nie chcą wydawać dużo pieniędzy na cienie lub dopiero zaczynają przygodę z makijażem. Przyda się też osobom, które dopiero przekonują się do makijażu oczu lub wcześniej nie używały kolorów nude (myślę, że znajdą się takie osoby) lub lubią mieć dużo cieni (np. tak jak ja :P). Natomiast kosmetyk nie przypadnie do gustu osobom, które nie chcą walczyć z osypywaniem się cieni; które nie lubią takich kolorów ani nie lubią metalicznego wykończenia.
Czy kupiłabym ją drugi raz? Tak. Lubię te cienie. Szkoda, że tak bardzo się osypują, ale ja już daaawno temu nauczyłam się najpierw robić oczy, a potem twarz. W tym aspekcie mi nie przeszkadza. Cienie ładnie się ze sobą łączą i blendują, chociaż lekko tracą na intensywności przy rozcieraniu. Podoba mi się, jak wyglądają na powiekach, są świetne na dzień. Myślę, że 12zł to bardzo dobra cena jak za taką ilość, nieźle napigmentowanych, cieni.
Przychodzę dziś z recenzją paletki Sleek - Au Naturel. Palety, która przez długi czas mnie interesowała, jednak wydawała mi się zbyt ciepłych tonach, bym ją zakupiła. Z pomocą przyszła współpraca z Alledrogeria.pl - wybrałam tę paletę do testów.
I co się okazało? Że paletka jest właśnie w 80% w chłodnych odcieniach! Także sprawi się dobrze u osób z chłodnym typem karnacji lub czującym się dobrze w chłodnych odcieniach cieni - tak jak ja :) Tylko trzeba uważać na naturę niektórych cieni, bo w opakowaniu one wydają się chłodne, a na swatchach i rozcierane na powiece mogą przybierać np. miedziany odcień (np. cień Mineral Earth) - jak dla mnie wygląda prawie jak Conker.
To nie moja pierwsza paletka marki Sleek, jednak pierwsza, którą dogłębniej opiszę na blogu. Moim zdaniem cienie zachowują się podobnie do tych z innych palet. Ale zacznijmy od opakowania, wszak nie każdy trzymał te paletki w rękach. Od razu mówię - kasetka nie jest wielkich rozmiarów, wygląda na zdjęciach na o wiele większą. Pamiętam swoje pierwsze wrażenia po otrzymaniu pierwszej zamówionej palety (Storm) - byłam zdziwiona jej niewielkim rozmiarem. Kasetka wyposażona jest w duże lusterko, które zajmuje całą przestrzeń klapy oraz dwustronną pacynkę (z której oczywiście nie korzystam, ale jest lepszej jakości niż inne aplikatory tego typu).
Cienie są dość miękkie i jakby mokre w konsystencji. Nie brak im również dobrej pigmentacji. Dobrze się ze sobą łączą. Ja osobiście lubię pracować z tymi cieniami. Jak to cienie ze Sleeka, mają w zwyczaju osypywać się. Jednak, by temu zapobiec wystarczy otrzepać dobrze pędzelek lub makijaż oczu wykonać na początku. Ja wykorzystuję dwie metody na raz... zresztą zawsze wykonuję najpierw makijaż oczu, potem twarzy - tak już się przyzwyczaiłam. Dwa najjaśniejsze odcienie pylą bardzo mocno i szybko się kończą.
Au Naturel znajdzie też zastosowanie u kobiet lubiących delikatne podkreślenie oczu, jak i zwolenniczek ciemniejszych makijaży, typu smokey eye :) Jednak o moich odczuciach co do odcieni, będziecie mogły przeczytać nieco niżej. Ja maluję się w zależności od nastroju - raz bardzo delikatnie, raz drapieżnie - nie patrząc na to, czy jest dzień czy wieczór.
Większość cieni, bo aż 8, ma wykończenie matowe. Są one słabiej pigmentowane. Pozostałe 4 to perły, jednak nienachalne - w zależności od nałożenia mogą wyglądać nawet satynowo. Paletka znajdzie zastosowanie u kobiet lubiących matowe cienie na powiekach, fanki pereł i błysku mogą nie być do końca zadowolone.
pigmentacja na przykładzie czterech kolorów
Ja, osobiście, lubię maty nad załamaniem, a błyszczące cienie na powiece
ruchomej. Właśnie tak najczęściej się maluję. Kolorystka cieni zachwyca w opakowaniu, jednak w praktyce,
przy robieniu makijażu, zestawienie wydaje mi się nieco niekompletne. Trudno
zrobić mi delikatny, dzienny makijaż z wykorzystaniem tylko i wyłączenie
tej palety. Owszem da się, jednak te makijaże są trochę bez duszy. A może dlatego, że zwyczajne dzienne nudziaki są dla mnie za nudne ;) Można zrobić też ciemniejszy dzienny, czyli taki, jaki lubię. Ale wiem, że wiele osób nie nosi tak ciemnych makijaży w ciągu dnia. Tak jak mówię - łatwiej jest mi zrobić ciemny, ciężki makijaż, który tylko delikatnie wykończę cieniami z górnego rzędu. Nie sądziłam, że będę aż tak wymagająca.
Tak, jak napisałam wyżej - można tą paletą stworzyć dzienny makijaż, jednak mi coś nie pasuje w tej kolorystce. Jeżeli ktoś bazuje na tak jasnych matach i w makijażu dziennym chce tylko delikatnie podkreślić oko, to Au Naturel sprawdzi się bez zarzutu. Ja mam ogromne problemy ze stworzeniem lekkiego looku, który by mnie w 100% zadowolił. Rzecz gustu, poczucia estetyki. A cień Bark jest moim ulubionym do brwi.
Jak będę miała, to dorzucę więcej ;)
Czy polecam? Oczywiście - jednak trzeba wiedzieć, czy poradzicie sobie z tą paletką i czego od niej oczekujecie. U mnie znajdzie idealne zastosowanie w połączeniu z innymi cieniami, jednak jako samodzielny twór nie do końca mi odpowiada. Ale jak widać, da się zrobić makijaże. Jeśli podoba Wam się i wiecie, jak będziecie jej używać - bierzcie śmiało. Może trochę pomarudziłam, ale ogółem jestem naprawdę zadowolona.
Cena: ok. 38zł Pojemność: 12x1,1g Dostępność: internet - Alledrogeria.pl
W końcu udało mi się skompletować moją paletkę magnetyczną Lenka. Kupiłam ją w styczniu i bez pośpiechu zbierałam sobie do niej cienie. Przyznam Wam szczerze, że małym kosztem, bo większość cieni przygarnęłam na zlotach lub dostałam. Pięć z całej palety zostało zakupionych przeze mnie.
Ja tę paletkę kupowałam jeszcze za 9,95zł i w dodatku dostałam gratis w postaci pędzelka. Natomiast teraz jej cena to 19,95zł i mówiąc szczerze teraz raczej bym się na nią nie zdecydowała. Paleta jest fajna, magnes dobrze trzyma cienie, jednak podwojenie ceny w ciągu zaledwie pół roku to coś, co mnie trochę zniechęca. Ale przejdźmy do rzeczy. Zaprezentuję po kolei cienie, jakie w niej trzymam (od lewej do prawej):
Kobo Professional, 205 Golden Rose - najpopularniejszy cień marki Kobo. Ładny odcień różu opalizujący na złoto, w zależności od kąta padania światła oraz sposobu rozcierania. Jeden z cieni, które warto mieć w swojej kolekcji, bo mimo że jest wiele podobnych, to ten jest wyjątkowy. Nie widziałam jeszcze dobrego odpowiednika, zazwyczaj są one sporo jaśniejsze, a opalizowanie na złoto jest delikatniejsze. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 212 Turquoise - cień, z którego nie do końca jestem zadowolona.W drogerii wyglądał bardzo fajnie; powiedziałabym, że bardziej zielono.
Była promocja, więc kupiłam... niestety potem okazało się, że jest
bardziej niebieski. Jest mi dobrze w chłodnych kolorach, więc nie
przejęłam się bardzo, ale szkoda, że odcień jest taki banalny. Wygląda,
wg mnie, bardziej błękitno niż turkusowo... Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 118 Khaki - jak nazwa wskazuje, jest to odcień khaki. Matowy. Ja go przygarnęłam na zlocie, mimo że mam podobny kolor z Catrice - In the army now. Nie używam często, bo rzadko robię makijaże w takich kolorach.
Kobo Professional, podwójna kasetka cieni - 402 Feel Alive - jasnozielony cień z kasetki, w której były po dwa cienie. Ma delikatne drobinki, można powiedzieć, że to miętowy odcień, jednak z tej zielonej rodziny mięty. Będzie fajny na okres letni.
Kobo Professional, podwójna kasetka cieni - 402 Feel Alive - różowy cień z kasetki, w której były po dwa cienie. Ma delikatne drobinki, jest to zwykły odcień różu - jeden z takich, w których nie jest mi najlepiej. Jego też przygarnęłam na zlocie i myślę, że na pewno go wykorzystam, ponieważ nie jest to nachalny odcień. Zwłaszcza w połączeniu z kolorami, które mi pasują.
Kobo Professional, 202 Pale Violet - kolejny z przygarniętych cieni. Jest to jasny odcień fioletu, jak nazwa wskazuje - dość blady. Myślę, że będzie dobrze wyglądał na powiece ruchomej w towarzystwie ciemniejszych fioletów nad załamaniem. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Kobo Professional, 207 Gold - słoneczny odcień żółci, wyglądającej trochę jak złoto. Fajny odcień na lato do kolorowych makijaży. Będzie też fajny do wewnętrznego kącika czy na dolną powiekę jako akcent kolorystyczny. Dość mokry i tępy w konsystencji.
Inglot, Matte 345 - matowy odcień mięty. Myślę, że idealny do wiosenno-letnich makijaży, kiedy mięta wciąż króluje. A nawet jeśli modna by nie była, to moim zdaniem zawsze wygląda dobrze. Ostatnio Hania (digitalgirl13) z robiła makijaż z użyciem tego cienia i wygląda super. Ja zresztą też miałam go ostatnio w swoim filmiku. Niestety nie jest mocno napigmentowany i trzeba go podbić dobrą bazą lub białą kredką, żeby wydobyć mocny kolor.
Inglot, Matte 348 - matowy szary cień. Dostałam go na urodziny od koleżanek, bo potrzebowałam matowej szarości do blendowania przy ciemniejszych makijażach. Do tej pory miałam same metaliczne i perłowe szare cienie, a dzięki temu mogę po prostu więcej.
Inglot, Matte 342 - matowy brąz. Odcień tego cienia nie jest, według mnie, ani zbyt ciepły ani chłodny, po prostu pośredni. Mógłby być chłodniejszy do mojego typu cery, jednak do blendowania przy brązowych makijażach jest dobry. Też dostałam go od koleżanek na urodziny.
Inglot, Matte 358 - matowy cień w ciekawym, fioletowo-beżowo-brązowym kolorze. Trudno ten kolor opisać i w sumie trudno określić do jakiego koloru makijażu pasuje. Czasami mieszam go z 342 i kładę nad załamanie powieki. Wychodzi z tego ciekawy kolor, dobry do modelowania opadającej powieki.
Inglot, Pearl 402 - perłowy brąz, o bardzo ładnym, nietypowym kolorze. Perła nie jest nachalna, wygląda bardzo ładnie. Cień nadaje się na całą powiekę lub np. do przyciemnienia załamania czy zewnętrznego kącika. Będzie też fajnie wyglądać na dolnej powiece.
Ogólnie jestem zadowolona z tej palety. Cieszę się, że wiele cieni wpadło w moje ręce samoistnie, na zlotach, bo sama miałabym kłopoty, żeby uzbierać całą 12-tkę. Moim zdaniem paleta nieźle się komponuje: kolorowe cienie na powiekę ruchomą oraz dolny rząd odcieni neutralnych, nadających się nad załamanie. Mój zestaw pewnie nie przypadnie go gustu osobom lubiącym beże i brązy, jednak ja neutralne kolory mam w trzech innych paletach (Sunkissed, Oh So Special oraz Au Naturel). Oczywiście moja uzbierana paletka nie jest bez wad... brakuje mi tu jaśniejszego brązu i koloru cielistego, jednak jak mówię - ja takie kolory mam w innych paletach. Wydaje mi się, że swatche i kolory cieni są dobrze oddane, jednak ostatni rząd swatchy jest nieco ciemniejszy, bo światło naturalne mi się zmieniało (niemniej jednak widać, to co ma być widać). Mam nadzieję, że nie robi to problemu.
Dajcie znać o fajnych kolorach wkładów oraz czy moja paleta Wam się podoba ;)
Mimo iż marka Maybelline jest powszechnie znana i ogólnodostępna, rzadko sięgam po oferowane przez nią produkty. Żeby móc wypróbować kosmetyki tej firmy, muszą one zazwyczaj do mnie trafić, np. przez podarowanie/prezent, czy tak jak ostatnio - poprzez ShinyBoxa.
W ostatnim pudełku znalazłam jeden z nowszych produktów marki Maybelline, czyli cień w kremie. Do pudełek wrzucone były różne kolory - widziałam czarny, biały, szary, niebieski i dwa odcienie brązu. Do mnie trafił słoiczek z odcieniem o wdzięcznej nazwie On and on bronze.
Jak widać, kolor jest bezpieczny, większości osób pasuje. Nada się dla kobiet lubiących delikatne i nienachalne makijaże, jednak osoby lubiące bardziej poszaleć też na pewno znajdą w nim zastosowanie. Myślę, że więcej problemów sprawiłoby wykończenie - jest ono metaliczne (bardzo ładnie rozświetla i podkreśla spojrzenie), a wiele osób woli nosić na co dzień maty.
Po wielu pozytywnych opiniach na temat serii Color Tattoo, byłam bardzo ciekawa jak ten typ kosmetyku sprawdzi się u mnie. W swojej kolekcji miałam już cień w kremie marki Essence i byłam pełna nadziei, że Maybelline pobije go na głowę swoją jakością i trwałością.
Niestety, czuję się dość mocno zawiedziona produktem za 25zł. Co prawda do konsystencji i nanoszenia kosmetyku nie mogę się przyczepić. Jest bardzo kremowy, nabranie go na palec/pędzelek nie sprawia problemów, a nanoszenie na powiekę odbywa się gładko, równomierne, bez prześwitów. Żeby uzyskać mocniejszy kolor, trzeba oczywiście cienia dołożyć. Jednak cechą Color Tattoo, która skreśla ten produkt jest jego trwałość. Tak, wiem, wiem, pełno osób zachwala ten kosmetyk, mówiąc, że trzyma się on świetnie na powiece.
Nie wykluczam - jednak słysząc to, mam w myślach śliczną, bezproblemową powiekę. Moja taka nie jest. Ma jedną wielką wadę - jest opadająca. Pod każdy cień prasowany/sypki muszę dać bazę, inaczej nie da rady, by utrzymał mi się on dłużej niż 2h. Myślałam, że trwałe cienie w kremie to świetne rozwiązanie dla osób takich jak ja. Okazało się jednak, iż cień w kremie wytrzymuje u mnie niewiele dłużej. Po 4h widzę już rulonik w załamaniu. Nie tego oczekiwałam.
Powiecie "Nałóż pod niego bazę". Ale jaki jest tego sens, skoro długotrwały cień w kremie ma ją mieć 'wbudowaną' w siebie? Chciałabym móc nałożyć ten produkt szybko, gdy nie mam czasu na malowanie się zwykłymi cieniami, a jeśli już mam nakładać bazę, to wolę jednak pobawić się prasowanymi, w bardziej odpowiadających mi kolorach.
Po wielu pozytywnych opiniach, chciałam Wam ukazać swoją - tę z perspektywy osoby niezadowolonej z tego produktu, widzącej więcej jego wad niż zalet. Ogólnie rzecz biorąc, wierzę, że cień w kremie marki Maybelline nie jest złym produktem, jednak kupując go trzeba liczyć się z tym, czym charakteryzuje się Wasza powieka.
Cena: ok. 25zł Pojemność: 4g Dostępność: drogerie - Rossmann, Natura, itp.
Dawno nie opisywałam kolorówki, a w związku z tym, że jakiś czas temu kupiłam swój drugi cień Kobo (212), postanowiłam napisać kilka słów o tych wkładach. Z góry mówię, że 205 to cień o niespotykanym kolorze, dość trudnym do uchwycenia, także za wszelkie niedociągnięcia w kolorach przepraszam. Cienie Kobo można dostać w Naturze, w ich szafie (nie wiem gdzie jeszcze). Cena jednego wkładu to 13,99zł, na promocji zazwyczaj 8,99 (pojedyncze sztuki można znaleźć taniej). Nie jest to mało, w każdym razie drożej niż cienie Inglota.
205 Golden Rose to najpopularniejszy cień tej marki - jest to róż mieniący się na złoto, coś ślicznego. Obawiałam się, że nie będzie mi pasować, bo ani w złocie ani w różu nie jest mi rewelacyjnie - jednak przy dodatku czarnej kreski cień wygląda super! Jestem z niego bardzo zadowolona i bardzo polecam. Jest jednak jedno 'ale' - cienie Kobo są dość trudne w obsłudze. Osobiście nie nakładam ich pędzlami, bo nie rozcierają się zbyt dobrze, są jakby mokre i zbite. Najlepiej aplikować je palcem, przynajmniej mi to odpowiada. Wykończenie metaliczne.
Tutaj Kobo 205 Golden Rose w towarzystwie fioletowych cieni:
212 Turquoise interesował mnie od dłuższego czasu, w drogerii wyglądał bardzo fajnie; powiedziałabym, że bardziej zielono. Była promocja, więc kupiłam... niestety potem okazało się, że jest bardziej niebieski. Jest mi dobrze w chłodnych kolorach, więc nie przejęłam się bardzo, ale szkoda, że odcień jest taki banalny. Wygląda, wg mnie, bardziej błękitno niż turkusowo... a można było stworzyć taki fajny odcień! Jeżeli chodzi o konsystencję i nakładanie, to tak samo jak u złoto-różowego kolegi. Wykończenie metaliczne.
Tutaj w towarzystwie granatowego cienia (Kobo jest na powiece ruchomej):
Cienie umieszczone są w plastikowanych 'koszulkach', jest to dość dobre rozwiązanie. Z tyłu mamy numerek i nazwę cienia, wraz z datą ważności. W szafie Kobo znajdują się także paletki na 4 wkłady (9,99zł). Paletka wygląda dość elegancko, jednak nie kupiłam jej, ponieważ jest na małą ilość cieni. Kusi mnie więcej kolorów tej marki, ale część z odcieni wydaje mi się banalna. Jeżeli miałabym polecać kolor, to zdecydowanie 205 Golden Rose. Ten cień warto mieć! Jakość cieni jest dobra. Przez ich specyficzną konsystencję będą się długo trzymać na bezproblemowej powiece (ja potrzebuję bazy, ale raz nałożyłam 205 bez bazy i byłam zaskoczona, że zebrał mi się w załamaniu dopiero po jakichś 2-3 godzinach).
Cena: 13,99zł (w promocji - 8,99zł) Pojemność: brak danych Dostępność: drogerie Natura; szafa Kobo