Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Original Source. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Original Source. Pokaż wszystkie posty

2 stycznia 2013

Original Source: British Strawberry - uczta po brytyjsku?


Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś zachwalał brytyjskie jedzenie? Studiuję angielski i zawsze, kiedy rozmawiamy o potrawach, nasze twarze nie wydają się podekscytowane. To głównie przez tłuste English Breakfast, które jakoś za specjalnie nie zachęca swoim wyglądem, a wykładowcy z reguły go nam nie polecają.

No i podobnie wyszło z tym żelem. Miało być soczyście, owocowo, pachnąco... a wyszło chemicznie i nieprzyjemnie. Żele OS lubię, można je od czasu do czasu zobaczyć w moim projekcie denko. Ale niestety na tym się zawiodłam, a naprawdę trudno mi się zawieść na żelu pod prysznic.


Zawiodłam się na zapachu, bo jeżeli chodzi o żel, to nie mam większych zastrzeżeń - myje, chociaż jest dość rzadki, nie pieni się spektakularnie, ale to można przeżyć. Jednak jego woni przeżyć nie mogę. Jest okropna! Jest strasznie sztuczna, kojarzy mi się z płynami do kąpieli dla dzieci. One są zazwyczaj takie sztuczne. Pamiętam nawet, że jako dziecko miałam coś o podobnym zapachu, możliwe, że z AVONu, bo wtedy dużo się od nich zamawiało. Kąpiel z tym żelem naprawdę nie sprawia mi przyjemności, o wiele bardziej wolałabym bezzapachowy specyfik. Na szczęście (sic!) nie jest wydajny i szybko go zużyję.


Cena: 6-10zł      Pojemność: 250ml     Dostępność: różne drogerie

27 listopada 2012

Projekt denko - listopad 2012

W tym miesiącu też nie jestem zbyt zadowolona ze zużyć. Pewnie denko nie będzie większe do czasu jakichś dni wolnych typu Święta czy ferie. Nie wykończyłam nic z kolorówki... nie wiem, kiedy ten moment nastąpi, na razie nie przewiduję; na razie mam dużo napoczętych rzeczy. No ale dobra, oto co wykończyłam:

Bielenda, Granat, masło do skóry normalnej - zużywałam je dość długo. Miało bardzo dobre właściwości nawilżające, jednak zapach mi nie do końca odpowiadał. Był bardzo chemiczny i mało granatowy. Konsystencja była bardzo przyjemna w użyciu. Wykończyłam je już w październiku, ale wsadziłam do niego odlewkę masła z Biedronki i zapomniałam o opakowaniu w poprzednim denku. Obecnie mam w nim peeling Fennel.

Paloma, peeling myjący do ciała wygładzająco-ujędrniający Tropical Fruits - recenzowałam go tutaj. Moja opinia o nim się nie zmieniła. Przyjemny peeling, dość dobrze zdzierający jak na kosmetyk tubkowy.

Le Petit Olivier, żel pod prysznic o zapachu malinowym - recenzja jest tutaj. Nie polubiłam się z nim, na szczęście szybko się skończył. Na pewno bym do niego nie wróciła. Wolę żele OS, Balea lub Alverde.

Original Source, żel pod prysznic Mango&macadamia - przyjemny żel, ogólnie lubię żele OS. Ten kupiłam w grudniu 2011, a otworzyłam i wykończyłam dopiero teraz. Zapach średnio przypadł mi do gustu, ten wariant jest dla mnie trochę za mdły, mało w nim mango. Do tej wersji zapachowej raczej nie wrócę.

Joanna, Naturia, peeling myjący z grejpfrutem - kupiłam go w Tesco, bo to najtańszy wariant zapachowy; kosztował 3,50zł. Całkiem lubię te peelingi, są małe, optymalnie zdzierają martwy naskórek, mają śliczne zapachy. W promocji skuszę się na jakiś, którego nie miałam.

Essence, eye makeup remover - opisywałam go razem z innymi płynami w tej notce. Moja opinia się nie zmieniła, jest przeciętny, gorszy niż Bielenda i Marion. Nie wrócę do niego.

BeBeauty, mycelarny żel do mycia i demakijażu - uwielbiam ten produkt. Jest tani, a spisuje się znakomicie. Świetnie oczyszcza twarz zarówno z całego makijażu jak i jego pozostałości. W ogóle nie szczypie w oczy. A to, że się nie pieni zupełnie mi nie przeszkadza, przyzwyczaiłam się.

Dax Cosmetics, Perfecta, zmiękczający krem do stóp, 15% mocznika - według mnie bardzo dobry krem. Ślicznie pachniał i przyzwoicie nawilżał. Kosztował mnie 8zł w Tesco. Teraz chętnie wypróbuję krem Lirene (?) z 30% mocznikiem. A jak nie, to możliwe, że wrócę kiedyś do niego.

Facelle, płyn do higieny intymnej, Sensitive - bardzo lubię ten produkt. Obecnie mam wersję Fresh. Świetnie nadaje się do mycia włosów, u mnie sprawdza się znakomicie. Jako płyn do higieny intymnej też jest super, bardzo delikatny. Dobrze się pieni i ma świetną, gęstą konsystencję.

Bingo Spa, maska do włosów z masłem shea i pięcioma algami - kupiłam ją w Tesco za jakieś 8zł. Jest duża, to 500ml słoik. Na początku się z nią nie polubiłam, jednak pod koniec używania dostrzegłam jej zalety. Szybko zmiękcza i wygładza włosy, nadaje się do szybkiego wygładzenia ich po umyciu plączącym szamponem. Raczej nie dawała mi większych efektów po noszeniu jej dłużej na głowie. Nie kładłam jej na skalp, bo tam kładę tylko oleje, jeżeli chodzi o nawilżenie (reszta mnie obciąża). Jest świetna do używania jako odżywka po umyciu, a poza tym się opłaca, bo wychodzi taniej niż odżywka.

30 października 2012

Projekt denko - październik 2012

W tym miesiącu niewiele, jednak zaczął się rok akademicki i mam mniej czasu na zużywanie. Z czego oczywiście jestem bardzo niezadowolona, no ale cóż. Widzę się nieco rzadziej z chłopakiem, a jak już się widzę, to staramy się u siebie nocować, a u niego nie mam kosmetyków, więc zużycia na tym cierpią ;P

  • Balea, szampon - nie cierpię go! Dobrze, że już został zużyty... Nie lubiłam go ja ani moja mama (która ma nieprzetłuszczające się włosy, a po nim musiała myć głowę po 3 dniach ;P). Nigdy więcej!
  • Khadi, olejek hibiskusowy - bardzo fajny produkt - zarówno do twarzy, ciała jak i włosów :) Jest bardzo wydajny, więc na cenę można przymknąć oko ;)
  • Elisse, odżywka do włosów - produkt z Biedronki, który naprawdę lubię. Jest to odżywka, która najbardziej wygładza moje włosy i lubię jej używać po myciu plączącym szamponem.
  • Soraya, antybakteryjny żel do mycia twarzy - tata kupił mi go przez pomyłkę, bo chciałam antybakteryjny żel do rąk ;) no ale jak już kupił to zużyłam... nie jest tragiczny, bo myje i nic złego mi nie zrobił, ale nie odpowiadał mi jego zapach i smak (no jak myje twarz, to czasami coś mi wleci do ust, a smak tego żelu jest o wiele gorszy od innych!).
  • Original Source, żel pod prysznic Spearmint - pierwszy żel OS, który udało mi się zużyć (wcześniej miałam płyn do kąpieli i scrub). Nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale przyjemnie się go używało; ładnie pachniał, jednak miał trochę za rzadką konsystencję.

  • Bourjois, tonik witaminowy - zużywałam go chyba z 7 miesięcy. Nie przypadł mi za bardzo do gustu, w sumie nie jestem fanką toników. Ładnie pachniał, nie ściągał skóry, odświeżał, jednak chyba już go niego nie wrócę.
  • Fa, dezodorant Mystic Moments - lubię te dezodoranty, na ubranie czy do odświeżenia pokoju. Ładnie pachną (różowy ładniej) i absolutnie nie traktuję ich jako antyperspirantów, bo nie mają takich właściwości ;)
  • Mariza, naprawczy krem do rąk - był recenzowany tutaj. Jak wspomniałam - do rąk jest ok, ale do innych partii ciała niezbyt.
  • Ziaja, Ulga, peeling enzymatyczny - okropny! Mimo że nie mam wrażliwej skóry, to po nałożeniu tego peelingu skóra zaczynała mnie piec po kilku minutach. Jakoś go zużyłam, ale nie chce więcej!

  • Astor, Perfect Stay, podkład - mama dała mi resztkę, która starczyła na kilkanaście użyć. Podkład jest w porządku, ale kolor był dość ciemny i musiałam go zużyć podczas apogeum mojej opalenizny xD
  • My Secret, puder transparentny - w końcu udało mi się go zużyć! Jak pisałam już tutaj, nie jestem jego fanką, więc cieszę się, że mam go już za sobą.
  • Oriflame, tusze do rzęs - je też porównywałam, także zapraszam do recenzji.
   

30 sierpnia 2012

Projekt denko - sierpień 2012

  • Szampon CHI, ochrona koloru - bardzo go lubiłam, nie zawierał SLS, więc nadawał się do zmywania olejów. Nie plątał włosów, wręcz przeciwnie - co bardzo mi się podobało. Niestety jest drogi, butelka kosztuje koło 40zł, a chętnie bym do niego wróciła. Więcej na jego temat tutaj.
  • Kamill, żel pod prysznic o zapachu limonki i rabarbaru - kupiłam go za 2,99 'przy okazji'. Był w porządku, nawet ładnie pachniał, mył ok, ale bardzo szybko się skończył (chyba dlatego, że nagle wszyscy domownicy postanowili go używać), a ponadto brałam jeszcze odlewki na wyjazd.
  • Original Source, peeling/scrub mięta + orzech włoski - bardzo ładnie pachniał, przyjemnie chłodził, delikatnie zdzierał martwy naskórek, ale niestety cholernie ciężko było go wycisnąć (już od połowy butelki). Gdyby były dostępne w Polsce, to pewnie bym czasami się skusiła.
  • Cien, oliwkowy żel do mycia twarzy - był w porządku, nie robił mi żadnej krzywdy, dobrze zmywał brud i resztki makijażu. Poza tym, zapłaciłam za niego niecałe 4zł. Więcej tutaj.

  • Dabur, Vatika, olej kokosowy - jeden z moich pierwszych olejków. Mimo że mam włosy o wysokiej porowatości, nie robił z nich siana. Bardzo denerwował mnie jego zapach, zwłaszcza na początku używania i pod koniec... Niby był ładny sam w sobie, ale od noszenia go długo na włosach zaczynało być aż słabo. Nie kupię ponownie.
  • Nivea, Angel Star, antyperspirant w sprayu - strasznie długo go męczyłam... albo i on mnie. Zapach ładny, ale bardzo dusząco się rozpylał. Poza tym zostawiał trochę białych śladów pod pachami, zupełne przeciwieństwo wersji w kulce. Przekonałam się, że antyperspiranty w sprayu nie są dla mnie ;)
  • Joanna, bzowy balsam do ciała - ślicznie pachniał, ładnie nawilżał, ale jak dla mnie miał za dużą pojemność. Rzadko się smaruję i ciężko mi zużyć takie wielkie butle. Jakaś 1/3 całego opakowania posłużyła mi do rozrobienia korundu. Więcej o balsamie tutaj.
  • Ziaja, Kozie Mleko, krem na dzień - ten krem ma wielu zwolenników, ale jak dla mnie był średni. Nawilżenie bardzo marne, jedynie nadające się pod makijaż. Nie zapchał mnie (mało co mnie zapycha, raczej mam wysypy hormonalne), jednak jego zapach bardzo mnie drażnił (wiem, że wiele osób go lubi). Nie kupię ponownie, zresztą zmieniam pielęgnację. O mojej nowej pielęgnacji twarzy możecie poczytać tutaj.
  • Isana, migdałowy krem do rąk - był bardzo w porządku, ładnie nawilżał. Poza tym zapach taki sam jak kremu do rąk z Avonu, który miałam lata temu (ah, ten ludzki węch i zdolność zapamiętywania!). Mam jeszcze jeden w zapasie.

  • Eveline, odżywka 8w1 - skończyłam ją jak zaczęły się sypać złe opinie. Mi nic złego nie zrobiła, ale nie będę na razie jej używać, mimo że mam drugie nowe opakowanie. W tej chwili radzę sobie Diamentową siłą i NailTekiem.
  • Max Factor, 2000 calorie - świetna maskara, jednak zaczęła mi już przysychać i się kruszyć. I tak bardzo długo mi służyła... myślę, że wrócę do niej za jakiś czas (jak pokończę obecnie tusze).
  • błyszczyki do ust (Quiz i no name) - nie zużyłam ich do końca, ale już zaczęły się robić dziwne, więc idą do kosza ;)

W tym miesiącu nie ma tego dużo, bo przez połowę sierpnia byłam na wyjazdach. I tak uważam, że zużycia niezłe. Chociaż tak naprawdę najwięcej w tym miesiącu poszło mi... chusteczek nawilżanych (przydają się na wyjazdach typu Woodstock, gdzie dostęp do wody do mycia jest utrudniony).

31 lipca 2012

Projekt denko - lipiec 2012

Mój lipiec był dosyć bogaty w zużycia. Może nie jest to największe denko jakie miałam, ale większość produktów było w dużych pojemnościach i kończyłam je dosyć długo. Zapraszam zatem do przeczytania mini-recenzji:

  • Original Source, płyn do kąpieli Czekolada&mięta - był w potrójnym zestawie świątecznym. Pięknie pachniał, dobrze się pienił. Jednak, żeby było go dobrze czuć podczas kąpieli, trzeba było go sporo wlać i przez to stawał się nieekonomiczny. Do płynu nie powrócę, może kiedyś kupię żel (który ma zresztą chyba taki sam skład, jednak z butli było trudno go używać w ten sposób).
  • Farmona, Sorbet do mycia ciała - ostatnio recenzowany tutaj. Nie przypadł mi do gustu i chciałam go jak najszybciej zużyć, więc wykorzystałam jako płyn do kąpieli i nic a nic się nie pienił.
  • Balea, malinowy żel pod prysznic - ładnie pachniał maliną, chociaż podczas mycia odrobinę gorzej. Miał fajny różowy kolor, kremową konsystencję, mył ok. No i po przeliczeniu na PLN kosztował jakieś 2,80 (!!!), więc czego chcieć od takiego żelu?! :D
  • Bourjois, woda micelarna - u mnie sprawdza się bardzo dobrze.
  • Kolastyna, balsam brązująco-rozświetlający - beznadziejny, totalny bubel (przynajmniej stara wersja opakowania) - nie brązuje w ogóle i śmierdzi samoopalaczem. Jedyny plus to złote drobinki, ale ja akurat nie przepadam za takim efektem.

  • Ziaja, szampon do włosów normalnych - meeeega wydajny, miałam go chyba ponad pół roku (co prawda czasami użyłam innego szamponu) i zużywałam razem z tatą. Ślicznie pachniał, ale na razie do niego nie wrócę, bo zmieniam nieco pielęgnację.
  • CHI, odżywka - recenzowana tutaj. Dobrze mi się jej używało, była dobra jak na odżywkę ekspresową. Jest dosyć droga, ale była w miarę wydajna (chociaż szamponu zostało mi jeszcze trochę, a używałam ich jednocześnie) i byłam z niej zadowolona. Może kiedyś skuszę się na zakup.
  • Joanna, balsam nawilżająco-regenerujący - dobrze się u mnie sprawdzał, jest bardzo wydajny i ślicznie pachnie. Mam teraz nową wersję 300ml.
  • Farmona, Jantar - na razie zużyłam jedno opakowanie i robię trochę przerwy, bo wyjeżdżam na Woodstock i nie widzę sensu w odnawianiu kuracji właśnie teraz. Nie zauważyłam póki co większych rezultatów, ale włosy mi się mniej przetłuszczały przy używaniu tej wcierki.
  • Alterra, olejek oliwka&limonka - mój pierwszy olej do włosów. Bardzo przyjemnie się go używało, ślicznie i świeżo pachniał. Był wydajny - zużywałam go przez 7 miesięcy.

  • Eveline, serum ujędrniające brzuch i pośladki - używałam go niestety bardzo nieregularnie, ale widać było ujędrnienie i wygładzenie skóry. Przy okazji było wydajne i dawało efekt chłodzenia (choć na krótko). Nie wiem czy do niego wrócę, ale ogólnie produkty Eveline tego typu na pewno będą wpadać w moje ręce :)
  • Eveline, serum do biustu - to było moje drugie opakowanie; po wyjeździe otworzę kolejne, które już czeka. Moim zdaniem świetny produkt, który naprawdę dba o biust - trochę go ujędrniania i podnosi. Ponadto nawilża i uelastycznia. Widzę poprawę od czasu kiedy go używam (mimo że nie robię tego super regularnie, to efekty nie znikają).
  • Dermika, maseczka czekoladowa - ostatnio ją kupiłam i postanowiłam od razu wypróbować. Dostałam ostrzeżenie, że może podrażniać, więc jak tylko poczułam coś nieprzyjemnego na twarzy, to ją zmywałam. Trochę oczyściła cerę, ale zapach pozostawia wiele do życzenia, brązowa Ziaja ładniej pachnie i jest tańsza.
  • Cherry Masaki, perfumowany balsam - (od japońskiego projektanta) z GlossyBoxa (próbka 50ml). Pełnowymiarowy produkt 150ml kosztuje 150zł. Nie wiem skąd ta cena na taki produkt! Prawie wcale nie nawilża, może najwyżej zdjąć uczucie suchości (ja go trzymałam w torebce, używałam do dłoni). Zapach ma ładny, ale bez zachwytów (przynajmniej moich - moi znajomi się serio zachwycali ;P)
  • NailTek, II Intensive Therapy - daawno temu go zużyłam, resztka zgluciała, a ja zapominałam go dołożyć do starych denek. Zatem robię to teraz. Byłam z niego zadowolona, ale na razie zamówiłam sobie Seche Vite i myślę, że do NT już raczej nie wrócę.
  • Wibo, eyeliner - długo mi służył, robił super kreskę, jest tani. Pewnie kupię go ponownie.
  • Biały Jeleń, żel do higieny intymnej - ot, taki zwykły, przeciętny żel.
  • Joanna, peeling myjący - myślałam, że będzie gorszy, a okazał się naprawdę fajnym peelingiem. Nie jest to mocny zdzierak, ale też nie jest delikatny. Wiem, że niektórzy używają go nawet do twarzy. Bardzo ładnie pachnie, zapach utrzymuje się w łazience dosyć długo po kąpieli. Uważam, że za 3,50zł można go kupić, ale powyżej 5zł to już przesada, bo produkt starcza na jakieś 4 użycia (na całe ciało).

A teraz pozostaje mi Was pożegnać na jakiś tydzień, bo jutro jadę na Woodstock, a po Woodstocku na 2-3 dni do Berlina. Pewnie zrobię tam jakieś zakupy, także pokażę swoje niemieckie łupy po powrocie! :D Trzymajcie się!