31 lipca 2016

Pazurki: czarno-neonowe z kroplą benzyny | Semilac + NeoNail

Powracam z paznokciami! Dawno Wam ich nie pokazywałam na blogu, bo na Instagramie to co innego - tam wstawiam zdjęcie każdych kolejnych, jakie sobie robię. Zachęcam do obserwacji, jeśli jeszcze niektórzy mnie tam nie odkryli ;)

Tym razem coś nietypowego, bo połączenie czerni z różowo-koralowym neonem i odrobina efektu syrenki. Kupiłam nowy hybrydowy lakier z NeoNail w kolorze czarnym, bo takiego mi brakowało, a miałam wielką ochotę na czarne paznokcie połączone z efektem syrenki. Na dwa paznokcie nałożyłam semilakowy Pink Doll, żeby nie było zbyt ponuro. Dodatkowo w dwa paznokcie - serdeczny i środkowy - wtarłam syrenkę z NeoNail (wersję klasyczną).




Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć produkty, których użyłam. Nie pokazuję bazy, bo obecnie używam takiej zwykłej z Bling, która bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Natomiast chcę kupić coś innego i tutaj prośba i pytanie do Was - jakie bazy polecacie? Chciałabym, żeby nie była z Semilaka (bo już ją mam), no i fajnie by było gdyby współpracowała dobrze z różnymi hybrydami (chodzi głównie o Semilac i NeoNail). Proszę, polećcie coś :)


30 lipca 2016

ShinyBox - lipiec 2016 || BEACH PLEASE, czyli ShinyBoxie, co się z Tobą stało?!


Przyszła pora, żeby pokazać Wam najnowsze pudełko ShinyBox. Dzisiaj będzie bez słodzenia. W sumie wręcz przeciwnie - ponarzekam sobie, mimo że dostaję te pudełka za darmo. Nie jestem zadowolona z zawartości i to nie pierwszy raz, ale do rzeczy.

Lipcowe pudełko ShinyBox nosi nazwę Beach, please! Czy ma coś wspólnego z plażą? No nie. Miało to być pudełko letnie, zatem pewnie wszyscy spodziewali się jakiegoś balsamu po opalaniu, kosmetyku utrwalającego opaleniznę lub coś w ten deseń. Nic takiego w tym boxie nie znajdziemy. Przejdę do prezentacji zawartości, która podzieliłam na 3 sekcje: produkty, które mi się podobają i ich użyję; produkty w stylu jakoś ujdzie i które weźmie sobie Wojtek i rzeczy, z których nie jestem zadowolona, a oczywiście w czyjeś ręce trafia (bo nienawidzę wyrzucać kosmetyków).



Kosmetyki, które mi się podobają i chcę je wypróbować są... tylko dwa. Jest to tusz do rzęs od Pierre Rene i kula kąpielowa Strenders. Trzecia rzecz to kupon rabatowy. 

Nie znam tuszów do rzęs marki Pierre Rene, zatem chętnie wypróbuję jego właściwości, jak już pozbędę się przedłużanych rzęs. Ta marka jakoś mnie nie kusi, mimo że próbowałam kilku produktów z asortymentu. To, że w pudełku znalazł się tusz uważam za plus, bo dawno nie było kolorówki i dobrze, że padło na tusz, bo co jak co, takiego kosmetyku używa niemalże każda kobieta.

Posiadam wannę, zatem jestem zadowolona z obecności kuli do kąpieli. W dodatku pachnie ona intensywnie różą, a ja zapachy różane bardzo lubię. Z chęcią ja przetestuję i muszę powiedzieć, że ten produkt ratuje niejako pudełko.

Podoba mi się też kupon rabatowy. Na pewno z niego skorzystam i kupię sobie coś z Gliss Kura, zapewne wybór padnie na odżywkę bez spłukiwania lub coś w tym stylu.



W drugiej grupie, czyli rzeczach, które przygarnie Wojtek znalazły się 3 produkty: szampon-miniaturka Gliss Kur, dezodorant Rexona i gąbka Strenders

Niestety są to kosmetyki drogeryjne, niczym się nie wyróżniające. Wojtkowi akurat skończył się antyperspirant, więc z chęcią przygarnął ten, tak samo z szamponem, bo na pewno go wykorzysta. Natomiast gąbka to gadżet i jest dodatkowo malutka. Ja nie używam gąbek, jednak Wojtek chce jej spróbować - niechaj bierze.
 


Pora na 3 grupę, czyli kosmetyki, które mi się nie podobają, które się nie przydadzą i trafią w inne ręce. Są to: serum do włosów Radical, pomadka Delia, kostka myjąca Dove i próbka henny.

Kosmetyki ogólnodostępne, tanie. Mydło Dove nie pierwszy raz się tu pojawia, ale chyba nikt nie chce zwykłego, drogeryjnego mydła w pudełku kosmetycznym. Znając moje włosy, serum Radical nie przypadnie mi do gustu. Kolejna rzecz to pomadka z Delii. Nie lubię tej firmy - prawie nic mi się nie sprawdza, a w ShinyBoxie już trochę tych rzeczy było. Na deser zostawiłam próbkę henny do włosów. Nie dość, że opakowanie zawiera tylko 10g produktu i starczyłoby na włosy długości 2cm, to oczywiście kolory wysyłane są losowo... no i jak to henna, ma same ciemne odcienie.


Podsumowując, z pudełka zupełnie nie jestem zadowolona. Zawartość jest słaba, rozczarowująca i gdybym kupiła sama to pudełko to na pewno byłabym wściekła. Drogi ShinyBoxie, co się z Tobą stało?! Kiedyś było to fajne pudełko, wypełnione ciekawymi, często naturalnymi produktami, a od kilku dobrych miesięcy jest bieda. Bywają pudełka lepsze i gorsze, ale lipcowe przeszło samo siebie. Nie wiem czy zmienił się zarząd, czy marketing, ale czemu jest ostatnio tak kiepsko? Chciałabym, żeby te pudełka wyglądały tak jak mniej więcej 2 lata temu. Poznałam dzięki im wiele świetnych marek kosmetycznych, z wielu kosmetyków byłam zadowolona... a teraz? Teraz często zostawiam sobie 1 rzecz, a reszta wędruje w ręce rodziny i znajomych. I chyba to najlepszy komentarz do tego.

Dajcie znać, czy też macie takie wrażenia ;)

21 lipca 2016

Moja aktualna pielęgnacja twarzy - czyli, DLACZEGO NIE MYJĘ TWARZY WODĄ?


Cześć moi kochani! Przychodzę dzisiaj z pierwszym wpisem z serii, której bardzo dawno nie było na moim blogu. Chcę opisać i przedstawić Wam moją aktualną pielęgnację twarzy. Wybrałam same produkty podstawowe, których używam na co dzień i każdy pokrótce opiszę. Od kiedy mam rzęsy 1:1 trochę inaczej traktuję swoją twarz, zatem dowiecie się, jak wygląda mój obecny rytuał pielęgnacyjny i jakie kosmetyki się u mnie sprawdzają. 


Od kiedy mam rzęsy 1:1 rzadko kiedy myję twarz pod bieżącą wod. Dlaczego? Po prostu nie chcę tak często moczyć rzęs. Wydaje mi się, że kiedy namokną i skupiają się w grupki, to stają się trochę obciążone, a wolałabym tego uniknąć. W dodatku zauważyłam, że pielęgnacja bez wody służy mojej cerze.

Przez fakt posiadania przedłużonych rzęs odstawiłam tymczasowo olejki do demakijażu, bo jak wiadomo, nie powinno się używać tłustych produktów, by rzęsy nam się nie odkleiły. Zatem do zmywania makijaży używam obecnie płynu micelarnego z Tołpy, który otrzymałam na Meet Beauty. Dobrze zmywa makijaż, nie podrażnia skóry, jest łagodny, ale nie mogę powiedzieć, żeby był wybitny. Ot taki zwykły płyn micelarny.

Rano, by odświeżyć i oczyścić skórę, najczęściej sięgam po toniki. W tej chwili stosuję naturalny tonik różany EcoPlant. Kosmetyk jest boski - przyjemnie odświeża cerę, absolutnie nie podrażnia, nie powoduje zaczerwienień, przyjemnie pachnie, a w dodatku... delikatnie nawilża. Tak naprawdę, w dni kiedy nie nakładam makijażu często nawet nie stosuję po nim kremu, bo nie mam takiej potrzeby. Jeżeli macie skórę wrażliwą, naczynkową, delikatną, to bardzo polecam się z nim zapoznać.

Niestety oba typy kosmetyków, czyli płyny micelarne i toniki idą u mnie jak przysłowiowa woda. I wcale się nie dziwię, bo w sumie są jej substytutem ;)


I jak wspomniałam wyżej - praktycznie nie myję twarzy wodą, ale oczywiście czasami nachodzi mnie taka ochota (mniej więcej raz w tygodniu), no i wiadomo - skóra potrzebuje dogłębnego oczyszczenia. Wtedy do akcji wkracza żel biosiarczkowy Balneokosmetyki i szczoteczka soniczna Beautyline z Biedronki.

Żel mam już drugi raz i jest w porządku. Nie uważam, żeby działał nadzwyczajnie, ale jest fajny. Nieco więcej rozpiszę się o szczoteczce. Według mnie jest to bardziej gadżet, ale mimo wszystko chciałam spróbować tańszego (i to o wiele) zamiennika Foreo Luny. Szczoteczki używam maksymalnie 2 razy w tygodniu. Po pierwsze dlatego, że daje efekt peelingujący, a ja tego codziennie nie potrzebuję, a po drugie mam skórę naczynkową i częste jej stosowanie nie jest wskazane.

Szczoteczka ma 2 poziomy drgań - mocniejsze i słabsze. Ma wygodny kształt i moim zdaniem dociera wszędzie, gdzie powinna - daje radę np. przy skrzydełkach nosa. Wypustki są dość miękkie, chociaż moim zdaniem mogłyby być jeszcze delikatniejsze ;) Po zastosowaniu szczoteczki skóra jest czysta, bardzo gładka i przyjemna w dotyku. Zwiększenia zaczerwienień nie zaobserwowałam, więc bardzo się cieszę, ponieważ tego się obawiałam.


I ostatni produkt, który należy do mojej podstawowej pielęgnacji, ale sięgam po niego rzadko, to peeling enzymatyczny marki Norel. Używam go rzadko, bo ostatnio nie potrzebuję dodatkowego złuszczania. Jak nie używam ściereczki muślinowej z olejkami, to używam szczoteczki sonicznej... ale kosmetyk Norel zawsze jest w pobliżu, gdybym potrzebowała jeszcze czegoś dodatkowego.

Peeling jest bardzo kremowy i przyjemnie rozsmarowuje się na skórze. Jest dość gęsty, więc nie spływa z twarzy - można spokojnie chodzić z nim przez 10-15 minut. Działa dobrze - w sposób delikatny usuwa martwy naskórek i wygładza powierzchnię skóry. Jest w porządku, ale niestety nie jest aż tak dobry jak peeling enzymatyczny z Organique. Tamten działa o wiele mocniej i jakby dogłębniej, ale ten też jest niczego sobie. Na pewno jest o wiele lepszy niż peelingi enzymatyczne typowo drogeryjne, bo jeszcze nie spotkałam takiego, który by dobrze działał.


Znacie te kosmetyki? Jeżeli tak to napiszcie koniecznie, jak się u Was sprawdzały! :) Kolejna część już za kilka dni, a w niej opiszę Wam, czego używam do nawilżania skóry, czyli będzie głownie o kremach ;)

6 lipca 2016

Bielenda: Make-Up Academie, fluid matujący MATT, odcień 1 naturalny || Jak się sprawdza, jak wygląda na twarzy, czy warto się nim zainteresować?


Jak zapewne wiele z Was, na Meet Beauty otrzymałam podkład marki Bielenda. Na początku nie byłam co do niego przekonana, bo prawdę mówiąc za samą marką nie przepadam, ale uznałam, że ciemniejszy kolor podkładu przyda mi się na lato. Oczywiście z góry założyłam, że odcień nr 1, który otrzymałyśmy nie będzie należał do najjaśniejszych i nie pomyliłam się.

Jednak niedługo później (a dokładniej - na dwa długie majowe weekendy) wyjechałam do Boszkowa, gdzie całkiem nieźle się opaliłam i okazało się, że mało który podkład jest dla mnie odpowiedni kolorystycznie. Wtedy wyciągnęłam z szafki tego gagatka i... okazało się, że to strzał w 10!

Podkładu używam od kilku dobrych tygodni. W sumie mogę powiedzieć, że powoli dobijam dna, bo produkt nie należy do najbardziej wydajnych. Od tego typu kosmetyku oczekuję przede wszystkim niezłego krycia i dobrej trwałości. Czy fluid matujący marki Bielenda przypadł mi do gustu i czy jest to w ogóle coś godnego uwagi?


KOLOR
Odcień podkładu Bielenda MATT jest moim zdaniem bardzo ładny - beżowo-żółty, zdecydowanie dla karnacji ciepłych. Ja jakiś czas temu odkryłam, że jednak jestem 'bardziej żółtym' typem kolorystycznym, zatem mi ten odcień odpowiada. Natomiast jeżeli chodzi o to, czy sprawdzi się u bladziochów - to niestety zupełnie nie. Jest to odcień lekko opalony i myślę, że powinny sięgnąć po niego osoby, które mają naturalnie nieco ciemniejszą karnację (nie są typowymi bladziochami) lub dosyć mocno opalają się w okresie letnim.


KRYCIE
Krycie fluidu jest przyzwoite, powiedziałabym wręcz, że całkiem niezłe. Oczywiście nie można go nazwać pełnym, ale osoby, które lubią krycie średnie w kierunku mocniejszego powinny być zadowolone. Mi takie krycie na porę letnią jak najbardziej odpowiada. Spod podkładu nie przebijają mi zaczerwienienia, a muszę zaznaczyć, że nie nakładam go dużo (mniej więcej taką ilość jak na powyższym zdjęciu).


MATOWIENIE
Mimo że mam skórę tłustą, sięgam po różnego typu podkłady - rozświetlające, matujące, długotrwałe. Bielenda według zapewnień producenta ma być matująca... a czy taka jest? Moim zdaniem nie do końca. Nie ma rozświetlającego wykończenia, ale też nie jest to płaski mat. Powiedziałabym, że to raczej satyna z naturalnym połyskiem. Podkład z Bielendy (jak zresztą każdy inny podkład) odrobinę przypudrowuję, by lepiej się trzymał i nie spływał ze skóry, natomiast nie mogę powiedzieć, że jest to coś bardzo matującego i trzymającego mat. Po około 3-4h zaczynam się błyszczeć, ale w przypadku mojej cery jest to całkowicie normalne.


TRWAŁOŚĆ
Muszę przyznać, że podkład zaskoczył mnie swoją trwałością. Mimo że nie trzyma matu, to jednak nie spływa z twarzy, nie znika i nie ściera się. Warto dodać, że ja nie mam odruchu dotykania twarzy, więc nie 'pomagam' podkładom znikać z mojej skóry. Podkład matujący z Bielendy naprawdę ładnie się trzyma (na mojej tłustej skórze), nawet w upały, przez kilka dobrych godzin. Nie mogę mu nic zarzucić, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego cenę, czyli około 12zł.


zaraz po nałożeniu

około 3h po aplikacji

Na koniec oczywiście pokazuję, jak podkład wygląda na twarzy. Wydaje mi się, że wtedy recenzja jest pełna i sami możecie ocenić, czy efekt Wam się podoba czy nie. Ja uważam, że to naprawdę dobry podkład... może nie matujący, ale na pewno nieźle kryjący i trwały. Mimo że nie jest mocno matujący, to jednak mam wrażenie, że bardziej spodoba się fanom matu niż rozświetlenia.

Na mojej tłustej skórze sprawdza się super i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Słyszałam opinie, że może przesuszać skórę lub podkreślać suche skórki - nie wykluczam, u mnie tego nie robi, ale zawsze warto być ostrożnym.


A Wam jak się podoba? Dajcie znać, jak się u Was sprawdza, jeśli też go macie i używacie :)


Cena: ok. 12zł      Pojemność: 30g      Dostępność: różne drogerie, np. Rossmann


5 lipca 2016

NATURALNY DEZODORANT, KTÓRY NAPRAWDĘ DZIAŁA! || Manna, Dezodorant w kremie Geranium i Ylang-Ylang


W lutym miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu blogerek i vlogerek w Zabrzu. Organizatorki zadbały o to, byśmy nie wyszły z pustymi rękami... i tak też się stało. Co więcej, dziewczyny zorganizowały upominki od naturalnych i ekologicznych marek, dzięki czemu mam okazję poznać wiele firm, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia lub nawet o nich nie słyszałam.

Taką firmą była Manna. Manna w swojej ofercie ma głównie naturalne mydła do ciała - do wyboru, do koloru, bo jest z czego wybierać. Mydeł jest mnóstwo, o różnych gramaturach i każdy na pewno znajdzie tam coś dla siebie, ale dzisiaj nie o tym.

Na spotkaniu, jeśli chodzi o produkty Manna, każda z nas otrzymała tak naprawdę co innego. Mi trafiły się dwa mydełka i jedno tajemnicze puzderko. Na początku myślałam, że to balsam do ust (chyba każdy by tak pomyślał, wszak opakowanie ma tylko 15ml pojemności), ale okazało się, że jest to naturalny dezodorant o zapachu Geranium i Ylang-Ylang.



Przyznam, że na początku byłam trochę zawiedziona, bo część dziewczyn otrzymała np. masła do ciała i trochę im zazdrościłam. Ale po chwili stwierdziłam, że przecież maseł i balsamów do ciała to ja mam mnóstwo (zapasy na 50 przyszłych lat ;)), a takiego dezodorantu jeszcze nie miałam... a nuż zadziała. No i zadziałał! Zdziwiłam się, nie będę ukrywać, ale oczywiście jest to zdziwienie pozytywne.

Dezodorant jest w formie zbitego kremu, a swoją konsystencję zawdzięcza bazie w postaci masła shea i oleju kokosowego. Oczywiście w zimie jest twardszy, latem nieco rozmięka. Jak go aplikować? Nabieramy odrobinę na palec i rozcieramy pod pachą. Jak dla mnie aplikacja jest łatwa i szybka.

Wydawać by się mogło, że 15 ml zniknie w ciągu tygodnia. A nieprawda. Dezodorant jest naprawdę wydajny, ponieważ potrzebujemy naprawdę niewielkiej ilości, aby pokryć skórę pachy. Nie będę też ściemniać, że starczy na wieki, ale myślę, że można się cieszyć jego właściwościami przez kilka dobrych tygodni. Nie powiem Wam, ilu, bo nie używam go regularnie.



A jak działa? Tak jak każdy naturalny dezodorant działać powinien. Jest to dezodorant, a nie antyperspirant, więc nie możemy od niego oczekiwać, że ograniczy lub zablokuje pocenie. Zapobiega powstawaniu nieprzyjemnego zapachu pod pachą, a pocić to pocimy się normalnie. A czy śmierdzimy? W tym wypadku zdecydowanie nie! Używałam już kilku naturalnych dezodorantów i tak naprawdę po kilkunastu minutach można było wyczuć zapach potu. W wypadku produktu marki Manna tak nie jest. A dlaczego? Dlatego, że produkt zawiera sodę, a soda ma właśnie takie właściwości, że zapobiega rozwojowi bakterii odpowiadających za smrodek spod paszki ;)

Warto wspomnieć, że taki dezodorant nie tylko zapewnia nam uczucie komfortu w ciągu dnia, ale także pielęgnuje delikatną skórę pachy - w końcu zawiera naturalne składniki, zatem nawilża, natłuszcza i chroni skórę. Nie zauważyłam, by brudził ubrania, no i wchłania się w sekundę (o wiele szybciej niż żele lub kulki), zatem nie jest problematyczny w obsłudze.

Dodam, że moja wersja, czyli Geranium i Ylang-Ylang ma dość mocny zapach, charakterystyczny dla olejku geranium. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale na szczęście są inne wersje zapachowe, a w tym także wariant bezzapachowy. Dezodoranty występują w dwóch pojemnościach - 15 ml, czyli taka jaką mam ja (koszt około 25zł) oraz znacznie większa 50 ml (koszt około 55zł).

Jeżeli ktoś ma ochotę pobawić się w chemika, to oczywiście można przygotować sobie taki dezodorant w domu z kilku składników (np. masło shea, olej kokosowy, soda oczyszczona + jakiś olejek eteryczny), ale jeśli nie lubicie takich eksperymentów, a macie ochotę spróbować czegoś naturalnego, co w końcu zadziała - spróbujcie produktu marki Manna :)