23 marca 2014

Jak zostać Małą Mi? O szamponie koloryzującym Marion, 94 Rubin (na włosach blond) - relacja z farbowania


To, że od jakiegoś czasu jestem ruda, już wiecie. Nie wiecie jednak, czemu. Wraz z Kubą zostaliśmy zaproszeni na urodziny kolegi - miała to być impreza przebierana. Szukałam ciekawej, dość łatwej do odtworzenia, blond-postaci, ale nikt nie przychodził mi do głowy. Postanowiłam, że zostanę Małą Mi - w sumie do tego potrzebne mi tylko rude włosy upięte w koczek i czerwona sukienka. Kilka dni przed imprezą poszłam do drogerii i wybrałam szampon koloryzujący marki Marion. Z pokaźnej gamy rudości i czerwieni wybrałam numer 94 Rubin. Na opakowaniu była to ruda czerwień, coś czego chciałam (nie chciałam włosów stricte czerwonych ani pomarańczowych).

WŁOSY PRZED KOLORYZACJĄ:


Impreza odbywała się w sobotę, a ja w poprzedzająca ją środę postanowiłam zużyć pierwszą szamponetkę (kupiłam dwie). Była to dobra decyzja, ponieważ okazało się, że kolor nie był do końca równy i na imprezę musiałam powtórzyć koloryzację. Kolor był rudy, określiłabym go po prostu miedzianym (ale takim czerwonym miedzianym, a nie pomarańczowym). Najlepiej pokryło mi górę włosów, czyli miejsca, gdzie są naturalne. Na długości było średnio - niektóre miejsca wyglądały bardzo dobrze, inne - nie były do końca przykryte i prześwitywał w nich mój blond. W czwartek na uczelnię poszłam w związanych włosach, by nierówności się tak bardzo nie rzucały w oczy.


W TRAKCIE:


Szamponetka ma żelową konsystencję, wygląda trochę jak dżem jagodowy. Trzeba ją dokładnie rozprowadzać na włosach, starając się pokryć każdy kosmyk tym 'dżemem', ponieważ kiedy będziemy tylko kłaść go w jedno miejsce i rozpieniać w celu rozprowadzenia, nie do końca to zadziała. Ten żel trzeba po prostu kłaść miejsce przy miejscu, żeby nie było prześwitów.

Producent zaleca trzymać szampon na włosach przez 20-30 min., ja trzymałam go nawet do 50 min., żeby odcień był jak najbardziej intensywny. Z rezultatów jestem dość zadowolona, bo kolor wyszedł zbliżony do tego na opakowaniu, mimo że nie idealny. Jakby nie patrzeć, to jest tylko szampon koloryzujący, a nie farba. 

Akurat z rudymi i czerwonymi farbami/szamponetkami jest tak, że one są bardzo szybko wypłukują z włosów po pierwszej koloryzacji, więc woda jest stale zabarwiona. Producent pisze, żeby spłukiwać pianę do czasu kiedy woda będzie czysta, jednak z rudościami czerwieniami nieraz można tak w nieskończoność tę wodę lać ;) Jak widać, szamponetka nie zafarbowała mi skóry głowy. Jak to bywa, po spłukiwaniu włosy były szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Zaaplikowanie odżywki było konieczne - myślę, że bez niej trudno byłoby rozczesać włosy.


PO UŻYCIU PIERWSZEJ SZAMPONETKI:


Po zużyciu pierwszej saszetki byłam całkiem zadowolona, jednak kolor był daleki od tego pokazanego na zdjęciu.

PO UŻYCIU DRUGIEJ SZAMPONETKI:


Jak widać, po drugiej szamponetce włosy zyskały bardziej ostry, ognisty odcień. Znów nakładałam ją sobie sama i niestety nie udało mi się wyeliminować prześwitów - są widoczne nadal, choć już trochę mniej. Nie wiem, jak to się stało, że mam prześwity w tych samych miejscach, mimo że skupiałam się, by nakładać szamponetkę tam, gdzie były za pierwszym razem. Przy nasadzie włosy są niemalże czerwone, od polowy i na końcówkach raczej typowo rude (oczywiście z blond prześwitami, które widać na koczku).

Z ostatecznego efektu jestem całkiem zadowolona, szkoda jednak, że włosy nie są równomiernie pokryte kolorem. Niemniej jednak biorąc pod uwagę to, ze jest to tylko szampon koloryzujący efekty są niezłe :) A teraz chciałabym Wam pokazać jak prezentowałam się jako Mała Mi :)



Relację dotycząca koloryzacji postanowiłam rozbić na dwie części. W tej pokazałam Wam jak przebiegała sama w sobie i jak wygląda taka szamponetka na włosach blond. Za jakiś czas napiszę post i wstawię zdjęcia obrazujące jak owa szamponetka wypłukiwała się z włosów. Proszę o cierpliwość, bo może to trochę zająć ;)

21 marca 2014

MAKIJAŻ: What does the fox say? - coś dla rudowłosej :)

Od dwóch dni jestem.... ruda :) Niestety tylko tymczasowo, bo koloryzowałam włosy szamponetką. Świetnie czuję się w takich rudo-czerwonych kolorach i w sumie chętnie bym przy takim została, ale nie chce mi się męczyć włosów ciągłym farbowaniem. Post o szamponie koloryzującym będzie - mam zdjęcia przed i po, teraz tylko pozostaje poczekać, aż będzie mi się wypłukiwał z włosów i zdam Wam relację z koloryzacji :)




TWARZ:
p2, Feel Natural concealer, 005
mieszanka większości moich podkładów
Catrice, puder z edycji Welcome to Las Vegas
Paese, róż z olejem arganowym, 41

BRWI:
Inglot, matte 342

OCZY:
Sigma, baza pod ciebie Persuade
Sleek Make Up, paletka Ultra Mattes Darks
MIYO, nr 28 Toxic
Max Factor, Kohl Pencil, 090
Eveline, Mega Size Lashes maskara

USTA:
Catrice, C01 Colour Bomb

19 marca 2014

ShinyBox - marzec 2014

Dawno mnie nie było, bo aż tydzień. Zazwyczaj nie robię sobie takich przerw, ale ostatnio straciłam poczucie czasu, a poza tym leci on niesamowicie szybko. Nawet nie zauważam, kiedy mijają kolejne tygodnie. A tymczasem, przychodzę z marcowym pudełkiem ShinyBox. Po lutowym zawodzie, przyszedł czas na naprawdę zacne pudełko! Chyba nie muszę mówić, że już samo pudełko i jego szata graficzna są urocze! Takie wiosenne i świeże. Bardzo mi się podoba :)



Pudełko było dość ciężkie. Takie od razu jeszcze bardziej zachęcają do otwarcia. Po zdjęciu pokrywy i rozerwaniu bibułki zabezpieczającej, moim oczom ukazał się niezły arsenał kosmetyków. W tym miesiącu jest ich wyjątkowo dużo, nawet jeśli nie pełnowymiarowych - to w formie dużych próbek. Nie będę ukrywać, że z zawartości marcowego ShinyBoxa jestem baaardzo zadowolona! Znalazłam w nim pełno kosmetyków, z którymi jeszcze nie miałam do czynienia, a wyglądają zachęcająco.


Jak widzicie na załączonych obrazkach, pudełko było dosłownie wypełnione po brzegi. A teraz napiszę Wam, co znalazło się w marcowym ShinyBoxie:

  • Balneokosmetyki, żel do mycia twarzy do skóry tłustej i mieszanej - na pewno mi się przyda, kiedy skończą mi się inne produkty do mycia twarzy. Myślę, że nastąpi to niedługo, bo obecnie używam bardzo niewydajnych kosmetyków z tej kategorii. Ja akurat się cieszę z wersji do skóry tłustej i mieszanej, bo taką posiadam.
  • Original Source, żel po prysznic, Golden Pineapple - żele tej marki dobrze znam, ale tego zapachu jeszcze nie miałam. Jest boski! Słodki, przepyszny... w sam na raz na zbliżającą się wiosnę!
  • Delawell, Sensual salt scrub, peeling solny - nie słyszałam wcześniej o tym produkcie. Zapowiada sie fajnie - ma ładny, różowy kolor, fajną konsystencję i dość owocowo pachnie. Pewnie będę go używać do stóp.
  • Organique, biała glinka - z tego produktu też jestem zadowolona, bo ogólnie lubię glinki - mam w posiadaniu zieloną i czerwoną, biała jest dla mnie nowością. W pudełeczku jest aż 100ml kosmetyku, więc jest to porządna miniaturka!
  • Bioderma, Sebium Pore Refiner, krem do twarzy - bardzo chętnie go przetestuję, bo czasami moje pory przypominają kratery, a może on trochę zminimalizuje ich widoczność. Próbka nie jest duża, ale wystarczy na kilkanaście użyć, bo ma 15ml pojemności.
  • Paula's Choice, Skin Perfecting 8% AHA Gel - czyli żel z kwasem glikolowym. Nie używałam jeszcze kwasów, więc jestem zadowolona z jego obecności. Jednak ze względu na zbliżającą się wiosnę i lato, zostawię go na jesień.
  • Clochee, próbki - w pudełku były tez próbki naturalnych kosmetyków Clochee.

Jako że jestem ambasadorką ShinyBox, dostałam też zestaw z kosmetykami Anatomicals. Zestaw prezentuje się bardzo zachęcająco, jednak po bliższym przyjrzeniu się, jakoś mnie nie porwał. W jego skład wchodzi: świeca, sól do kąpieli, maseczka do twarzy (niestety ma parafinę, więc kto inny ją przygarnie) i poduszki do wanny.


Zainteresowanych odsyłam na stronę ShinyBox, gdzie można zamówić sobie takie pudełko za 49zł. Niestety to marcowe jest już wyprzedane, poszło w tempie ekspresowym. Zresztą się nie dziwię, bo tym razem zawartość bardzo mi się podoba. A co wy myślicie?

12 marca 2014

Equilibra: Tricologica, Maska do włosów suchych i zniszczonych


Maską od marki Equilibra byłam poważnie zaintrygowana. Dość przyjemne opakowanie, odpowiednia gęstość i obiecujący skład... to nie mogło się źle skończyć. A jednak. I to, że ma ładne opakowanie, średnią gęstość i ciekawe składniki, to jedyne, co mogę powiedzieć dobrego o tym kosmetyku.

Ale zacznijmy do początku. Maska mieści się w średniej wielkości 200ml-owym słoiczku. Na górze ma zakręcane wieczko, a pod nim kryje się jeszcze zaślepka. Maska jest dość gęsta, zostają w niej widoczne ślady po palcach, jednak po chwili przepływa, jeśli przechylimy opakowanie. Zapach nie należy do moich ulubionych, trochę mnie męczy, ale na włosach nie jest tak mocno wyczuwalny. Pachnie podobnie jak szampon do wypadających włosów tej samej marki.


Moje włosy uwielbiają naturalne składniki w maskach i odżywkach. Takie produkty najczęściej stają się moimi ulubieńcami. Myślałam, że ta maska również trafi do tego grona. Niestety, już przy pierwszym użyciu byłam mocno zawiedziona. Przy spłukiwaniu włosy były jako tako gładkie i śliskie, ale po osuszeniu i wyschnięciu otrzymałam to, czego zupełnie się nie spodziewałam i czego nienawidzę. Włosy były matowe, a nawilżenie praktycznie niewyczuwalne. Maski używałam po umyciu włosów, testowałam efekty w połączeniu z różnymi szamponami, czy też z olejowaniem przed. Za każdym razem efekt był taki sam.

Rozczesywanie to też koszmar, bo jak nie mam z tym problemu po nałożeniu zwykłej odżywki na parę sekund, tak ta maska sprawia, że trzeba użyć jakiegoś serum czy odżywki w sprayu. W przeciwnym razie, tylko sobie powyrywamy włosy (używam Tangle Teezera). Nie ma to znaczenia, czy nosiłam maskę 5 czy 30 min., ona po prostu mi nie służy.

Maska jest całkiem wydajna, dobrze rozprowadza się na włosach. Póki co zużyłam pół opakowania. Dalsze stosowanie nie ma sensu - reszta trafia do mojej kuzynki, może na jej włosach się sprawdzi. W sumie nie wiem, czemu moje włosy nie polubiły się z tym kosmetykiem Equilibra. W końcu końcówki mam suche, a niestety po zastosowaniu produktu wyglądają jeszcze gorzej. Może to wina aloesu, bo nigdy wcześniej nie używałam masek aloesowych. Jeśli opinia mojej kuzynki będzie inna, napiszę Wam o tym.


Cena: +/- 20zł     Pojemność: 200ml      Dostępność: apteki, internet

9 marca 2014

Catrice: kredka do brwi Eye Brow Stylist, 020 Date with Ash-ton


Kredka do brwi Catrice długo wisiała na mojej wish-liście, ale nie była priorytetową zachcianką. Jako że do Natury zaglądam rzadko, a Hebe była na drugim końcu miasta, dorwałam ją 3 tygodnie temu podczas pobytu w Berlinie. Zapłaciłam za nią 2,45€, w Polsce kosztuje 10,49zł. To moja druga kredka do brwi, jakiej używałam. Pierwszą była Ikebana (w kolorze Sepia) od marki Vipera. Lubię ją, jednak jest dość ciemna i lepiej używać jej w połączeniu z cieniem niż samodzielnie.

Catrice oferuje nam numer 020 Date with Ash-ton, który jest jaśniejszy i od razu uznałam, że będę mogła używać jej samej, bez konieczności sięgania po cień do brwi. Nie myliłam się - kredka ma cudowny, chłodny, popielaty odcień brązu. Jest to kolor bardzo uniwersalny, sprawdzi się zarówno u osób z cienkimi, jasnymi włoskami, jak i posiadaczami ciemniejszych, grubszych brwi. Mimo że jestem naturalną blondynką, brwi mam dość ciemne i ta kredka sprawdza się na nich rewelacyjnie.


Jeśli chodzi o same właściwości kredki, to nie jest ona zbyt miękka. Jest bardzo woskowa i trzeba ją mocniej docisnąć do skóry, żeby rysik pozostawił kolor. Pewnie osoby z rzadszymi i cieńszymi brwi będą miały łatwiej, ale ja muszę ja naprawdę mocno docisnąć, żeby kolor pozostał między moimi gęstymi brwiami (na zdjęciu nie widać ich gęstości, bo ja wyrywam pewnie z 50% tego, co mi wyrasta). Niemniej jednak, jestem z niej zadowolona, bo uzyskuję naprawdę ładny, naturalny kształt brwi bez efektu przerysowania. Kredka ładnie maskuje braki we włoskach, co można zauważyć na poniższym zdjęciu, przy wewnętrznej części moich brwi.

Na brwiach wygląda naturalnie, zostawia lekko połyskującą, woskową warstwę. Na początku jest to fajne, bo w końcu włoski same w sobie lekko się błyszczą, jednak po kilku godzinach brwi zaczynają mi się nieestetycznie świecić (coś jak twarz od sebum) i nierzadko muszę je przypudrować. Oczywiście, kredka nie jest odporna na tarcie. Jeśli zbyt mocno przejedziemy materiałem czy palcem po brwiach, część kredki się zetrze, jednak jeśli nic takiego się nie stanie, będzie siedzieć na brwiach do czasu demakijażu.

Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolona z mojego nabytku. W kredce Catrice najbardziej podoba mi się kolor i naturalny efekt. Mogłaby być mniej woskowa i się tak nie błyszczeć, ale w ogólnym rozrachunku wypada naprawdę dobrze. Jeśli macie problemy z doborem kredki przy chłodnym typie urody czy jasnych włosach, proponowałabym sięgnąć po 020 Date with Ash-ton.



Cena: 2,45€/10,49zł      Pojemność: 1,6g     Dostępność: szafy Catrice: Natura, Hebe