Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alverde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alverde. Pokaż wszystkie posty

27 marca 2016

Kremowe emulsje do mycia twarzy || Alverde vs Ziaja


W tej notce porównam dwa - na pozór - dość podobne do siebie produkty. Skusiłam się na nie, ponieważ lubię zmywać cały makijaż jednym produktem, najlepiej przy użyciu wody. W dodatku te dwa produkty są kremowe, co powinno sprawiać, że są delikatniejsze dla skóry i przyjemniejsze w użytku. Co o nich myślę? Czy warto czy nie warto? Który z nich jest lepszy? Czytajcie dalej.


Ziaja, Ulga, kremowy olejek myjący do twarzy i ciała

Wbrew nazwie, nie jest to olejek. To krem, dość rzadki. Przy kontakcie z wodą konsystencja nie przypomina olejku, więc nazwa może trochę mylić, natomiast olejki są w składzie, więc niech będzie - nie czepiam się.

Kosmetyk jest właściwie bezzapachowy. Dzięki temu, że produkt jest dość rzadki, łatwo rozprowadza się go na skórze. Przy kontakcie z wodą nie zaczyna się pienić. Po prostu staje się rzadszą w konsystencji emulsją. Dobrze zmywa makijaż i potrzeba do tego naprawdę chwilki. Jeżeli zmywacie w taki sposób tylko twarz, to zajmie Wam to dosłownie minutkę.

Na opakowaniu mamy informację, aby unikać kontakt z oczami, omijać okolice oczu. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała tego olejku na oczach ;) Muszę przyznać, że dobrze sobie radzi z cieniami, eyelinerem czy zwykłym, niewodoodpornym tuszem do rzęs. Myślę, że z wodoodpornym nie dałby rady. Kiedy zmywam tym olejkiem oczy, staram się je mocno zamknąć, ponieważ kiedy produkt dostanie się do oczu, to niestety piecze. Dlatego też nie polecałabym go do zmywania tuszów wodoodpornych, bo jednak z nimi trzeba chwilę powalczyć.

Nie podrażnia skóry, nie powoduje zaczerwienienia. Jest naprawdę łagodny. Natomiast też nie zauważyłam, żeby posiadał właściwości nawilżające. Skóra po jego użyciu jest czysta i miękka, ale po chwili i tak odczuwam ściągniecie, zatem nałożenie kremu kilka minut po umyciu twarzy jest zdecydowanie wymagane.

Pojemność: 200 ml      Cena: ok. 6-8zł

Skład: Aqua, Helianthus Annus (Sunflower) Seed Oil, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Disodium Laureth Sulfosuccinate, Glycerin, Sodium Hydroxide, Carbomer, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Laminaria Ochroleuca Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Propylene Glycol, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) roqt Extract, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Benzoate, DMDM Hydantoin. 



Alverde, łagodna emulsja oczyszczająca z oczarem i rumiankiem

Emulsję kupiłam podczas sierpniowej wycieczki do Berlina, ponieważ poprzednią wersję (chyba z nagietkiem) bardzo lubiłam. Miałam nadzieję, że ta będzie równie dobra. Niestety, okazało się, że jest do niczego.

Krem jest bardzo gęsty, tak gęsty, że aż ciężko nakłada się go na twarz. Jest przy okazji bardzo tłusty, co sprawia, że w połączeniu z wodą 'mazia' się po skórze. Nie pieni się. Jeżeli chodzi o zmywanie makijażu z twarzy, to coś tam zmywa, jednak próżno szukać dogłębnego, dokładnego oczyszczenia. Owszem, wierzchnia warstwa podkładu zostaje zmyta, ale na skórze zostaje tłusty, nieprzyjemny film. Kiedy dotykamy skóry, doskonale czujemy, że nie jest ona oczyszczona. O zmywaniu tuszu z rzęs nawet nie wspomnę - ten preparat nie daje rady, osadza się na rzęsach i sobie na nich po prostu siedzi. Jest w stanie rozmazać tusz pod okiem, tak że wyglądamy jak panda, ale go nie zmywa.

Coś jest nie tak, jeśli chodzi o formułę tego kosmetyku. Chyba za mało emulgatorów, które pozwoliłyby na uzyskanie myjącej emulsji. Tutaj mamy efekt podobny do tłustego kremu nałożonego na twarz. Nie wiem, do czego można używać tego kosmetyku, ale na pewno nie do demakijażu i do silnego oczyszczenia skóry.

Po użyciu tej emulsji i tak trzeba użyć czegoś innego - np. żelu do mycia twarzy, płynu micelarnego, czy innego produktu, który nam tę skórę oczyści i uwolni ją od tłustej, nieprzyjemniej powłoki. Ta emulsja jest łagodna, to fakt. Ale aż do tego stopnia, że nie wywiązuje się z podstawowej funkcji - po prostu nie oczyszcza.

Pojemność: 150 ml      Cena: 2,25€ (czyli około 10zł)

Skład: Aqua, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Cetearyl Glucoside, Olea Europaea Fruit Oil, Levulinic Acid, Xanthan Gum, Palmitic Acid, p-Anisic Acid, Stearic Acid, Sodium Levulinate, Tocopherol, Parfum, Limonene, Sodium Hydroxide, Linalool, Bisabolol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract



Myślę, że werdykt jest jasny. Ziaję mogę Wam polecić, ponieważ spełnia swoje zadanie, jest niedroga i ma dość dużą pojemność. Można zmyć nią nawet makijaż oczu, chociaż trzeba uważać, by produkt nie dostał się pod powieki. Alverde jest do bani. Wersja z nagietkiem była bardzo przyjemna, natomiast oczar z rumiankiem zupełnie nie dają rady. Trzymajcie się od niej z daleka, bo zupełnie nie wiem, do czego można jej używać, by być zadowolonym. Jeden z niewielu bubli, na które było mi dane natrafić.

Znacie te produkty? Czy macie takie samo zdanie jak ja? :)

15 sierpnia 2014

Alverde: Masło do włosów z awokado i masłem shea


Wielki boom na kosmetyki z DMu, czyli Balea i Alverde chyba już przeminął, niemniej jednak, ja wciąż uwielbiam te kosmetyki (szczególnie Alverde). Alverde jest chyba moją ulubioną marką i lubię testować to, co mają w asortymencie. W lutym, przy okazji wizyty w DM, kupiłam sobie masło do włosów tejże marki. Produkt dość nietuzinkowy, bo raczej nie słyszy się o masłach do włosów, a bardziej o olejach czy po prostu maskach.

Masło mieści się w 200ml opakowaniu, które pod wieczkiem zabezpieczone jest sreberkiem. Pojemność jest dość duża, w końcu można znaleźć 200ml masła do ciała, a tego używamy do włosów. Zapach jest przyjemny, jak dla mnie lekko kwaśny, ale jakby owocowy; czuć trochę ten alkoholowy smrodek, jak przy wielu kosmetykach Alverde. Konsystencja kosmetyku jest gęsta i zbita, przypomina masło do ciała lub gęsty krem do stóp. Uważam, że ta konsystencja jest zbyt tępa, by nakładać ten produkt na suche włosy - po jakimś czasie wysycha i tworzy z włosów wysuszone, oblepione strąki. Rozumiem, że nie każdy musi lubić oleje do włosów, ale gdyby to masełko miało formę bardziej tłustej maści, myślę, że lepiej by się sprawdzało.

I tutaj konsystencja wiąże się z czasem trzymania produktu na włosach. Nie można go trzymać długo, bo jak napisałam - masło zasycha. Ja nie nakładam go na suche włosy, bo to nie ma sensu, najczęściej wcieram je w końcówki, które są już naolejowane. Nigdy nie używałam tego masła po umyciu włosów, bo wolę inny typ masek, to masło wydaje mi się za ciężkie.


Prawdę mówiąc, masełko mnie nie powaliło. Końcówki po nim i po oleju są fajne; nie zauważyłam, by były obciążone, natomiast ta konsystencja mi nie leży i nie lubię sięgać po ten produkt. Starczy mi pewnie jeszcze na długo, bo wydajność ma naprawdę dobrą, ale potem o nim zapomnę i już nie wrócę do tego kosmetyku. Miałyście ten produkt i zgadzacie się z moją opinią? A może u Was to masełko się sprawdziło? :)

Cena: 3,45€      Pojemność: 200ml      Dostępność: DM, drogerie internetowe

27 lutego 2014

Alverde: pianka do mycia twarzy 3w1 - i pompka, która żyje własnym życiem


Pianki Alverde używam zaledwie od dwóch tygodni, ale już chciałam wyrazić na jej temat opinię. W sumie niedługo mi się skończy, więc nie ma co czekać na cud, bo opinii raczej nie zmienię. Ogólnie Alverde uwielbiam, jest moją ulubioną marką drogeryjną, ale niestety ta pianka im nie wyszła...

Piankę kupiłam bodajże 13 lutego, dzisiaj mijają 2 tygodnie od kiedy ją stosuję. Obecnie nie mam już połowy opakowania. Wydaje mi się, że wydajność nie byłaby taka zła gdyby nie... pompka (nie jestem pierwszą osobą, której ta pompka siadła - ona po prostu jest wadliwa). Pompka, z którą przygód co niemiara. Zepsuła się już na drugi lub trzeci dzień, kiedy użyłam jej dosłownie 2 razy. Płyn zaczął lecieć z luki dookoła pompki, a nie z dzióbka. Myślałam nawet, żeby zareklamować ten kosmetyk, ale okazało się, że butelkę można odkręcić,więc uznałam, że jakoś to będzie.

I jakoś to było. Wróciłam do Wrocławia i nadal używałam kosmetyku w tej formie. Pianka (tak, bo jednak była lekko spieniona, chociaż rzadka) leciała tym wylotem dookoła pompki, ale dało się tym myć. Szkoda, że przy okazji traciłam drugi raz tyle produktu, który gdzieś wyciekał i ginął w odpływie. Po kilku dniach znów dokonała się rewolucja. Pianka znów zaczęła wypływać przez dzióbek, lecz teraz trzeba bardzo mocno naciskać pompkę, by wypluła produkt. I oczywiście nie jest on bardzo puszysty, tylko wciąż lekko spieniony. Dobrze jest jak jest. Mam nadzieję, że zostanie tak do końca. Do końca, czyli przez około 2 tygodnie, bo taką wydajność obstawiam. 150ml w miesiąc... przy niecodziennym stosowaniu. Słabo.


Ok, zamykam temat pompki. Pora omówić wszystko inne. Opakowanie jest ładne, przykuwające wzrok i poręczne. Zapach pianki jest całkiem przyjemny - jak dla mnie pachnie jabłkiem i limetką, jak nas zapewnia producent, jednak też dość mocno czuć alkohol, co przywodzi na myśl drinka. Nawet słabo spieniony przez pompkę produkt bardzo ładnie pieni się na twarzy po wykonaniu kilku kolistych ruchów. Dobrze radzi sobie z zanieczyszczeniami, zmywa także makijaż, czym jestem pozytywnie zaskoczona. Ma jednak też sporą wadę - bardzo ściąga po umyciu twarzy i od razu muszę lecieć po tonik nawilżający i krem/olejek, by zniwelować to nieprzyjemne uczucie. Możliwe, że to sprawka alkoholu (u Alverde i Alterry to składnik konserwujący), jednak ja go nie obwiniam, bo miałam sporo produktów z alkoholem do twarzy i nie ściągały one skóry tak bardzo.

Niestety do pianki Alverde już nie wrócę. Nie chcę ryzykować powtórką z rozrywki jeśli chodzi o pompkę, a i działanie nie do końca mi odpowiada. Jednak do Alverde się nie zrażam - mają masę świetnych produktów, szkoda, że ta pianka do nich nie należy.

Cena: 2,95€      Pojemność: 150ml      Dostępność: drogerie DM, drogerie internetowe

16 stycznia 2014

Alverde: masło do ciała Honigmelone


Mimo że markę Alverde uwielbiam, z ich masłem do ciała spotkałam się pierwszy raz. Trafiło do mnie dzięki Megilounge, która wysłała mi je w zamian za próbki perfum, które miałam, a którymi była zainteresowana. Masło posłusznie leżało u mnie w szafie przez kilka miesięcy, aż w końcu zaczęłam go używać. Od razu przypadło mi do gustu i mogę śmiało powiedzieć, że jest jednym z fajniejszych produktów do nawilżania ciała, z jakimi miałam do czynienia.

Z góry mówię, że nie wiem, czy to masło jest nadal dostępne, bo otrzymałam je latem, a wieczko zdobi napis 'limited edition'. Produkt znajduje się w typowym zakręcanym opakowaniu o pojemności 200ml. W środku znajdujemy dość gęstą, białą maź, której zapach przypomina jakiś owoc, może mango? Nie jest to do końca melon miodowy, jak wskazuje nam producent. Aromat zmienia się wraz z nałożeniem kosmetyku na skórę - wtedy czuję coś w rodzaju anyżu, a nie jest to zapach przyjemny dla każdego. Mi nie przeszkadza, lubię anyż, poza tym woń nie jest intensywna, raczej nie czuję tego zapachu na sobie.
   

Konsystencja masła Alverde jest chyba jedną z najbardziej masełkowatych, z jakimi się spotkałam. Jak widać po zdjęciu, odcisk paluchów zostaje i nie wraca na swoje miejsce. Bardzo lubię korzystać z takich kosmetyków jesienią i zimą.

Produkt jest kremowy, dobrze się go rozprowadza, chociaż lubi zostawiać 'białe smugi', które po chwili się wchłaniają. Używam go tylko na noc, ponieważ rano się nie smaruję. Nie zauważyłam, by po aplikacji skóra była tłusta czy lepka - po prostu produkt nie należy do najlżejszych i potrzebuje chwili na wchłonięcie. Skóra po jego zastosowaniu jest nawilżona, czuć gładkość i miękkość. U mnie nawilżenie utrzymuje się do wieczora następnego dnia, jednak zaznaczam, że nie mam problemów ze suchą skórą.


Muszę przyznać, że skład też jest niezły, zresztą jak to Alverde. Mimo obecności alkoholu w składzie, nie zauważyłam, by kosmetyk wypływał negatywnie na moje ciało. Jestem pozytywnie zaskoczona przyjemną i gęstą konsystencją. Masło do ciała marki Alverde bardzo przypadło m do gustu - chętnie sięgnę po nie (lub inny wariant zapachowy o podobnym składzie) ponownie. Przy następnej wizycie w DM (prawdopodobnie jakoś na wiosnę), jego kolega na pewno wyląduje u mnie w koszyku.

Cena: ok. 20zł / 3€     Pojemność: 200ml      Dostępność: DM, polskie drogerie internetowe

1 grudnia 2012

Na co warto zwrócić uwagę będąc w niemieckim DM? - kolorówka

Już dawno nie byłam w Niemczech (ostatni raz na początku sierpnia), mam nadzieję, że niedługo uda mi się tam wybrać i zrobić zakupy w DM, bo nadal zostało po 25€ po ostatniej wycieczce. Chciałabym zrobić Wam subiektywny wykaz, na co warto zwrócić uwagę, jeśli już znajdziecie się w drogerii DM. Oczywiście każda z nas ma inny gust, ale być może niektóre z Was delikatnie nakieruję ;)

Rzecz jasna, warto spojrzeć też na edycje limitowane z firm, których produkt można dostać i u nas (np. Essence i Catrice). To, co Wam tutaj prezentuję to tylko namiastka tego, co znajduje się w szafach tych firm. Pokażę Wam to, co ja mam i z czego jestem zadowolona, a z czego nie.

Szafa p2

- pomadki Pure Color lipstick / 1,95€
Moją faworytką jest 114 - uwielbiam ten kolor i jak mi się skończy, to prawdopodobnie kupię tę samą szminkę lub innej firmy o podobnym kolorze. Ta szminka jest bardzo kremowa, świetnie sunie po ustach, nie podkreśla suchych skórek. Miałam ją w makijażu w tym poście, możecie zobaczyć, jak wygląda.

Odcienie nude, czyli 010 i 112 oddałam mamie, ponieważ już w takich nie chodzę - po prostu nie lubię. Ogólnie są w porządku, chociaż nie utrzymują się jakoś super długo (jasne kolory to do siebie mają, zwłaszcza na moich ustach). Kolor 059 jest cudowny - śliczny koral. Niestety, wygląda dobrze jedynie nałożony pędzelkiem i najlepiej wykończony błyszczykiem, bo sam w sobie się waży i nie wygląda zbyt atrakcyjnie. Ciekawi jak wygląda na ustach? Możecie zobaczyć w tym poście.


- lakiery do paznokci / 1,55€
Bardzo fajna kolorystyka do wyboru. Same lakiery są dość gęste, ładnie kryją. Są dwie serie: Color Victim (8ml) oraz last forever (10ml). Jest niewielka różnica w cenie. CV kosztują 1,55€, LF coś pod 2€.


- podkłady / bazy pod makijaż
Oczywiście nie próbowałam wszystkiego, co znajduje się w szafie p2. Dzięki Patrycji (Kolorowy-Pieprz) miałam możliwość wypróbowania podkładu ProfiTime! oraz zielonej bazy Anti-Red Base. Podkład jest naprawdę mocno kryjący, myślę, że sprawdzi się na jesień i zimę. Dla mnie 010 jest za ciemny, więc mieszam go z czymś jaśniejszym i spisuje się naprawdę dobrze.

Bazy niwelującej zaczerwienienia użyłam tylko kilka razy - po prostu o niej zapominam. Rano chcę się jak najszybciej pomalować, a ona jest w szufladce, z której korzystam rzadko. Niemniej jednak, produkt jest ok, jest dość gęsty, nieco nam przykryje czerwone miejsca. Cudów bym się nie spodziewała, ale jak ktoś ma okazję, to może przetestować ;)



Szafa Alverde (kolorówka)

Naprawdę lubię tę szafę, chociaż mam z niej tylko kilka produktów. Muszę jednak napisać, że się u mnie sprawdziły. Cienie dostałam od cioci, pisałam o nich w postach o cieniach (odsyłam: pojedyncze/paletki). Quatro jest świetne, dobrze napigmentowane, bardzo dobrze się pracuje tymi cieniami. Pojedynczy jest dość twardy i tępy, absolutnie nie pyli, ale też trudno nabrać go na pędzel. Ma śliczny kolor - fioletowo-złoty i po kilku próbach, da się nim fajnie pracować.

Szminka (53 Cherry) jest jedną z moich ulubionych. Ma ciekawy kolor (nie jest to typowa czerwień, tylko bardziej wiśniowy odcień), wykończenie jest jakby satynowe. Kosztowała 3,45€.


Mam też puder Alverde (kompaktowy), trzymam go jednak u chłopaka. Niestety, on mi za bardzo nie przypadł do gustu - po prostu nie współgra z moją cerą. Mimo że nie mam wielkiej tendencji do świecenia, to on ją wzmaga i bardzo szybko zaczynam się po nim błyszczeć. Poza tym, bardzo szybko tworzy się na nim skorupka z sebum i trzeba ją zdrapywać, by móc używać produktu.


Ebelin

Ebelin oferuje nam akcesoria i przybory. Mam na myśli waciki, zmywacze, pędzle itp. Z tej marki mam tylko pędzel i zmywacz do paznokci. Obie rzeczy sobie chwalę.

Pędzel do różu, z serii profesjonalnej (z białą rączką); jest też inna, tańsza (podejrzewam, że gorsza). Pędzel nie był super tani, kosztował koło 4€. Nie żałuję zakupu, bo jest bardzo dobry! Do różu nadaje się idealnie, chociaż trzeba się do niego przyzwyczaić.

Zmywacz do paznokci kupiłam za 0,99€. Nie miałam wcześniej zmywacza z pompką, więc się skusiłam. Jest naprawdę dobry, ładnie zmywa lakier. Nie mogę na niego narzekać. Wiem, że dostępne są także zmywacze w płatkach i podobno też są bardzo dobre. Można się rozejrzeć ;)


Miałyście coś z tych rzeczy? A może coś zupełnie innego, co można kupić w DM z kolorówki? Chętnie się dowiem, także piszcie! Z jakiś czas przygotuję taki post o kosmetykach do pielęgnacji ciała :)

30 września 2012

Peelingi w tubce, czyli: Balea, Alverde, Paloma i Alterra


W związku z moimi planami, by napisać kilka notek na temat peelingów, które mam (a trochę ich mam), dzisiaj przychodzę z kolejną. Tym razem przedstawię Wam peelingi w tubkach, które z reguły są delikatniejsze od tych w słoiczkach. Produkty, które Wam tu przedstawię na pewno nie należą do drogich.

  • BALEA, Duschpeeling, Buttermilk & Lemon (Maślanka & Cytryna)

Peeling Balea kupił mi mój chłopak, kiedy byliśmy razem w Berlinie. Chciałam wypróbować w końcu coś z niemieckiej półki, jeżeli chodzi o kategorię peelingów. W tubce dostajemy 200ml produktu za 1,45€ (ok. 6zł). Zapach jest przyjemny, słodki, ale cytrusowy - z opakowania wiemy, że jest to maślanka z cytryną. Ładne połączenie.

Konsystencja nie jest ani rzadka, ani gęsta - taka jaka powinna być w peelingu w tubce.

Działanie oceniam pozytywnie. Może nie jest to najmocniejszy zdzierak, ale jeżeli zastosujemy go na sucho na pewno nie będziemy narzekać na zerowe działanie. Dzięki niemu pozbywamy się martwego naskórka, a przy odrobinie wody możemy się umyć, ponieważ peeling pieni się. Produkt na pewno nie jest z gatunku naturalnych i naturalno-podobnych. Ma w sobie m.in. SLES.

Polubiłam się z tym kosmetykiem, przede wszystkim za przyjemny zapach i odpowiadające mi działanie. Chętnie wypróbuję inne peelingi Balea, jeżeli będę mieć okazję i o ile w ogóle są dostępne w regularnej ofercie (ten jest z edycji limitowanej, które w Niemczech są dość obfite).

  • Alverde, Dusch-peeling, Kokosraspeln & Lotusblüte (Orzech kokosa & Kwiat lotosu)

Alverde nabyłam podczas tego samego pobytu w DM. Tym razem za 150ml płacimy 1,95€. Stosunek ceny do pojemności jest gorszy, ale trzeba wziąć pod uwagę, że skład jest lepszy. Od razu widać w nim naturalne składniki takie jak: cząstki kokosa, ekstrakt z kokosa i ekstrakt z lotosu. Widać wręcz gołym okiem, zwłaszcza to pierwsze ;)

Zapach nie jest najprzyjemniejszy. Niestety mamy w składzie też alkohol i czuję go dość wyraźnie. Działanie produktu Alverde jest delikatniejsze od Balea - duże cząstki kokosowe nie dają nam za dużo, jednak mamy w nim też zatopione, mniej widoczne, ostrzejsze drobinki, i to one odwalają większość zdzierającej roboty.

Nie mogę powiedzieć, że nie lubię tego peelingu, jednak zapach mi nie odpowiada. Działanie jest dobre, jeżeli mam ochotę na delikatniejszy, mniej inwazyjny masaż. Przy następnej okazji skuszę się na inny peeling Alverde i zobaczę, czy mocno się różni.


  • Paloma, peeling myjący do ciała wygładzająco-ujędrniający Tropical Fruits

Peeling Paloma jest taki niepozorny - stoi sobie spokojnie w 200ml tubce, można go kupić za ok. 13zł (np. w ZapachPerfum), a zdziera naprawdę nieźle (na sucho). Drobinki są małe i ostre, naprawdę zdziwiłam się jego działaniem. Wygładza bardzo ładnie, myślę, że mógłby w jakiś sposób też ujędrnić skórę jako wspomagacz przy diecie/ćwiczeniach.

Zapachem mnie nie urzekł, pachnie bardzo podobnie do żelu Palmolive Thermal SPA Mineral Massage. Nie przepadam za takimi mydlanymi zapachami, niestety nie wyczuwam w nim nic tropikalnego. W składzie widzę: ekstrakt z liści Ginkgo Biloba, ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej i ekstrakt z nasion guarany... szkoda, że za Parfum, a nie przed.

Ten produkt zaskoczył mnie mocnym zdzieraniem, używam go z przyjemnością, pomimo zapachu, który nie trafił w mój gust. Peeling jest także myjący, więc się pieni. Z serii peelingów myjących Paloma możemy dostać też wersję o zapachu Macadamia.

  • Alterra, Körperpeeling, Cranberry & Feige (Żurawina & Figa)

Peelingu Alterra chciałam koniecznie wypróbować - niektóre dziewczyny była z niego zadowolone, inne wręcz go znienawidziły. Kupiłam go jakiś czas temu, kiedy był na promocji za 6,99zł (obecnie też jest). W tubce mamy 200ml produktu.

Zapach peelingu jest przyjemny - słodki, owocowy, jednak w nim też wyczuwam sporą ilość alkoholu. Peeling ten nie jest mocny, jest wręcz delikatny. Na pewno nada się do skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Drobinki nie są liczne i nie są ostre. W sumie trudno nazwać ten produkt peelingiem, jest raczej rzadkim żelem z drobinkami. Szkoda, bo w sumie mógłby być gęstszy i bardziej naładowany zdzierającymi cząsteczkami.

Mimo wszystko dosyć go polubiłam - jest miłą odskocznią od mocnych i średnich peelingów, na które nie zawsze mam ochotę. Nie kupiłabym go bez promocji, ale za 7zł nie żałuję. Lubię testować peelingi, niekoniecznie te mocniej ścierające martwy naskórek.


Standardowo pokażę konsystencję:

Już wcześniej wspominałam, że mam w szafce sporo peelingów. Lubię jak się między sobą różnią, nie chciałabym, żeby każdy z nich był mocnym zdzierakiem, także proszę o wyrozumiałość nawet jeśli podoba mi się słaby w działaniu peeling. Serdecznie pozdrawiam tych, którzy przeczytali całą notkę ;)
 

22 września 2012

Obecna pielęgnacja włosów, czyli oleje w akcji!

Chciałabym Wam napisać co nieco o mojej pielęgnacji włosów. Przede wszystkim stawiam na olejowanie - uwielbiam ten zabieg, wykonuję go, w miarę możliwości, przed każdym myciem (myję włosy co 2-3 dni), jak mam mniej czas to staram się nałożyć olej chociaż na 2-3 godziny. Obecnie posiadam 7 olejków przeznaczonych mniej lub bardziej do włosów. Zmywam je delikatnymi szamponami, a od czas do czasu użyję jakiegoś mniej fajnego szamponu, by oczyścić włosy. O produktach więcej dowiecie się czytając tę notkę:

 OLEJE:
  • Ban Lab, Sesa, wersja egzotyczna - lubię ten produkt, sprawdza się u mnie, jednak nie jest super wydajny, wystarczy mi jeszcze na maksymalnie 2 aplikacje. Więcej tutaj.
  • Cien med, oliwka do masażu - ma całkiem przyjemny skład, więc kupiłam ją, by stosować na włosy. Kosztowała mnie aż 3,99zł! Mam ją właśnie na włosach pierwszy raz.
  • Alverde, olejek paczula&czarna porzeczka - bardzo przyjemnie pachnie, trochę owocowo, trochę miętowo. Na pewno przyjemniej się go używa ze względu na pompkę.
  • Alterra, olejek migdał&papaja - ładnie pachnie, lubię go używać. Mam nadzieję, że te olejki szybko wrócą do naszych Rossmannów.
  • Khadi, olejek hibiskusowy do twarzy i ciała - ja go używam na włosy, ma bardzo dobry skład, więc nie ma co zaszkodzić. Jest wydajny, opakowanie 210ml i na samą twarz wystarczyły trzem osobom :P. Kosztuje 59zł, jednak warto wydać, bo starczy spokojnie na rok (tyle ma ważności, a powinien mieć więcej, moim zdaniem). Nie pachnie hibiskusem, raczej sezamem, zapach orientalny, palony.
  • Khadi, olejek stymulujący porost włosów - użyłam go dopiero kilka razy, jednak myślę, że będzie działał podobnie do hibiskusowego. Ma dziwny zapach, jakby ktoś rozsypał różne przyprawy, ale mi nie przeszkadza. Olejki Khadi można kupić w sklepie Helfy.
  • Babydream, oliwka pielęgnująca - nie używałam za bardzo, bo dopiero kupiłam ;)

SZAMPONY:
  • Alverde, szampon dodający objętości - bardzo go polubiłam, ładnie pachnie - jakby cytrusowo. Nie przyczynia się do mocnego plątania włosów, dobrze się pieni (ma Ammonium Lauryl Sulfate w składzie). Myślę, że kupię go ponownie, jak mi się skończy.
  • Babydream, szampon dla dzieci - ten produkt też polubiłam, mimo że włosy po nim są bardzo oczyszczone, wręcz trzeszczące i poplątane.
  • Facelle, płyn do higieny intymnej - też go lubię, jak wiele z Was kupiłam go do mycia włosów. Świetnie się do tego nadaje, jest łagodny, nawilżająco działa na skalp. Świetnie sprawdza się też w swojej programowej roli, jest bardzo delikatny.

ODŻYWKI:
  • Balea, mleczko bez spłukiwania - ostatnio pisałam o nim tutaj.
  • Joanna, balsam do włosów bez spłukiwania - o nim też pisałam w tej notce.
  • Alterra, odżywka nadająca połysk - sławna odżywka z tej firmy, która konsystencją przypomina raczej maskę. Fajnie działa, przyjemnie pachnie, mam jej jeszcze dużo, bo oszczędzam. Mam nadzieję, że wróci na półki.
  • Elisse, odżywka do włosów farbowanych - tania odżywka z Biedronki (5zł), jest dobra do szybkiego nałożenia, by tylko wygładzić włosy po plączącym szamponie.
  • Farmona, Jantar, wcierka do włosów - przelałam Jantara do opakowania po odżywce w sprayu - tak łatwiej się go aplikuje. Lubię ten kosmetyk, włosy mi trochę szybciej rosną i pojawiło się trochę baby hair. Kupuję go w Jasmin (we Wrocławiu, w Feniksie) za niecałe 11zł.

MASKI:
  • Alverde, maska z aloe vera i hibiskisem - Na początku mnie nie powaliła... Po dzisiejszej aplikacji jestem bardziej zadowolona.. podcięłam trochę włosy i możę na tamtych suchych, zmaltretowanych nie miała się jak wykazać? ;) Bardzo ładnie pachnie. Pojemność to tylko 100ml.
  • Joanna, maseczka jajeczna - jeden z moich ulubieńców, opisywana tutaj.
  • BingoSpa, maska z masłem shea i pięcioma algami - Niestety nie powaliła mnie... ale mam jej jeszcze dużo, może moje zdanie się zmieni. Ma ładny zapach i przyjemną konsystencję. Można ją kupić za ok. 8zł w niektórych hipermarketach Tesco.

A jak wygląda Wasza pielęgnacja włosów? Używacie olejków? A może wolicie maski? :)

27 sierpnia 2012

Moja (bardziej naturalna) pielęgnacja twarzy

Jakiś czas temu postanowiłam zmienić nieco moją pielęgnację twarzy, zechciałam używać bardziej naturalnych produktów. Przy okazji nie chcę stosować wielu kosmetyków na raz, bo może warto postawić na minimalizm.


Makijaż oczu zmywam dwufazówkami - Essence lub Bielenda. Natomiast twarz myję żelem BeBeauty z Biedronki (nienaturalne, ale chcę go wykończyć zanim kupię coś myjącego z Alterry lub Alverde) lub naturalnym mydłem krymskim (Ukraina-Shop). Oba produkty bardzo fajnie się u mnie sprawdzają. Żel dobrze zmywa twarz, skóra po nim nie jest ściągnięta, a mydło działa trochę inaczej i skóra jest nieco ściągnięta i napięta. Oba dobrze oczyszczają. Czasami używam też peelingu enzymatycznego (Ziaja ulga), jednak często o nim zapominam.


Po umyciu skóry twarzy, pora na krem. Pod oczy wędruje AA 30+. Co prawda brakuje mi trochę lat do tej granicy, jednak ten krem nie jest przeciwzmarszczkowy, tylko nawilżająco-wygładzający. Dobrze się u mnie sprawdza, jednak myślę, że nie kupię go ponownie, bo po prostu chce się przerzucić na bardziej naturalną pielęgnację.


Na resztę twarzy nakładam jeden z moich najnowszych nabytków - krem na dzień Alverde do skóry suchej, z dziką różą. Kosztował poniżej 4€, a jest naprawdę fajny. Po pierwsze - ślicznie pachnie różą; po drugie - optymalnie nawilża; po trzecie - bardzo dobrze się rozprowadza i nie zapycha. Poza tym wydaje mi się, że ten krem mi służy... Nie wspominając o tym, że ma całkiem ciekawy skład:

Aqua (woda), Glycerin (humektant), Helianthus Annuus Seed Oil (olej z nasion słonecznika), Rosa Canina Fruit Oil (olej z owoców dzikiej róży) Hydrogenated Coco-Glycerides (emolient), Cetearyl Alcohol (substancja konsystencjotwórcza), Alcohol, Simmondsia Chinensis Seed Oil (olej jojoba), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej ze słodkich migdałów), Caprylic/Capric Triglyceride (emolient), Glyceryl Stearate (emulgator), Saccharide Isomerate, Sodium Hyaluronate (humektant), Helianthus Annuus Seed Oil (olej z nasion słonecznika), Sodium Stearoyl Glutamate (emulgator), Cetearyl Glucoside (emulgator), Glyceryl Caprylate (emulgator), Xanthan Gum (zagęstnik), Tocopherol (witamina E), Levulinic Acid (kwas lewulinowy), p-Anisic Acid, Phytic Acid (antyoksydant; rozjaśnia przebarwienia), Sodium Levulinate (lewulinian sodu), Sodium Citrate (cytrynian sodu), Lavandula Angustifolia Oil (olejek lawendowy), Citronellol, Linalool, Geraniol, Parfum.


Na noc używam olejku hibiskusowego Khadi, który przeznaczony jest właśnie do twarzy. Miałam obawy, że będzie mnie zapychał lub po prostu nie będzie mi służył, ale okazało się, że sprawdza się naprawdę świetnie! Ładnie nawilża, nie powoduje pojawiania się wyprysków, jest super wydajny (potrzebuję kropli o średnicy 1cm na całą twarz). Z minusów to to, że jest tłusty i uczucie na twarzy nie jest zbyt przyjemne, jednak nałożony w małej ilości wchłania się błyskawicznie. No i niefajna dla portfela cena: prawie 60zł. Można go dostać w sklepie Helfy.


Co zauważyłam używając tych produktów? Skóra wygląda lepiej, mam mniej wyprysków, rzadziej coś mi wyskakuje. Poza tym twarz jest nawilżona i napięta. Przy następnej wizycie w Niemczech kupię więcej produktów Alverde, bo naprawdę je lubię - są tanie, dobre i naturalne.

16 lipca 2012

Moja kolekcja cieni do powiek cz. II, czyli cienie pojedyncze

Przyszła pora na drugą część postu, czyli cienie pojedyncze. Nie mam ich dużo, bo raczej takich nie kupuję. Kupiłam z nich tylko jeden, reszta wpadła w moje ręce przez przypadek/współpracę/podarunek.

Alverde, 20 Plum - ten cień również dostałam od cioci. Ma bardzo ładny odcień - jest to śliwkowy fiolet mieniący się na złoto. Niestety pigmentacja jest bardzo średnia i żeby nałożyć ten cień w widoczny sposób trzeba go sporo użyć. Poza tym nie można otrzepywać pędzelka z nadmiaru, bo po prostu nic na nim nie zostanie. Niemniej jednak, cień nie osypuje się i tym się ratuje. Jego cena to chyba 2,49€.


Cienie Miyo - bardzo dobrze znane cienie, zwłaszcza w bloggerskim świecie. Wszystkie mają bardzo fajną pigmentację, jednak różnią się znacznie między sobą. Cienie matowe (Vanilla, Toxic) dosyć mocno pylą i są suche. Pierwszy z nich, mimo że wydaje się cielisto-beżowy, tak naprawdę ma w sobie sporo szarego tonu, który średnio mi odpowiada. Gold dust jest bardziej mokry, jednak jego konsystencja nie za bardzo mi pasuje - o wiele lepiej się go nakłada (i przy okazji on lepiej wygląda) na mokro. Poza tym, mimo że jest perłowy, to ma jeszcze większe drobinki, które wyglądają średnio na oku. Cień Happy Suzy jest już zupełnie inny - ma twardą, jednak dosyć mokrą konsystencję. Dobrze nakłada się go palcem, bo na pędzlu niewiele z niego zostaje. Cienie Miyo są ok, ale nie powaliły mnie na kolana. Cena jednej sztuki to jakieś 5-6zł.


My Secret, Pearl Touch, 107 - czyli ta sama rodzinka cieni co Miyo, ale z tego jestem bardziej zadowolona. Dostałam go w ramach wymiany. Pigmentacja jest w porządku, dobrze się go nakłada. Mimo że z nazwy jest perłowy, to w rzeczywistości daje bardziej satynowy efekt. Odcień fioletu jest też bardzo ładny, pasuje do mojej tęczówki. Poza tym jest tani, kosztuje ok. 5zł.


Essence, 16 Go glam - ten cień też dostałam poprzez wymianę. Jest to ładny liliowy odcień fioletu. Pigmentacja jest w porządku, cień dobrze się nakłada. Daje na powiece ładny, liliowy kolor, dodatkowo ją rozświetlając. Tworzy ciekawe połączenie z cieniem My Secret pokazanym piętro wyżej. Ja jestem z niego zadowolona. Cena to bodajże 6,99zł.


Cienie Manhattan, 95R Mat Maroon / 95W - posiadam dwa, w bardzo podobnych odcieniach. Oba dostałam od cioci. Pierwszy z nich jest matowy, drugi - z drobinkami. Szczerze mówiąc, różnica w odcieniu jest nikła... W każdym razie, średnio lubię te cienie. Matowego czasami użyję nad powiekę ruchomą, przy neutralnych makijażach. Sprawdza się w porządku, ale fanką cieni Manhattan z pewnością nie zostanę. Tym bardziej, że - z tego, co wiem - cena nie jest niska.


Mon Ami, nr 2 - nic o nim pisać nie będę, ponieważ jego recenzja znajduje się tutaj.


Kobo, Golden Rose - to ostatni pojedynczy cień, jaki mam w kolekcji. To właśnie ten kupiłam. Kupując go nie wiedziałam, czy jego kolor mi się przypadkiem nie zdubluje z którymś cieniem z palety OSS. Jednak okazało się, że ma zupełnie inny odcień, niż Sleekowe róże. Jego konsystencja jest dość mokra, aplikacja może sprawiać trochę problemu. Jednakże polubiłam ją, jak i trwałość tego cienia. Przyznam, że zdarzyło mi się nałożyć go raz bez bazy (a zawsze ją aplikuję) i, ku mojemu zdumieniu, nie zebrał się w załamaniu po jednej godzinie, jak to zawsze u mnie bywa. Skubaniec trzymał się dobrze przez jakiś czas, czym bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Poza tym świetnie się mieni na złoty kolor. Kupiłam go w promocji za 8,99zł.



Na tym kończy się kolekcja moich cieni. Lubicie tego typu posty?
Może powinnam zrobić coś podobnego z kolekcją lakierów czy róży? ;)


15 lipca 2012

Moja kolekcja cieni do powiek cz. I, czyli palety i paletki :)

Kolekcja moich cieni nie jest jakaś super duża, ale też nie można ją nazwać małą. Składa się z 11 pojedynczych, jednego trio, dwóch quattro i pięciu palet z 12 cieniami. Uwielbiam malować powieki na różne kolory, jednak nie potrzebuję do tego drogich cieni, ani np. kilku odcieni tego samego koloru, które różnią się między sobą tonem czy dwoma.


Alverde - 37 Chocolate. To quattro dostałam od cioci, która była u swojej córki w Niemczech. Miło, że pomyślała o mnie i przywiozła mały upominek :) Zwłaszcza, że są to cienie Alverde, a sama nie kupiłabym sobie raczej cieni tej marki. Paletka jest bardzo fajna - cienie mają dobrą pigmentację (zwłaszcza brązy), dobrze się aplikują, a wkłady są standardowych kształtów, więc można je przenieść do palety magnetycznej. Najjaśniejszy cień jest świetny do rozjaśnienia przestrzeni między innym cieniem a brwią. Ponadto w klapce jest małe lusterko, co na pewno jest plusem, jeśli ktoś chce nosić cienie w torebce. Jeśli dobrze się orientuję, to cena tej paletki to 4,45€, co daje nam mniej niż 5zł za jeden cień.


Wibo - bez numeru. Te cienie mam już od dawna, jedne z moich pierwszych. Mają bardzo fajną pigmentację, wszystkie są metaliczne. Biały cień jest świetny do kącików. Zieleń i ciemniejszy brąz lubię wykorzystywać w jednym makijażu, ładnie razem wyglądają. Miedzianego nie używam prawie wcale, bo to nie mój kolor. Bardzo możliwe, że tej wersji kolorystycznej już nie ma, bo - jak mówię - moja paletka ma z 3 lata. Jeżeli chodzi o opakowanie, to niestety jest słabe - klapka mi odpadła, a kółko z cieniami odkleiło się w środku. Niemniej jednak, jestem z nich zadowolona. Kosztują koło 11zł.


Hean - 'Delta' 318. Kupiłam je kupę czasu temu, kosztowały wtedy jakieś 7zł. Jak widać, beżowy cień ma największe zużycie, bo wypada na powiece dosyć neutralnie. Na całą powiekę lubię też nałożyć ten jaśniejszy. Brązu używam do dolnej powieki. Pigmentacja cieni jest dosyć dobra, wykończenie - perłowe. Sprawdzają się do delikatnego, dziennego makijażu. Jednak nie kupiłabym ich ponownie, bo obecnie wolę większe palety lub cienie pojedyncze, które można przenieść do palety (której nie mam).



Jak już wspominałam, w mojej kolekcji są też większe palety. Cztery z nich to palety Sleek. Bardzo je lubię, jednak nie zamierzam powiększać swojej kolekcji (no, chyba, że coś w łapę wpadnie w ramach wymiany itp.) ;) Posiadam: Storm, Oh So Special, Curacao i Bad Girl.

Ostatnią paletą, jaką mam Wam do pokazania, jest Sunkissed. Można ją kupić na Allegro lub Paatal. Jej śmieszna cena (jakieś 9zł) skłoniła mnie do zakupu. Poza tym spodobały mi się kolory i fakt, że cienie są małe i, przy ich gramaturze, można je jako tako wykończyć ;) Nie powiem, by pigmentacja była rewelacyjna, jednak do dziennego makijażu bardzo mi odpowiada. Polubiłam się z tymi cieniami z tego względu, iż jasne odcienie ładnie wyglądają na powiece, delikatnie ją rozświetlając, jednak nie są super kryjące. Spodobały mi się też niektóre odcienie brązu, zwłaszcza te zimniejsze. Można je ładnie zaaplikować nad powiekę ruchomą, a przez to, że mają w sobie trochę transparentności nie można sobie zrobić nimi krzywdy. Paletkę polecam wszystkim, szczególnie początkującym. Nie wiem czy osoby obeznane z makijażem byłyby z niej zadowolone z w/w względów ;)

Pod każdy cień używam bazy Hean (na moich powiekach bez bazy prawie nic się nie trzyma dłużej niż 1-2h) i z tego względu jestem zadowolona z prawie każdego cienia ;) Jeżeli macie życzenie, żebym zrobiła makijaż z użyciem którejś z powyższych palet, to proszę o taką informację, a postaram się je zrealizować ;)

29 czerwca 2012

Projekt denko - czerwiec 2012

  • Szampon, Dove - który recenzowałam tutaj. Był ok, ale nic szczególnego, nie kupię ponownie.
  • Szampon i odżywka, Alverde - kupiłam za grosze (chyba za niecałe 1€ sztuka) w Niemczech. Tylko te do włosów czerwonych były przecenione, ale co z tego, że ja mam blond - i tak wzięłam! :P Nie widziałam żadnego wpływu na mój kolor. Lubię te produkty, chociaż używam ich rzadko, ciekawie pachniały... taką naturą, trochę glebą, trochę herbatą. Kupię ponownie, ale inną wersję, blond już kiedyś miałam ;)
  • Syoss, fluid dodający objętości - nie skończyłam go, część po prostu wylałam, bo już daaaawno temu się przeterminował. Produkt do niczego... glutowata, lepka konsystencja, prawie nic nie dawał.
  • CHI, jedwab do włosów - fajny, chroni przed ciepłem urządzeń, ale wolę Biosilk, a obecnie mam Joannę.
  • Bielenda, Kastan, krem do depilacji - bardzo lubię te kremy, nie używam ich na nogi, tylko na okolice bikini i wąsik, i przez to jeden starcza mi na bardzo długo. Do tego są tanie :)
  • Bielenda, Happy end - krem do stóp, według mnie średni, mało zmiękcza, ale ładnie pachnie - tak trochę cytrynowo. Nie kupię ponownie.
  • Garnier, odżywienie, krem z masłem shea - średniak. Nie mogę powiedzieć, że nie robił nic, bo coś tam nawilżał, ale bez szału... Jednak bardzo nie podobał mi się jego zapach - taki ostry. I konsystencja - lejąca.
  • Rival de Loop, Hydro kapsułki - lubię je od czasu do czasu, ale nie używam często.
  • AA, Wrażliwa Natura, krem pod oczy 20+ - fajny, lekki kremik. Dobrze nawilża, może kupię ponownie. Na razie mam inny, też z AA.
  • Lierene, peeling enzymatyczny - średnio go lubiłam, chociaż ma ładny zapach. W sumie po peelingach enzymatycznych średnio co widzę, ale używam, bo może coś jednak dają :P Mam skórę naczynkową, więc staram się unikać mechanicznych peelingów.
  • Biały Jeleń, szampon do włosów - zużyłam go głownie do pędzli, ma śliczny zapach. Nie lubię nim myć głowy, więc nie kupię do tego celu.
  • BeBeauty, Afryka, masło do ciała - uwielbiam! Jak widzieliście mam już kupiony następny. Ładnie nawilża (chociaż ja tego jakoś bardzo nie potrzebuję), bardzo ładnie pachnie (moim zdaniem kadzidłem :P), zapach utrzymuje się na skórze kilka godzin.
  • Biokon, krem do twarzy - był ok, ale bez szału. Zapach śliczny, ale nawilżenie dla mnie trochę za słabe. Recenzja tutaj.
  • Wibo, Your Fantasy, lakier nr 13 - jeden z pierwszych lakierów kupionych 'świadomie', a nie w stylu 'mam 12 lat, kupię sobie lakier'. Zużyłam pół i tak sobie leżał - rozwarstwił się i zgluciał. Ładny kolor, ale ja nie przepadam za czerwieniami na paznokciach, więc rzadko używałam.

A jak tam Wasze denko? :)

11 czerwca 2012

Moje ulubione pomadki :)


  • Golden Rose, Perfect Shine, 240 - wydaje się być ciemna, jednak na ustach wychodzi półtransparentnie. Ogólnie daje kolor, jednak o wiele bledszy niż by się spodziewało. Jest kremowa, bardzo dobrze nakłada się ją na usta. Ma fajne, dosyć małe opakowanie, jednak waga szminki jest standardowa. Cena: koło 9zł.
  • Kobo, Celebrity lips, 306 Heather Obession - mój najnowszy szminkowy nabytek, dorwałam ją w Naturze, kiedy była ich wyprzedaż za 9,99zł. Nie żałuję, chociaż kolor nie jest do końca mój. Kiedy mam ją na ustach, wydaje mi się, że wyglądam trochę demonicznie (co wcale nie jest złe, bo mam dosyć delikatną urodę i lubię sobie dodać trochę charakteru). Szminka jest bardzo dobrze kryjąca, trzyma się przyzwoicie. Ratuje moją dotychczasową opinię na temat Kobo ;)
  • p2, Pure Color, 114 Carrer de Casanova - pokazywałam już ją w recenzji pomadek p2. Ta jest moją ulubioną - swojego czasu nosiłam ją dzień w dzień. Teraz trochę rzadziej, ale nadal chętnie do niej powracam. Uważam, że bardzo dobrze mi w tym kolorze. Cena: 1,95€
  • Alverde, 53 Cherry - mój drugi najnowszy szminkowy nabytek - kupiłam ją ostatnio w Niemczech. Jestem z niej super zadowolona. Jest ona w kolorze wiśniowym, nawet powiedziałabym zgaszono-czerwonym. Bardzo mi się podoba. Wykończenie satynowe. Jak na szminkę ma ciekawą konsystencję - trochę suchą, jednak nie podkreśla suchych skórek. Kosztowała sporo (porównując do p2), jednak jestem bardzo zadowolona. Cena: 3,45€
  • Avon, Ultra Color Rich, Red 2000 - moja ulubiona szminka, jednak nie noszę jej zbyt często. Świetnie utrzymuje się na ustach - bez jedzenia i picia spokojnie kilka dobrych godzin. Pigment wchodzi w usta i długo na nich pozostaje. Na poniższym zdjęciu nie wyszła zbyt dobrze, bo była ostatnią, której robiłam zdjęcie. Poza tym ja nie mam fajnego kształtu ust, więc nie patrzcie tak na to :P


Jak się podobają? Macie faworytkę? ;)
Jaśniejsze pomadki noszę o wiele rzadziej, jednak mogę zrobić z nimi post. Chcecie? :)