17 października 2016

Naturalna farba do włosów Tints of Nature - odcień 8N | Efekty PRZED i PO


Dzisiaj krótki i spontaniczny wpis na temat farby do włosów marki Tints of Nature. Zostałam w pracy poproszona o przetestowanie farby i sprawdzenie, czy jest godna uwagi. W związku z tym, że nie znalazłam zbyt wielu informacji o tych farbach na polskich stronach, postanowiłam, że zrobię wpis o farbowaniu i efektach. Mam nadzieję, że przypadnie Wam on do gustu :)
    
Farba marki Tints of Nature ma posiadać do 60% naturalnych składników. Nie zawiera amoniaku i rezorcyny. Posiada najniższy możliwy poziom zawartości PPD. Ma pokrywać do 100% siwych włosów.

Farba, jakiej używałam posiada oznaczenie 8N Natural Light Blonde. Jest to farba trwała, ale w ofercie marki są też farby pół-trwałe. Nie radziłabym sugerować się obrazkiem kobiety na kartoniku, bo zaraz zobaczycie, że za wiele on nie wnosi. Najlepiej zobaczyć paletę odcieni na wzorniku - KLIK, ja też się tym posługiwałam i efekt wypadł podobnie ;)

W opakowaniu znajdziemy:
  • saszetkę szamponu oczyszczającego, który należy zastosować przed farbowaniem
  • buteleczkę z emulsją rozwijającą (posiada dozownik-dzióbek)
  • buteleczkę z żelem koloryzującym
  • saszetkę szamponu po myciu i saszetkę z odżywką
  • foliowe rękawiczki i coś na wzór czepka

Jak wyglądało moje farbowanie?

Najpierw umyłam włosy szamponem oczyszczającym (dobrze się pienił, zapach miał taki średni). Następnie odsączyłam wodę z włosów za pomocą ręcznika, z którego zrobiłam turban. Wlałam zawartość buteleczki z żelem koloryzującym do butelki z emulsją rozwijającą. Wymieszałam i na wilgotne włosy zaczęłam nakładać farbę.

Farba jest dość dziwna, ponieważ jej konsystencja nie jest kremowa, a żelowa. Trzeba nakładać ją dość szybko i sprawnie, ponieważ farba gęstnieje i staje się coraz bardziej glutowata. Na początku aplikowałam ją na włosy za pomocą tego dzióbka, ale kilka minut później wylałam wszystko na rękę przez gwint i wmasowałam we włosy, ponieważ był to już porządny, gęsty glut.

Aplikacja nie jest jakaś super łatwa. Normalną farbę aplikuje się przyjemniej i nie zmienia ona tak szybko swojej formuły. Jak już wszystko nałożyłam na włosy to starałam się dobrze rozprowadzić farbę na włosach, trochę ją spienić, żeby pokryła jak najwięcej. O dziwo jedno opakowanie farby wystarczyło mi na całe włosy, a moje włosy obecnie są dość długie - mam je prawie do talii.

Jeżeli chodzi o odczucia to były bardzo podobne do standardowej farby. Skóra lekko mrowiła, ale nie było to coś nieprzyjemnego. Po 30 minutach trzymania farby na włosach, spłukałam ją. Umyłam włosy szamponem z zestawu i nałożyłam odżywkę, jednak było jej mało (za mało jak na moje włosy) i dołożyłam trochę swojej.

Następnie wysuszyłam włosy. Po farbowaniu były miękkie i gładkie. Nie zauważyłam przesuszenia. A efekty? Zobaczcie i oceńcie sami/same :)


Powyższe zdjęcia można powiększyć :)

Kolor włosów został wyrównany - odrost został przykryty. Farba nie rozjaśniła włosów (nie oczekiwałam tego, ani nawet się tego nie spodziewałam). Na zdjęciach tego raczej nie widać, ale miejsce, gdzie miałam odrost nadal jest nieco ciemniejsze, ale tak jak mówię, ta farba włosów nie rozjaśnia.

Włosy ładnie się błyszczą. Ich kolor to średni, nieco miodowy blond. Natomiast efekt oczywiście zależy od wyjściowego koloru włosów. Myślę, że farba Tints of Nature w kolorze 8N raczej ociepli odcień włosów blond, wyrówna odrost, ale nie zmieni spektakularnie ich koloru. Powinna nieźle sprawdzić się na włosach siwych.

Wpis był robiony dla osób, które są zainteresowane efektem, jaki daje naturalna farba i dla osób, które szukają jakichkolwiek informacji o farbach Tints of Nature :) Stwierdziłam, że skoro już się farbuję, to warto wstawić to na bloga... a nuż ktoś będzie szukał efektów przed i po ;)

29 września 2016

Jesienny manicure lakierami hybrydowymi Claresa


Jakiś czas temu otrzymałam do przetestowania 2 lakiery hybrydowe marki Claresa. Poza kolorowymi lakierami otrzymałam również bazę, top coat i 2 małe buteleczki z odtłuszczaczem i removerem. W tym wpisie możecie zobaczyć zdjęcia świeżego manicure wykonanego właśnie hybrydami Claresa.

Kolory, na które się zdecydowałam to 609 Purple Lion, czyli ciemny, śliwkowy fiolet idealny na porę jesienną oraz 207 Brown Elephant - beżowo-różowy, bardzo elegancki nudziak. Na zdjęciach widzicie 3 cienkie warstwy lakierów - nałożyłam tyle, by mieć mocniejszy efekt, ale dwie warstwy spokojnie wystarczą.

Powiem szczerze, że gdyby nie ten wpis, to raczej nie połączyłabym tych dwóch kolorów w jeden manicure. Raczej wolę klasyczne paznokcie, czyli wszystkie na jeden kolor, natomiast nie miałam czasu, by pokazać Wam dwa osobne manicure. 

Jeżeli chodzi o pracę z tymi hybrydami, to powiem szczerze, że jestem zadowolona. Lakiery mają odpowiednią konsystencję, nie rozlewają się. Jedynie mogę się przyczepić do tego, że lakier nie chce się trzymać samego koniuszka paznokcia. Krycie koloru 207 jest bardzo dobre, natomiast 609 troszkę prześwituje, szczególnie na tych zdjęciach w słońcu - na żywo zupełnie tego nie widać.

Hybrydy na moich paznokciach bardzo dobrze się trzymały (czyli baza i top coat robią to, co powinny), a ich ściąganie poszło mi nadzwyczaj szybko i sprawnie. Moim zdaniem te hybrydy schodzą o wiele szybciej i łatwiej niż Semilac. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z tych produktów. Cena jednej buteleczki lakieru to 26,99zł / 7ml.

Dajcie znać, czy znacie te hybrydy i jak się one u Was sprawdzają :)
 

22 września 2016

Inspired by UROK IV - czy zawartość mnie zauroczyła? Co znalazło się w pudełku i pierwsze wrażenia.


Witam Was wszystkich gorąco w pierwszym dniu kalendarzowej jesieni :) Już trochę powiało chłodem, noce są zimne, a ja przychodzę pokazać Wam zawartość pudełka Inspired by UROK IV, jeszcze na nieco wiosennym tle :)

Pudełko dostałam jakieś 2 dni temu, ale było tak szaro na dworze, że nie byłam w stanie zrobić fajnych zdjęć. Udało mi się to dzisiaj, więc od razu zapraszam Was na wpis. Oczywiście na zdjęciach zobaczycie, co znalazło się w pudełko, a czytając treść dowiecie się o moich pierwszych wrażeniach, i czy jestem zadowolona z danego produktu. No to zaczynamy!

Pudełko nie jest drogie, ponieważ kosztuje tylko 39zł (bez wysyłki), a dodatkowo można czasami wyhaczyć je taniej w ramach kodów promocyjnych. Muszę przyznać, że zestawy UROK (kolejne edycje pojawiają się co jakiś czas) są naprawdę niezłe i bardzo żałuję, że nie udało mi się dostać poprzedniego zestawu, który mimo że był dość mało, to bardzo mi się spodobał. Ale tutaj nie mowa o tym co było, tylko co jest.

UROK IV to pudełko, w którym znajdziemy 4 kosmetyki i dodatkowy upominek/gadżet, jakim jest szczotka. Dwa kosmetyki są pełnowymiarowe, dwa miniaturowe, dostajemy upominek i sporo próbek.



Dwa pełnowymiarowe kosmetyki to krem do twarzy Mincer oraz żel pod prysznic Strenders.

Jeżeli chodzi o krem, to mam już jeden egzemplarz z ShinyBoxa :) i oddałam go mamie, tylko go sobie wypróbowałam - ma jasno-pomarańczowy kolor i leciutką konsystencję. Szybko się wchłania i myślę, że będzie fajny pod makijaż. Natomiast ja obecnie kremów mam dużo, a i muszę inne kosmetyki dokończyć, zatem zdublowany krem powędrował w innej ręce. Od czasu do czasu ja i moja mama robimy paczkę-niespodziankę koleżance mojej mamy - zawsze jest wzruszona i szczęśliwa, i mam nadzieję, że krem się u niej sprawdzi :)

Żel pod prysznic Strenders dostępny był w dwóch wariantach - żurawinowym lub borówkowym. Ja się cieszę, że trafiłam na borówkę, ponieważ mam już żurawinowy krem do rąk. Żel ma kremową konsystencję i nieco mydlany zapach (nie przypomina mi on borówki). Nieźle się pieni, a zapach utrzymuje się chwilę na ciele.


Dwa pozostałe produkty do szampon + szczotka Schwarzkopf i płyn micelarny Dottore.

Jeżeli chodzi o szampon, to prawdopodobnie zostawię go na jakiś wyjazd - lubię takie małe pojemności i zawsze jadą ze mną w świat. Chociaż nie mam do niego przekonania, ponieważ zawiera sporo silikonów, a ja raczej ich unikam w szamponach. Zobaczymy - może ze mną zostanie, a może nie ;) Natomiast szczotka jest całkiem fajna. Ma niezwykle wygodny do trzymania kształt i jest niewielkich rozmiarów. Z rozczesywaniem radzi sobie nieźle, ale gorzej niż inne tego typu szczotki (np. Ikoo czy Tangle Angel).

Ostatni produkt to płyn micelarny marki Dottore, o której słyszę pierwszy raz. Muszę potwierdzić, że płyn jest rzeczywiście bardzo delikatny i bezzapachowy. Nie podrażnia, nie szczypie, nie zaczerwienia skóry, natomiast obawiam się, czy poradzi sobie z większym makijażem. Na razie testowałam go tylko do przemywania twarzy bez makijażu w ciągu dnia, więc na razie nie wiem, ale pewno za jakiś czas pojawi się w Projekcie Denko na moim kanale YouTube.


W pudełku znalazłam też sporo próbek - peeling Strenders i produkty Pharmaceris. Z tych próbek całkiem się cieszę, ponieważ powiem szczerze, że nigdy nie miałam żadnego kosmetyku Pharmaceris ;) A tak się przekonam, czy jest coś godnego uwagi w ich ofercie.

Z pudełka UROK IV jestem zadowolona. Znalazły się w nim uniwersalne produkty codziennego użytku, które na pewno przydadzą się każdej kobiecie. Jeżeli macie ochotę kupić to pudełko, to nadal jest ono dostępne na stronie Inspired by. Pamiętajcie, żeby wybrać edycję IV, jeżeli chcecie zawartość przedstawioną przeze mnie w tym wpisie :)

Dajcie znać, jak Wam podoba się to pudełko i czy byłybyście zadowolone z zawartości! :)

18 września 2016

Kosmetyki z kolagenem Souvre - czy warto kupić peeling lub masło do ciała?


Od jakiegoś czasu testuję kosmetyki z kolagenem marki Souvre. Mimo że jestem wielka fanką kosmetyków naturalnych, z produktami z kolagenem nie miałam za bardzo styczności, dlatego też postanowiłam wypróbować dwie propozycje od Souvre i przetestować je na własnej skórze.

Zacznę od tego, że dostałam je w ramach współpracy i miałam wybrać sobie dwa produkty. Ja, jak to ja, oczywiście zdecydowałam się na peeling. W szale emocji chyba rozum mnie opuścił, bo nie zauważyłam, że chodzi o peeling do twarzy... Myślałam, że wybrałam kosmetyk do całego ciała. Natomiast jeśli chodzi o drugi produkt, to wybrałam coś, co prawdopodobnie wybrało sporo osób i zaproponowano mi zmianę produktu. Wyszło jakoś tak, że nie zdążyłam odpowiedzieć (chyba byłam na wyjeździe), a paczka już została wysłana. Jak mieć pecha, to na całego :P ;) Tyle słowem wstępu, przejdźmy do recenzji.



KREMOWY PEELING DO TWARZY SOUVRE

Tak jak już wspomniałam, myślałam, że biorę produkt do ciała, a w związku z tym, że mam cerę naczynkową, nie mogę używać peelingów mechanicznych – a ten właśnie taki jest. Ale produkt trzeba było jakoś przetestować, więc czemu nie zrobić tego na pozostałych partiach ciała?

Peelingu używałam przede wszystkim do dekoltu i dłoni. Zdarzyło mi się użyć go do całego ciała, żeby sprawdzić, ja sobie radzi w mniej delikatnych miejscach. Kosmetyk należy do gatunku tych drobnoziarnistych. Drobinki są naprawdę malutkie, porównałabym je do drobnego piasku, i jest ich bardzo dużo. Formuła produktu jest bardzo kremowa, przyjemnie rozprowadza się po skórze, a w połączeniu z wodą tworzy lekkie mleczko pełne maluśkich drobinek.

Substancja ścierna, mimo niewielkich ziarenek, bardzo dobrze radzi sobie ze złuszczaniem martwego naskórka. Nie powiedziałabym, że jest to peeling bardzo ostry, ale nie jest też słaby. Myślę, że osoby używające peelingów mechanicznych, preferujące średni stopień złuszczania powinny być z tego produktu zadowolone. Formuła peelingu nie jest tłusta. Nie zauważyłam, żeby kosmetyk wysuszał skórę, ale również jej nie nawilża. Ciało po jego zastosowaniu jest oczyszczone, aksamitne w dotyku i gładkie.


MASŁO KOKOSOWE DO CIAŁA SOUVRE

Masło do ciała to nie jest raczej produkt, który sama bym wybrała, natomiast jest to typ produktu, którego ostatnio namiętnie używam, bo w ostatnim czasie non stop się czymś smaruję.

Kosmetyk marki Souvre jest dość specyficzny. Zachowuje się trochę jak olej kokosowy, to znaczy, że kiedy jest chłodniej ma konsystencję stałą, a w cieplejsze dni jest niemalże płynny. O dziwo, kosmetyk ten nie zawiera oleju kokosowego ani żadnego ekstraktu z kokosa. Ma tylko kokosowy zapach, który jest dość naturalny. Na szczęście nie śmierdzi ścierką, jak to się często zdarza w przypadku kosmetyków o tej nucie zapachowej. Za to wielki plus!

Masło do ciała Souvre zostało wyprodukowane w dużej mierze na bazie emolientów tłustych i... jest po prostu tłuste. Trzeba bardzo uważać, by nałożyć na ciało minimalną ilość kosmetyku (np. wielkość orzecha nerkowca starczy nam na całą rękę), ponieważ w przeciwnym wypadku ciało będzie zbyt tłuste, a kosmetyk tak łatwo się nie wchłonie. Dzięki tej formule kosmetyk jest niezwykle wydajny, ponieważ na pokrycie całego ciała cieniutką warstwą, trzeba tego masełka naprawdę niewiele.

Nie powiedziałabym, że jest to masło nawilżające - działa bardziej natłuszczająco i ochronnie na skórę. Tworzy na niej warstwę, która jest delikatnie błyszcząca i nie wchłania się od razu. Moim zdaniem jest to produkt dla osób poszukujących natłuszczenia, szczególnie w okresie zimowym. Zapach na ciele nie jest zbyt wyczuwalny, powiedziałabym, że jest bardzo subtelny i niemęczący.



Z kosmetyków Souvre przyjemnie mi się korzysta i fajnie było je wypróbować. Niestety nie zachwyciły mnie na tyle, bym chciała do nich wrócić. Uważam, że produkty, które otrzymałam charakteryzują się dobrą jakością, ale nie są na tyle wybitne, abym chciała je Wam polecać. Z całym asortymentem Souvre możecie zapoznać się na stronie http://souvre.pl/.

Dajcie mi znać w komentarzach, czy znacie tę markę i czy stosowaliście kosmetyki z kolagenem?
Bardzo chętnie się dowiem, co Wy o nich myślicie. 

2 września 2016

Przedłużanie rzęs - jak długo rzęsy wyglądają ładnie, kiedy zaczynają wkurzać i jak samemu je usunąć? Moja opinia po DWÓCH miesiącach noszenia i ściągnięciu.

Robiłam już na blogu wstępny post dotyczący przedłużania rzęs - wtedy byłam świeżo po zabiegu i opisywałam moje pierwsze wrażenie. Natomiast dzisiaj chcę Wam przedstawić moją opinię po 2 miesiącach noszenia, czyli po dwóch aplikacjach rzęs i po ich ściągnięciu.

Zacznijmy od tego, że przedłużałam rzęsy metodą 1:1. Za pierwszym i drugim razem rzęsy wyszły bardzo podobnie i podobnie wypadały. Obawiałam się, że przy drugiej aplikacji rzęs może być mniej, a co za tym idzie - wyjdą rzadsze. Nic takiego się nie stało. Wyszły bardzo podobne, czyli gęste i bujne, wachlarzowate.

Przed zabiegiem przedłużania rzęs oczywiście chciałam przeczytać kilka recenzji i opinii na innych blogach, i często znajdowałam tam informacje, że pierwsza rzęska po przedłużeniu wypada po 10-14 dniach. U mnie tak nie było.

Pewnie jest to tendencją moich rzęs (bo nie będę obwiniać Diany, która zakłada rzęsy już kilka dobrych lat i z jej usług byłam bardzo zadowolona), ale mi pierwsza rzęska wypada już na drugi dzień. Było tak po pierwszym przedłużaniu i po drugim. Kolejne rzęski wypadały dość regularnie, ale w pojedynczych 'egzemplarzach', zatem spokojnie - nie wyłysiejecie od razu ;)

Góra: dwa dni po przedłużaniu || Dół: dwa dni przed ściągnięciem rzęs

Jak długo przedłużane rzęsy wyglądają ładnie?

Rzęsy przez pierwsze 5-10 dni wyglądają na oku cudownie - zachwycają wszystkich dookoła i osobę noszącą. Po 10 dniach jest trochę gorzej, rzęsy nadal są bujne i gęste, ale zaczynają się trochę inaczej układać, wyglądają mniej spektakularnie. Po jakichś 20 dniach nadal jest ładnie, ale ubytki są coraz większe, chociaż rzęsy wciąż wyglądają lepiej od tych naturalnych. W moim przypadku najgorszy okres przypada na 4-5 tydzień noszenia rzęsy, czyli mniej więcej po upływie miesiąca. Wtedy jedno oko wygląda lepiej, drugie znacznie gorzej.

Szczególnie teraz, po drugim przedłużaniu, różnica była wielka. Po 27-28 dniach noszenia moje lewe oko wyglądało masakrycznie - było na nim kilka sterczących w różne kierunki rzęs, kiedy prawe wyglądało naprawdę fajnie i było dość gęste. Niestety różnica była tak duża, że postanowiłam usunąć rzęski, bo prawdę mówiąc już mnie wkurzały w takim stanie.



Jak usunąć przedłużane rzęsy w domu?

Samodzielne usunięcie rzęs w domu jest możliwe, jednak nie jest to tak proste jakby się wydawać mogło. Opiszę Wam, jak ja to zrobiłam. Natarłam rzęsy niewielką ilością oleju i pozostawiłam na chwilę. Następnie zaczęłam podważać przedłużone rzęski palcami i po prostu je odklejać od naturalnych. Nie było to bolesne, ale też nie było do końca komfortowe. Jeżeli oczekujecie, że po posmarowaniu olejem rzęsy same zejdą, to nie, nie zejdą - trzeba im trochę pomóc.

Jeżeli nie chcecie usuwać rzęs tak 'drastyczną metodą' to najlepiej poczekać aż same do końca wypadną. Natomiast jeśli już bardzo Was denerwują i chcecie, żeby samoistnie szybko zniknęły, po prostu często traktujcie je olejami, czymś tłustym, co osłabi klej i sprawi, że rzęsy szybciej odpadną ;)


Kondycja naturalnych rzęs po ściągnięciu przedłużanych

Rzęsy wydają mi się bardzo krótkie i co tu się dziwić, skoro przez dwa miesiące nosiłam bujne, długie rzęsiska. Natomiast ich kondycja (z tego co widzę) jest taka jaka była - nie zauważyłam, żeby rzęs było mniej. Są elastyczne, gęstość i długość mają podobną jak przed zakładaniem; oczy mnie nie bolą.

Natomiast wizualna różnica jest, bo jednak nasze oko zaczyna znów wyglądać nago. U mnie sztuczne rzęsy zmieniały proporcje twarzy - oczy wydawały się większe i przyciągały wzrok. Teraz znów zamiast oczu mam dwie małe kropki ;) Nie będę Wam pokazywać żadnych zdjęć, bo i tak nic nie zobaczycie ;) Niestety moje naturalne rzęsy są mało widoczne i dlatego nie wykluczam ponownego przedłużania rzęs w przyszłości?

Gdzie przedłużyć rzęsy we Wrocławiu?

I ostatnia kwestia. Miejsce, gdzie ja przedłużałam rzęsy. Robiłam to u przesympatycznej i ślicznej Diany (kliknijcie tu, by przenieść się do strony na FB), która wykonuje zabieg przy ulicy Ruskiej, czyli w centrum Wrocławia. Koszt przedłużania metodą 1:1 to 100zł. Sama płaciłam za usługę, więc nie jest to wpis sponsorowany :)