Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bielenda. Pokaż wszystkie posty

21 lutego 2016

Bielenda: Appetizing Body SPA, masło do ciała wanilia + pistacja

Ostatnio rzadko publikuję recenzje pojedynczych produktów, ale stwierdziłam, że jednak od czasu do czasu wypada to zrobić. Dlatego też przychodzę dzisiaj z recenzją na temat masła do ciała marki Bielenda, zaskakująco długą jak na mnie. Masło dostała moja mama, jako dodatek do prezentu, ale w związku z tym, że ona nie używa takich rzeczy, to postanowiłam tego biedaka przygarnąć.

Masło ma bardzo ładny zapach, kiedy wąchamy je z opakowania - jest to taka słodziutka woń wanilii, można powiedzieć, że dość budyniowa. Niestety, zapach ten na ciele nie utrzymuje się w tej formie. Produkt rozsmarowany na skórze od razu zmienia swój zapach w coś znacznie mniej przyjemnego. Nie jestem w stanie określić co, ale można powiedzieć, że jest to woń trochę ścierkowa z nutą wanilii. Jednak nie obawiajcie się, to nie jest nic obrzydliwego... po prostu zapach jest nijaki, w kierunku nie najpiękniejszego. Na szczęście dość szybko wietrzeje i nie jest wyczuwalny, kiedy nie podsuniemy sobie ręki pod nos.


Konsystencja masła jest bardzo przyjemna - dość aksamitna, nie za rzadka, nie za gęsta. Przywodzi mi na myśl coś w stylu kremu do tortów i ciast, np. tiramisu. Rozsmarowuje się przyjemnie, delikatnie zostawia białe ślady, ale wszystko szybko się wchłania. Nie lepi się, nie pozostawia uczucia tłustości. Jednorazowo na ciało nakładam dość sporą ilość produktu, więc sądzę, że kosmetyk nie należy do wybitnie wydajnych. Raczej nie robię tego z potrzeby (moja skóra nie należy do suchych i wymagających), bardziej z chęci szybkiego wykończenia produktu ;)


Skład kosmetyku nie powala - na piątym miejscu mamy parafinę, za którą osobiście nie przepadam. Przez to, że nie jest ona na drugim lub trzecim miejscu w składzie postanowiłam to masło wypróbować, ale w przeciwnym wypadku na pewno powędrowałoby do kogoś innego. Na drugim miejscu na szczęście mamy masło shea. W składzie zajdziemy także olej z pistacji, trochę silikonów i olej palmowy.

Przejdźmy do najważniejszego - działania. Jeżeli chodzi o podstawową funkcję masła, czyli nawilżanie, to nie jestem najlepszą osobą do jego oceniania. Mam skórę niewymagającą, którą nawet nie woła o nawilżanie i smarowanie. Natomiast zauważyłam, że masło ze względu na zawartość parafiny nie jest produktem dogłębnie nawilżającym. Po kilku godzinach od aplikacji, skóra nie jest już tak przyjemna w dotyku, nie wydaje się posmarowana niczym odżywczym (zwłaszcza partie, o które ociera ubranie/piżama, np. przedramiona).

Kiedy nakładam ten kosmetyk na skórę, skupiam się raczej na dolnych partiach ciała - nogach, brzuchu, pośladkach. Nie nakładam go na dekolt, plecy czy ramiona, ponieważ te strefy mojego ciała mają tendencję do przetłuszczania się i przez to też zapychania. Już po pierwszej aplikacji tego masełka na ramiona, zauważyłam, że na drugi dzień mam na nich kilka wyprysków. To zapewne wina parafiny, bo po naturalnych olejach i masłach bez tego składnika nic takiego nie ma miejsca.


Pora na ostateczny werdykt. Kosmetyk nie powala, jest bardzo przeciętny. To moje drugie spotkanie z masłem marki Bielenda, kolejne nie do końca udane i bez fajerwerków. Na pewno nie kupiłabym go ponownie i nie poleciłabym go nikomu. Z drugiej strony nie jest tragiczne - wykończę je, wrzucę do denka, powiem o nim kilka słów i zapomnę. Chociaż nie, ja raczej nie zapominam ;)

Cena: ok. 15zł     Pojemność: 200ml      Dostępność: różne drogerie

7 września 2013

ShinyBox - sierpień 2013 - RECENZJA PUDEŁKA


Przychodzę dzisiaj z recenzją produktów z sierpniowego ShinyBoxa. Na początku uznałam to pudełko za przeciętne, ale po używaniu produktów, jestem bardzo zadowolona ;) Ocena jaką mu daję to ~4/5. Jeśli jesteście ciekawi, co myślę o poszczególnych kosmetykach, czytajcie dalej...

Indola, serum na końcówki włosów - mój ulubiony produkt z sierpniowego pudełka. Może nie pachnie zbyt ładnie, ale dba o włosy. W przeciwieństwie do przezroczystych jedwabi, po nim moje końcówki włosów nie wydają się suche, ale miękkie i nawilżone. Nigdy nie lubiłam używać takich preparatów, właśnie dlatego, że wydawało mi się, że zamiast pomagać, szkodzą. Z tym jest inaczej, bardzo go polubiłam. Włosy są po nim przyjemne, lśniące i gładkie. Ma w sobie kilka olejków, więc na pewno na plus. 39zł/50ml

DeBa Bio Vital, krem do rąk i paznokci - ten kosmetyk również przypadł mi do gustu. Rozsmarowany na dłoniach bardzo ładnie, słodko pachnie - jak wafle z kremem orzechowym. Poza tym ma dość lekką konsystencję i wchłania się w kilka minut. Nawilżenie, które oferuje może nie jest na najwyższym poziomie, ale jest w porządku jeśli chodzi o krem na dzień. Na pewno sprawdzi się po umyciu rąk i zniweluje nieprzyjemne uczucie suchości/ściągnięcia. 12zł/75ml

Bielenda, Esencja Młodości, płyn micelarny - miłe zaskoczenie. Dostałam komentarz, że nie jest to najlepszy micel, ale u mnie sprawdził się naprawdę dobrze. Jest idealny do wstępnego zmycia makijażu, przez umyciem twarzy żelem. Spokojnie radzi sobie z podkładami, pudrem, różem, bronzerem i cieniami. Z tuszem jest nieco gorzej, ale przy chwili cierpliwości też ładnie się go pozbędzie. Poza tym jest delikatny dla oczu - nic mnie po nim nie piekło, nie szczypało. Nie wiem, czy do niego wrócę, ale jestem zadowolona. 13zł/200ml

Dermedic, maska nawilżająca - tym razem coś, co nie do końca do mnie przemawia. Nie lubię masek w tubkach i nie jestem fanką tych kremowych. A ta właśnie taka jest. O wiele bardziej lubię oczyszczające glinki, ponieważ czuję, że coś mi dają. Po kilkukrotnym zastosowaniu maseczki Dermedic nie mogę powiedzieć nic... niestety nie zauważyłam nawodnienia ani nawilżenia. Poużywam jej jeszcze trochę i być może napiszę pełną recenzję. Zapach ma taki sam jak większość kosmetyków tej marki. 25zł/50g

Marion, koncentrat antycellulitowy chłodzący - produkt nieco dziwny. Jak dla mnie był bardziej ciekawostką pudełka. Marion oferuje nam 5-dniową kurację koncentratem chłodzącym, który ma zielone zabarwienie i jest bardzo płynny. Jedna ampułka starczała mi na dwa uda. Zapach dość mentolowy, ale chłodzenie zerowe. Przy okazji jak efekty, bo nic nam w 5 dni nie ujędrni skóry ani nie zniweluje cellulitu. Jedyny efekt, jaki dawał ten produkt, to wygładzenie skóry, ale to zawdzięczamy silikonom w składzie. 13/5x6,5ml

Bio Plasis, peeling do twarzy - jeszcze go nie używałam ;) ale jestem go ciekawa, ze względu na skład.

Mam dobrą wiadomość - pudełko nadal możecie kupić na stronie ShinyBox. Koszt to 49zł.

27 listopada 2012

Projekt denko - listopad 2012

W tym miesiącu też nie jestem zbyt zadowolona ze zużyć. Pewnie denko nie będzie większe do czasu jakichś dni wolnych typu Święta czy ferie. Nie wykończyłam nic z kolorówki... nie wiem, kiedy ten moment nastąpi, na razie nie przewiduję; na razie mam dużo napoczętych rzeczy. No ale dobra, oto co wykończyłam:

Bielenda, Granat, masło do skóry normalnej - zużywałam je dość długo. Miało bardzo dobre właściwości nawilżające, jednak zapach mi nie do końca odpowiadał. Był bardzo chemiczny i mało granatowy. Konsystencja była bardzo przyjemna w użyciu. Wykończyłam je już w październiku, ale wsadziłam do niego odlewkę masła z Biedronki i zapomniałam o opakowaniu w poprzednim denku. Obecnie mam w nim peeling Fennel.

Paloma, peeling myjący do ciała wygładzająco-ujędrniający Tropical Fruits - recenzowałam go tutaj. Moja opinia o nim się nie zmieniła. Przyjemny peeling, dość dobrze zdzierający jak na kosmetyk tubkowy.

Le Petit Olivier, żel pod prysznic o zapachu malinowym - recenzja jest tutaj. Nie polubiłam się z nim, na szczęście szybko się skończył. Na pewno bym do niego nie wróciła. Wolę żele OS, Balea lub Alverde.

Original Source, żel pod prysznic Mango&macadamia - przyjemny żel, ogólnie lubię żele OS. Ten kupiłam w grudniu 2011, a otworzyłam i wykończyłam dopiero teraz. Zapach średnio przypadł mi do gustu, ten wariant jest dla mnie trochę za mdły, mało w nim mango. Do tej wersji zapachowej raczej nie wrócę.

Joanna, Naturia, peeling myjący z grejpfrutem - kupiłam go w Tesco, bo to najtańszy wariant zapachowy; kosztował 3,50zł. Całkiem lubię te peelingi, są małe, optymalnie zdzierają martwy naskórek, mają śliczne zapachy. W promocji skuszę się na jakiś, którego nie miałam.

Essence, eye makeup remover - opisywałam go razem z innymi płynami w tej notce. Moja opinia się nie zmieniła, jest przeciętny, gorszy niż Bielenda i Marion. Nie wrócę do niego.

BeBeauty, mycelarny żel do mycia i demakijażu - uwielbiam ten produkt. Jest tani, a spisuje się znakomicie. Świetnie oczyszcza twarz zarówno z całego makijażu jak i jego pozostałości. W ogóle nie szczypie w oczy. A to, że się nie pieni zupełnie mi nie przeszkadza, przyzwyczaiłam się.

Dax Cosmetics, Perfecta, zmiękczający krem do stóp, 15% mocznika - według mnie bardzo dobry krem. Ślicznie pachniał i przyzwoicie nawilżał. Kosztował mnie 8zł w Tesco. Teraz chętnie wypróbuję krem Lirene (?) z 30% mocznikiem. A jak nie, to możliwe, że wrócę kiedyś do niego.

Facelle, płyn do higieny intymnej, Sensitive - bardzo lubię ten produkt. Obecnie mam wersję Fresh. Świetnie nadaje się do mycia włosów, u mnie sprawdza się znakomicie. Jako płyn do higieny intymnej też jest super, bardzo delikatny. Dobrze się pieni i ma świetną, gęstą konsystencję.

Bingo Spa, maska do włosów z masłem shea i pięcioma algami - kupiłam ją w Tesco za jakieś 8zł. Jest duża, to 500ml słoik. Na początku się z nią nie polubiłam, jednak pod koniec używania dostrzegłam jej zalety. Szybko zmiękcza i wygładza włosy, nadaje się do szybkiego wygładzenia ich po umyciu plączącym szamponem. Raczej nie dawała mi większych efektów po noszeniu jej dłużej na głowie. Nie kładłam jej na skalp, bo tam kładę tylko oleje, jeżeli chodzi o nawilżenie (reszta mnie obciąża). Jest świetna do używania jako odżywka po umyciu, a poza tym się opłaca, bo wychodzi taniej niż odżywka.

11 października 2012

Płyny dwufazowe: Marion, Bielenda, Essence. Który najlepszy?

Płyny dwufazowe do demakijażu są znane wszystkim, jednak nie każdy je lubi. Większości nie odpowiada tłusta konsystencja, inni uwielbiają te kosmetyki za skuteczne zmywanie makijażu oczu. Ja posiadam trzy takie płyny i dzisiaj Wam je przedstawię z bliska. Zaznaczam, że nie mam wrażliwych oczu i żaden z nich mnie nie podrażnił.

  • Marion, delikatny płyn do demakijażu oczu; prowitamina B5, ekstrakt z rumianku - ten płyn dostałam od firmy Marion do przetestowania i od razu polubiłam się z tym produktem. Jest naprawdę delikatny, a poza tym świetnie zmywa. Radzi sobie lepiej od swoich kolegów. Jego pojemność do 120ml, cena - ok. 6zł. Niestety nie wiem, gdzie można go kupić, bo rzadko spotykam kosmetyki tej marki.
  • Bielenda, Awokado oczy wrażliwe, łagodny dwufazowy płyn do demakijażu oczu - ten produkt kupiłam w Biedronce za 5,99zł. Wydaje mi się, że jest mniej delikatny i nieco gorzej zmywa, jednak nadal jest dobry. Tym razem w opakowaniu znajduje się 125ml produktu, a kosztuje on. 5-9zł, w zależności od sklepu/drogerii. Raczej łatwodostępny.
  • Essence, eye makeup remover - jak dla mnie to najsłabszy kosmetyk z prezentowanych tutaj. Da się nim zmyć makijaż oczu, jednak trwa to trochę dłużej w porównaniu do Mariona i Bielendy. Trzeba nieco dłużej przytrzymać na oku wacik i nieco potrzeć, by wszystko zeszło. Buteleczka mieści 125ml płynu i kosztuje/kosztowała prawdopodobnie 1,99€.

kliknij, by powiększyć
Nie będę oceniać opakowania czy łączenia/rozłączania się warstw, ponieważ te kosmetyki nie różnią się znacznie między sobą. Podsumowując - najbardziej odpowiada mi Marion, najmniej - Essence.

2 maja 2012

Bielenda: Krem półtłusty regenerujący Żeń Szeń

Coś pozytywnego! Przebiliśmy poprzedni gitarowy rekord! :D Rzekomo na wrocławskim Rynku grały wspólnie 7273 gitary, jednak ile w tym prawdy... Pewnie część ludzi przyszła bez gitar, ale to mało ważne. Było naprawdę fajnie, mimo że nie umiem grać! XD Jednak być może ten wczorajszy dzień będzie przełomem i w końcu się wezmę za tę gitarę! :D Ah, to nie był dobry plan, żeby wziąć asymetryczną kieckę! Mam teraz plecy zjarane w półksiężyc :D

Przygotowałam dzisiaj dla Was recenzję kremu, z którym się nie polubiłam. Jak produkty firmy Bielenda lubię bardzo, to ten okazał się dla mnie niewypałem. Krem ten kupiłam w zestawie z kremem do ciała (które podobno jest bardzo fajne, jednak jeszcze go nie otworzyłam).

Zacznę od opakowania - jest zrobione ze słabego plastiku, czuję, że jest coś z nim nie tak, jakby coś się złamało od środka. Jednak kupując ten krem osobno, opakowanie jest inne, pewnie trochę lepsze.

Konsystencja kosmetyku jest dosyć gęsta, przypomina standardowy krem Nivea. Zapach jest bardzo intensywny (aczkolwiek ładny) i może odrzucać niektóre osoby. Wydaje mi się, że to on jest winowajcą wysypów na mojej twarzy. Krem ogólnie jest tłusty, ale o dziwo bardzo szybko się wchłania. Zachowuje się dziwnie, ponieważ prawie wcale nie nawilża. Jeżeli chodzi o jakąś regeneracje, to też nic nie zauważyłam.

Zapłaciłam za ten krem w zestawie chyba niecałe 13zł. Zużywam go do stóp i dłoni. Nie polecam.

24 lutego 2012

Bielenda: Peeling do ciała "Granat"


Witajcie! Dzisiaj przedstawię Wam peeling do skóry normalnej firmy Bielenda. Kupiłam go w zestawie z masłem do ciała za niecałe 17zł. Jeżeli miałyście do czynienia z tym produktem, to pewnie nie byłyście z niego zadowolone. W sumie ten produkt ma bardzo niefajne opinie. Czemu? Czytajcie dalej ;) Jeżeli chodzi o opakowanie - jest całkiem fajne, w ładnym kolorze, mieści 200g peelingu. Widzicie napis, że peeling jest cukrowy? Nie wiem, czemu na etykiecie widnieje taka informacja, ponieważ jest on solny. Zapach jest chemiczny, w sumie pachnie mi płynem do mycia podłóg.

Jeżeli chcecie używać go do peelingowania całego ciała, to pewnie się zawiedziecie - nie sprawdza się w tej roli. Produkt 'ucieka' nam z rąk i ciała, lądując w wannie/brodziku. Poza tym nie zdziera dobrze, jakby znika. W połączeniu z wodą rozpuszcza się w mgnieniu oka. Znalazłam jednak zastosowanie tego kosmetyku, w którym sprawdza się nie najgorzej. Mianowicie - używam go do stóp i dłoni (na sucho). Muszę też wspomnieć o tym, że peeling jest trochę tłustawy i zostawia taką delikatną powłokę na skórze. Kupując ten kosmetyk osobno za kilkanaście złotych byłabym zła, jednak kupiłam go w zestawie i wyniósł mnie koło 8zł, więc nie będę narzekać. Na pewno nie kupię go ponownie, jednak można go jakoś zużyć.


21 stycznia 2012

Bielenda: Czarna Oliwka, Krem do cery suchej i bardzo suchej


Niedawno miałam bardzo suchą skórę i skusiłam się na krem firmy Bielenda przeznaczony do takiej właśnie cery. Kosmetyk mieści się w czarnym pojemniczku (50g), przypominającym trochę czarną oliwkę. Kosztuje ok. 17zł. Konsystencja kremu jest dosyć puszysta, ani zbyt lejąca, ani zbyt gęsta. Krem ma zabarwienie jasnozielone i pachnie, moim zdaniem, gruszką i jabłkiem.

Mimo że produkt przeznaczony jest na dzień i na noc, uważam, że na dzień jest za ciężki (chyba że nałożony cienką warstwą). Zdarzało mi się używać go pod makijaż i nic się nie działo, ale u niektórych może się to nie sprawdzać. Na noc jednak jest świetny - cudownie nawilża i odżywia. Skóra jest gładka i jędrna.

Niestety produkt nie należy do najbardziej wydajnych - dosyć szybko go ubywa i mimo że jego przydatność to 12 miesięcy od otwarcia, krem można spokojnie wykończyć w czasie o połowę krótszym.

Dzięki temu kosmetykowi moja sucha skóra twarzy zmieniła się w normalną i nie mam już problemu z przesuszeniami. Krem bogaty jest w witaminy A i E, kwasy Omega 3 i 6 oraz naturalny krem UV. Warto dodać, że nie uczulił mnie ani nie zapchał. Ja z tego kremu jestem bardzo zadowolona i jak wykorzystam swoje zapasy kremów, to pewnie wrócę do niego, albo spróbuję innego z Bielendy.