Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W7. Pokaż wszystkie posty

7 października 2013

W7: Show Stopper - tusz do rzęs


Jak czas temu pokazywałam Wam zieloną maskarę W7, której efekt na rzęsach większości się podobał. Niestety fakt, iż bardzo trudno było ją zmyć z oczu, co często kończyło się okrutnie dla rzęs, sprawił, że ją odstawiłam i sięgnęłam po kolejny produkt tego typu. Dzisiaj przedstawiam tusz, tej samej marki, który przypadł mi do gustu o wiele bardziej - Show Stopper.

Tym razem opakowanie jest różowe, ale kształt ten sam. Show Stopper charakteryzuje się równie dziwaczną, niespotykaną szczoteczką, co jego brat, ale tym razem kształt jest o wiele sympatyczniejszy. Na zdjęciach widzicie przednią stronę szczotki, bok jest płaski (mam nadzieję, że to zrozumiale napisałam). Jak sama nazwa wskazuje - tusz nie daje dramatycznego efektu, ale delikatnie podkreśla rzęsy na co dzień.


Rzęsy są podkreślone, nieźle rozdzielone. Większa ilość tuszu sprawi, że mogą się delikatnie posklejać, ale nie jest to tak nagminne jak przy zielonym Magic eyes. Co prawda znam maskary dające o wiele lepszy efekt niż ta, ale przyznam, że po poprzednim tuszu W7 jestem naprawdę mile zaskoczona.

Jego plusem jest trwałość - tuszu używam już jakiś czas i nie zauważyłam by się osypywał po kilku/kilkunastu godzinach poza domem. Poza tym o wiele łatwiej go zmyć - schodzi przy pomocy płynów micelarnych, dwufazowych czy żeli. Zdziwiłam się, że dwa tusze tej samej marki mogą się tak bardzo różnić pod tym względem. Przy Show Stopper moje rzęsy są bezpieczne i nie muszę obawiać się, że mi powypadają.

PS. O dziwo na zdjęciach o wiele lepiej wypada tamten tusz. Na żywo mam zupełnie inne wrażenia. Tutaj wygląd 'od przodu' wypada słabo, a na żywo wygląda o wiele lepiej niż na zdjęciu poniżej.


Cena: ok. 11zł      Pojemność: 15ml      Dostępność: Allegro (czasami)

22 września 2013

W7: Magic eyes, tusz do rzęs nie tworzący grudek


Dzisiaj co nieco o maskarze Magic eyes marki W7. Produkt od początku mnie interesował, bo nigdy nie miałam żadnego tuszu z tej firmy. Poza tym zaciekawiła mnie specyficzna szczoteczka - wcześniej nie miałam do czynienia z takim kształtem. Wszystko byłoby z nią ok, gdyby włosie było delikatniejsze i bardziej miękkie.

Do tuszowania rzęs tym tuszem trzeba się przyzwyczaić. Trzeba znać umiar, a nie machać szczoteczką w nieskończoność, ponieważ to tylko doprowadzi do mocno sklejonych rzęs. Najlepszy efekt uzyskuję, kiedy powiem sobie 'dość' w momencie, gdy wciąż mam ochotę wzmocnić efekt (więc wciąż nie byłam usatysfakcjonowana). Kilkukrotnie się na tym zawiodłam i kończyłam z rzęsami posklejanymi grupowo.

Tusz Magic eyes nie daje mocnego efektu, jest to raczej dzienny look. Nie dostajemy mocnego wydłużenia czy pogrubienia, ale za to rzęsy są nieźle podkręcone. Niestety tusz ma jedną, ale bardzo znaczącą wadę - jest bardzo oporny przy zmywaniu. Usunięcie go żelem czy zwykłym płynem micelarnym jest żmudne i często prowadzi do wypadnięcia jakiejś rzęsy. Najlepiej usuwać go dwufazówkami lub olejem - wtedy nasze rzęsy na pewno mniej na tym ucierpią. Maskara zatem nie nadaje się na wyjazdy - lepiej zabrać coś, co łatwiej się zmywa.

Ogólnie tusz jest średni - nie daje powalającego efektu, a w dodatku przy tuszowaniu można sobie zrobić krzywdę ostrą szczoteczką. Ale byłabym w stanie mu to wybaczyć, gdyby tusz nie powodował uszczerbku na moich rzęsach. Poużywałam go, przetestowałam, ale szkoda mi rzęs dla takiego efektu.


Cena: ok. 11zł      Pojemność: 15ml      Dostępność: Allegro

4 września 2013

W7: Brow Bar - czyli o fajnym zamyśle z niefajnymi kolorami || opinia wstępna, wrażenia po pierwszym użyciu setu do brwi


Jakiś czas temu otrzymałam set do brwi marki W7. Spodziewałam się niewielkiej kasetki z cieniami i pędzelkiem, i niczym poza tym, a dostałam nieco więcej. Okazało się, że Brow Bar składa się z: paletki czterech cieni, w której znajduje się pędzelek (dość gruby i nieprecyzyjny); grzebyczka i lepszego pędzelka oraz kilku szablonów to malowania brwi, które mogą ułatwić sprawę początkującym.

Cienie zawarte w paletce są dość dziwne... Pod numerem 1 kryje się jasny, satynowy beż - brwi na pewno nim nie uzupełnimy, jednak sprawdzi się świetnie jako rozświetlacz lub cień na całą powiekę. Numer 2 to mocno rudy kolor i właśnie polecałabym go osobom, które mają rude włosy i taki kolor by im pasował (a niewiele takich osób jest). Trójeczka to najbardziej sensowny kolor z paletki... jest to brąz, pasujący większości osób, ale ma ciepłe i lekko rude tony. Myślę, że to właśnie z niego byłoby zadowolonych najwięcej osób, bo można podkreślić nim brwi albo bardzo mocno, albo delikatnie. Cień numer 4 to ciemny, niemalże czarny grafit, a mało osób ma tak ciemne brwi. Na pewno nada się do malowania kreski lub jako cień po powiek.


Cienie są dobrze napigmentowane, dlatego jeśli ktoś chce podkreślić brwi delikatnie, musi uważać. Ja oczywiście używałam cienia numer 3, nie miałam specjalnego wyboru, a poza tym mam podobny kolor włosków. Najpierw wyczesuję brwi grzebyczkiem, następnie biorę ten dłuższy pędzelek z zestawu (muszę przyznać, że jest naprawdę ok :)) i zaczynam wypełniać brwi. Najpierw wypełniam tę dłuższą część, a potem ogonek.

Według mnie, kolor powinien być mniej rudy, a bardziej szary. Uważam, że nie wyglądam źle, ale nie jest to też do końca mój kolor. Gdy pierwszy raz zobaczyłam tę paletkę, myślałam, że cień nr 3 będzie idealny. Okazało się, że niestety taki nie jest. Jest delikatnie za rudy. A jak to wszystko wygląda z daleka, możecie zobaczyć w moim nowym filmiku. Serdecznie zapraszam do oglądania i komentowania ;)



16 sierpnia 2013

W7: pomadki do ust - Negligee, Raspberry Ripple, Fuschia


Jakiś czas temu dostałam możliwość przetestowania kilku produktów marki W7. Na pewno znacie ich bronzer Honolulu czy pędzelki, które były niedawno dostępne w Pepco. Współpracę nawiązała ze mną firma WIT, która jest dystrybutorem - między innymi tych - kosmetyków. Ja, w tej notce, przedstawię Wam 3 różowe pomadki, z czego do gustu przypadła mi niestety tylko jedna z nich. Możecie już teraz zgadywać, która ;)

Pomadki mieszczą się w standardowych, plastikowych opakowaniach z przezroczystym dnem, przez które widać kolor sztyftu. Gramatura jednej szminki to 3,5g. Na uwagę zasługują tłoczenia loga W7 na każdym ze sztyftów, moim zdaniem wygląda to bardzo fajnie. Wszystkie pomadki bardzo słodko pachną, jednak zapach nie jest wyczuwalny, kiedy mamy je na sobie. Nie podoba mi się to, że nazwa pomadki znajduje się na bocznej nalepce na opakowaniu i jest napisana małym druczkiem - początkowo myślałam, że są to pomadki bez nazw/numerków.


Z trzech odcieni, które posiadam, dwa mają wykończenie perłowe. Nie będę ukrywać, że nie czuję się w takim dobrze, bo mam wrażenie, że bardzo postarza, a mam dopiero 21 lat. Ale oczywiście przymierzyłam te odcienie. O ile Raspberry Ripple jest znośny, ponieważ jest ciemniejszy, mogę ukryć pod nim mankamenty ust i nie ma drobin, o tyle Negligee nie podoba mi się zupełnie. Jest pełen brokatowych drobinek, jest pół-transparentny i widać przy nim, jak nierówne są moje wargi. Na plus zaliczam to, że pomadki są bardzo miękkie i lekko suną po ustach nanosząc kolor. Szkoda, że sama nie mogłam wybrać kolorów - na pewno nie wzięłabym perłowych ;)

Zupełnie inne zdanie mam natomiast o kolorze Fuschia - śliczny, intensywny, kremowy róż. Wygląda słodko, ale kobieco. Nakłada się go bardzo przyjemnie, bo podobnie, jak perłowe odcienie, lekko sunie po ustach i jest dobrze napigmentowany. Wystarczy jedno maźnięcie po wargach, a są one już pokryte intensywnym kolorem. Dodatkowo fuksja to kolor, w którym czuję się bardzo dobrze. Jeśli chodzi o trwałość, to jest ona średnia. Szminka W7 nie trzyma się tyle, ile matowe czerwone pomadki, ale także nie schodzi po 30 min. Na pewno nie przeżyje jedzenia ani picia. Gdy wierzchnia warstwa już nam zejdzie, na ustach wciąż zostaje nieco koloru.

I pora na prezentację pomadek na ustach:


Cena: ok. 8-9zł     Pojemność: 3,5g      Dostępność: Allegro

25 września 2012

W7: duo do konturowania Double Act


Ostatnio opisywałam Wam produkt tej samej marki, czyli bronzer Honolulu. Postanowiłam, że pokażę też duo Double Act, które również lubię. Mieści się ono w takim samym opakowaniu, jednak, oczywiście, w innych barwach. Pojemność też się zmienia - tutaj zamiast 6g mamy 8g. Koszt jest podobny, wynosi ok. 15zł. W pudełeczku znajdziemy też pędzelek.


W górnej części pudełeczka mieści się bronzer, w dolnej - rozświetlacz, który równie dobrze sprawdzi się w roli jasnego różu. Oba kolory są perłowe, z drobinkami - ładnie mienią się w słońcu. Ten kosmetyk nie przypadnie do gustu osobom lubiącym matowy efekt na twarzy. Ja lubię od czasu do czasu się poświecić i podkreślić na błyszcząco swoje poliki. Część bronzera ma ciepłą barwę, która dodatkowo (przez drobinki) mieni się na złoto. Natomiast część rozświetlacza/różu jest w chłodnym odcieniu, ma srebrne drobinki.


Jak zwykle pokażę Wam, jak kosmetyk wygląda na twarzy. Przechodzę obecnie burzę hormonów, więc nie mam zbyt ładnej cery... Kilka dni temu była super :( Większości pewnie nie przypadnie do gustu efekt w słońcu, mi nie przeszkadza. W końcu zawsze można go używać w bezsłoneczne dni, które niedługo nas, niestety, czekają.
  

6 września 2012

W7: bronzer Honolulu


Pewnie większość zna ten bronzer, choćby z widzenia. Jest to Honolulu marki W7. Dostałam go jakiś czas temu w ramach wymiany i nie żałuję! Bronzer jest naprawdę godny uwagi. Takie cudo kosztuje ok. 15zł (np. na Allegro) i mieści 6g kosmetyku. W opakowaniu znajdziemy też pędzelek, naprawdę dobrej jakości. Jest to jeden z niewielu dołączanych pędzelków, którym naprawdę można się dobrze pomalować! Czasami go używam, ale raczej sięgam po Hakuro H13.


Pierwsze co mnie urzekło w tym kosmetyku, to kolor - jest idealny, ładny, opalony odcień brązu; nie ma pomarańczowych tonów. Myślę, że sprawdzi się do cieplejszych i chłodniejszych typów urody. Dobrze się z nim pracuje, więc osiągniemy efekt bardzo subtelny, jak i wyrazisty. Rozciera się dosyć łatwo, nie powinien robić plam (ale nie wiem jak poradzi sobie w ogólnie niewprawiona ręka).


Pewnie jesteście ciekawe wykończeniem - nie nazwałabym go zupełnie matowym, bo, jak dla mnie, ono jest w kierunku delikatnie satynowego, ale drobinek to on nie ma. Uważam, że bardzo ładnie wygląda na twarzy.

Bronzer trzyma się na twarzy na pewno kilka godzin, może delikatnie zblednąć, ale wciąż na niej jest. Trudno mi ocenić jego trwałość czasowo, ale przypuszczam, że z 7h (albo i więcej) wytrzyma na dobrym podkładzie (moje podkłady trzymają się dobrze, szczególnie Revlon CS) lub po wcześniejszym zaaplikowaniu bazy pod makijaż. Na dole macie efekt, jak wygląda na mojej twarzy. Rzadko nakładam bronzery, więc nie mam wprawy. A poza tym nie mam widocznej kości policzkowej i rozcieram po omacku, także proszę o wyrozumiałość. Do recenzji nałożyłam go dosyć sporo, ale w znaczenie delikatniejszej wersji zobaczycie go w tym makijażu.