7 kwietnia 2015

MAKIJAŻ: Delikatna kreska z fuksjowymi ustami


Dawno nie było makijażu... pewnie ze względu na to, że bardzo rzadko się maluję. A jak już maluję, to raczej z powodu jakichś okazji typu Święta, impreza, wyjście na miasto. Ostatnio stawiam na prostotę i moje makijaże wykonuję szybko, nie mam czasu się bawić. Przez ostatnich kilka tygodni najczęściej sięgam po paletę cieni Naked chocolate, ponieważ jest to beżowo-brązowe zestawienie cieni o niezłej jakości. Najczęściej używam trzech cieni, które widać w dzisiejszym makijażu - matowy beż pod brew, brąz w załamanie i rozświetlający, jasny cień na całą powiekę. Jakiś czas temu kupiłam brązowy eyeliner w żelu z firmy Manhattan, jednak jest dość tępy w konsystencji i ciężko się nim pracuje, więc moje kreski nie są idealne. Na ustach najczęściej lądują pomadki z serii Rouge Edition Velvet od Bourjois.



TWARZ:
MakeUp Atelier Paris, podkład wodoodporny FLW2NB
Max Factor, Face Finity, Nude 47
Kobo, Modeling illuminator, 101
Joko, Matt your face, puder sypki 020
NYX, Taupe
Wibo, Nude Rose 01
MakeUp Revolution, I ❤ MakeUp, Goddess of faith

OCZY:
Sigma, Persuade, baza pod cienie
MakeUp Revolution, I ❤ MakeUp, Naked chocolate
Manhattan, gel eyeliner, Brown 93V
Wibo, Dolls Lash

BRWI:
Catrice, eyebrow stylist, 020 Date with Ash-ton

USTA: 
Bourjois, Rouge Edition Velvet, 06 Pink pong


5 kwietnia 2015

Planeta Organica: Maska-masaż stymulująca wzrost włosów


Chciałabym Wam napisać kilka słów o masce-peelingu do włosów (a właściwie skóry głowy), który jest w moim posiadaniu już od dawna. Będzie to dosłownie kilka słów, ponieważ często o nim zapominam - jest w użytku tylko od czasu do czasu. Do tej pory zużyłam około połowę opakowania.

Od jakiegoś czasu peelingowanie skóry głowy jest na topie, coraz więcej osób to robi, robię i ja. Niestety bardzo rzadko, nieregularnie, ale jednak. Cieszę się, że marka Planeta Organica (którą nota bene bardzo lubię) wypuściła spod swych skrzydeł taki produkt, i to w dodatku z bardzo ładnym składem. Główną substancją ścierającą jest puder z nasion granatu, na końcu składu mamy też sól z Morza Martwego. Całość okraszono m.in. oliwą z oliwek, pantenolem, masłem kakaowym i olejami z orzechów włoskich i awokado.


Maska-masaż ma cudowny zapach - słodki, trochę ciasteczkowy, mi bardzo przypomina zapach kutii. Kosmetyk jest dość gęsty i zawiera bardzo dużo drobin. Przyznam, że jest mi dość trudno wetrzeć tę maskę w skórę głowy, ale zawsze jakoś się udaje. Następnie wykonuję masaż na całej głowie i zostawiam produkt na kilka minut na włosach. Potem wypłukuję maseczkę z włosów i myje je normalnym szamponem. By pozbyć się wszystkich drobinek trzeba się trochę namęczyć, ponieważ jest ich naprawdę dużo, są drobne i wczepiają się we włosy.


Jeśli chodzi o rezultaty, to nie bardzo wiem, co mam Wam powiedzieć. Po głowie się nie macam, by określić, czy skóra jest bardziej gładka, czy nie... badań mikroskopowych też nie wykonuję, więc nie wiem, czy odblokuję w ten sposób ujścia gruczołów łojowych... za rzadko jej używałam, by mogła przyspieszyć porost włosów. Robię ten peeling od czasu do czasu i mam nadzieję, że działam włosom i skórze głowy na korzyść. Włosy ostatnio przetłuszczają mi się jakby wolniej, ale nie przypisywałabym zasług temu produktowi, bo używam go sporadycznie, jak mi się przypomni.

Zapewne moja recenzja nie do końca Was zaspokoiła, ale niestety nie jestem w stanie dokładniej określić działania produktu. To chyba pierwsza taka recenzja, gdzie naprawdę nie wiem, co powiedzieć. A warto jednak o tym produkcie wspomnieć, zwłaszcza, że mam go u siebie chyba już z rok. Przyznam, że początkowo myślałam, że to zwykła maska do włosów i dopiero, jak ją otrzymałam, okazało się, że jest to peeling. Chciałam nią odżywiać włosy, jednak okazała się peelingiem - życie. Nie wrócę raczej do niej, bo nie widzę takiej potrzeby, ale kogoś może zainteresować.

Cena: ok. 23-33zł      Pojemność: 300ml      Dostępność: Skarby Syberii

31 marca 2015

Miłe popołudnie z Clareną i kilkoma blogerkami :)


Pod koniec lutego otrzymałam maila od Pani Asi z Clareny z pytaniem, czy nie zechciałabym wziąć udziału w niewielkim spotkaniu z blogerkami, które odbędzie się w siedzibie firmy. Temat mnie zainteresował, zatem postanowiłam się na owe spotkanie wybrać. Niemalże do końca nie wiedziałam, czy aby na pewno się pojawię, ale jednak się udało. Ubiegły wtorek, 24 marca, spędziłam w sympatycznym gronie w bardzo przyjemnej atmosferze.

O umówionej godzinie miałyśmy zjawić się w okolicach dworca PKS, gdzie z uśmiechem powitała nas Pani Asia, po czym do siedziby Clareny w Wilczycach pod Wrocławiem zawiozły nas dwa auta. W związku z tym, że był to środek tygodnia, na spotkaniu nie pojawiło się wiele dziewczyn, ale myślę, że każdemu podobało się takie kameralne grono.


Spotkanie rozpoczęłyśmy od wypicia kieliszka szampana i zjedzenia przepysznej zupki dyniowej (jadłam pierwszy raz w życiu - pycha!). Potem zabrałyśmy się za oglądanie, wąchanie i macanie kremów z serii ecoline, które zawierają wyciągi z warzyw, na bazie których przygotowano zdrowe przekąski. Na zdjęciach widać, jak kremy ładnie komponują się z różnokolorowym jedzonkiem. W zależności od danego kremu, w jego składzie kryją się - dynia, pomidor, marchew, brokuły, ogórek lub pietruszka.


Potem zaczęły się ploteczki, a wraz z nimi rozpieszczanie podniebienia warzywnymi smakołykami oraz świeżo wyciśniętym sokiem z jabłek i marchwi. W międzyczasie wykonałyśmy sobie peeling dłoni (uwielbiam ten zabieg, więc oczywiście skończyłam jako ostatnia), dzięki czemu mogłyśmy przetestować działanie kosmetyków Clareny - scrubu i kremów, którymi nawilżyłyśmy rączki.


Nie mogło zabraknąć klimatów SPA - Clarena przygotowała dla nas także dwa zabiegi. Pierwszym z nich była eksfoliacja kwasami AHA + dermoroller z igłami o długości 0,5mm, na którą skusiła się Maria. Po wykonanym zabiegu zastosowano wyciszającą maseczkę "w tabletce". Drugim zabiegiem był relaksujący masaż kulami z wodą, którym cieszyła się Tina.


Muszę przyznać, że te 3 godziny spędziłam w miłym gronie, a także poznałam dziewczyny, z którymi do tej pory nie miałam okazji się widzieć. Mam nadzieję, że będziemy jeszcze miały okazję się spotkać. Co powiecie na wspólny piknik, kiedy pogoda się już unormuje? :) Oczywiście chętnie poznałabym też inne dziewczyny z Wrocławia. Dzięki spotkaniu w siedzibie Clareny miałam okazję poplotkować także z Justyną, z którą nie widziałyśmy się kupę czasu, a znamy się od czasów gimnazjum.


Zdjęcia użyte w poście należą do mnie, Clareny, a także dziewczyn obecnych na spotkaniu. Oczywiście przedstawię wszystkich w kolejności widocznej na powyższym zdjęciu, od lewej: Panie z Clareny, Justyna, ja, Maria, Justyna, Marzena, Tina i Agata. Pod imionami ukryte są linki do blogów dziewczyn - zaglądnijcie do wszystkich :)

Pani Asia nie wypuściła nas z pustymi rękoma - każda z nas dostała krem dostosowany do potrzeb skóry oraz dwa zestawy miniaturek, z których będę chętnie korzystać w podróży. Ze względu na to, że jestem posiadaczką cery naczynkowej, trafił do mnie krem Redless U. Jednak moja skóra nie tylko się czerwieni, ale też świeci i tu z pomocą ma przyjść seria Max Matt/Sebum Control. Ciało rozpieszczać będzie żel pod prysznic i balsam z serii Barbados, która ma wspomagać walkę z celullitem.


22 marca 2015

ShinyBox - marzec 2015 || GIRL ON FIRE


Chciałabym Wam pokazać zawartość marcowego ShinyBoxa i podzielić się moja opinią na jego temat. Tym razem pudełko nosi nazwę Girl of fire, niestety nic ognistego (poza opakowaniem) w tym pudełku nie znalazłam :( Pudełeczko było dość lekkie, co już powoduje niewielkie rozczarowanie (w końcu człowiek często uznaje coś cięższego za coś lepszego ;)). W środku znajdujemy 4 pełnowymiarowe produkty, jedną miniaturkę oraz jeden gratis. Zauważyłam, że pudełko budzi mieszane uczucia, zatem zapraszam do zapoznania się z moją opinią.


Pierwszą rzeczą są nawilżające skarpetki marki Świt Pharma. Pierwszy raz widzę je na oczy i nawet nie zdawałam sobie sprawy z obecności takiego produktu na rynku. Zamiast kremu, nakładamy na stopy jednorazowe skarpetki... Hmmm, może być ciekawie, ale niestety bardzo drogo jak na tak krótkotrwałą przyjemność. Chyba wolałabym skarpetki złuszczające, zwłaszcza, że idzie wiosna. Kolejny produkt to czysty olej awokado produkowany przez Delawell. Olejków nigdy za wiele - gdybyście spojrzeli do mojej kosmetycznej szafki, znaleźlibyście ich spokojnie kilka. Będę go używać do twarzy, ponieważ miałam już kiedyś olej z awokado i bardzo go lubiłam, świetnie u mnie działał. Myślę, że marka Delawell też mnie nie zawiedzie, bo miałam już ich produkty i były rewelacyjne :) Następna rzecz to biała glinka w dość dużej pojemności 200ml, jest to produkt marki Mokosh. Białą glinkę jeszcze mam, również z ShinyBoxa, tylko że tamta jest z Organique. Szkoda, że znów pojawia się podobny produkt, zwłaszcza, że to ten sam rodzaj glinki. O wiele bardziej byłabym zadowolona z tych rzadziej występujących... niebieskiej, czarnej... albo chociaż żółtej. I w tym momencie kończy się ta fajniejsza część pudełka, przechodzimy do 'gorszych' kosmetyków. Na sam początek wysuwa się kredka do oczu w kolorze czarnym Etre Belle. Ile było już czarnych kredek w ShinyBox? Niestety za dużo. Nie używam kredek, zwłaszcza czarnych, więc wszystkie lądują w rękach mojej mamy lub koleżanek. Kolejny nieudany produkt to krem do stylizacji włosów od Goldwell. Niezbyt pasuje mi ta firma, ponieważ większość rzeczy jest po prostu średnia. Dam go Wojtkowi, który stawia sobie do góry grzywkę, więc raczej zużyje tę malutką tubeczkę. Ostatnia rzecz to gratis. Według mnie dość neutralny, bo to po prostu kostka myjąca Dove, ale zamiast niego wolałabym saszetkę z maseczką. Mydeł w kostce nie używam, więc będzie to kolejny produkt, który trafi do mojej mamy.


Niestety, nie jestem zachwycona tym pudełeczkiem. Najbardziej podoba mi się olej awokado, skarpetki i glinka, i wiem, że te 3 kosmetyki na pewno zostaną przede mnie zużyte. Aż 3 rzeczy, czyli połowa pudełka zupełnie się mi nie przyda i powędruje do innych osób. Szkoda. Jeśli jednak podoba Wam się to pudełko i z większości produktów zrobicie użytek, to możecie je kupić na stronie ShinyBox za 59zł z przesyłką.

8 marca 2015

Fitomed: Płyn oczarowy z kwiatem pomarańczy vs Tonik oczyszczający ziołowy do skóry tłustej


Witam Was gorąco, znów po kilkunastodniowej nieobecności. Ostatnio ma dyżur na sklepie, więc sprzedaję i pracuję w innych godzinach (10-18), zatem mam zdecydowanie za mało czasu na cokolwiek. Marzę o tym, by już wrócić do swoich standardowych zadań i móc kończyć pracę koło 16-16:30. Zupełnie bonusowo dodam, że ostatnio kupiłam sobie motocykl i próbuję coś jeździć, ćwiczyć, ale praca też mi to ogranicza, bo będąc w domu po 19 nie mam już na to ochoty, a poza tym bywa bardzo zimno :( Stwierdzam, że praca od 10 do 18 to przekichana sprawa, zwłaszcza jak się dojeżdża do domu ponad godzinę - masakra. Na szczęście zbliża się wiosna, dzień coraz dłuży i jest coraz cieplej :)

Chciałabym Wam dzisiaj powiedzieć kilka słów o dwóch tonikach do twarzy, których używam od ponad pół roku roku. Oba pochodzą z firmy Fitomed i są produktami naturalnymi, ziołowymi. Tonik nie jest produktem niezbędnym w mojej codziennej pielęgnacji, jednak warto go mieć, dlatego też postanowiłam przetestować te polecane cerze tłustej marki Fitomed. Jak łatwo się domyślić, mam skórę tłustą. Miewa ona lepsze i gorsze okresy, ale zazwyczaj przetłuszcza się równomiernie na całej twarzy, nie ma na niej obszarów, gdzie by się mocniej przesuszała czy łuszczyła.


FITOMED, PŁYN OCZAROWY DO TWARZY Z KWIATEM POMARAŃCZY

Płyn oczarowy nie jest typowym tonikiem, ale może spełniać jego funkcję. Butelka 200ml wyposażona jest w atomizer, który rozpyla produkt w średniej ilości (nie powiedziałabym, że jest ona ani mała, ani duża). Niestety nie działa on do końca sprawnie i czasami trzeba go naciskać więcej razy, żeby odpowiednio zadziałał (np. trzeba nacisnąć jeden raz na pół 'gwizdka' i jeszcze raz, żeby psiknął). Zapach preparatu jest ziołowy, lekko pomarańczowy - przypomina neroli. Moim zdaniem nie jest ani nieprzyjemny, ani piękny - po prostu neutralny. Czasami rozpylam go na twarzy i zostawiam, po czym nakładam krem; innym razem rozpylam go na wacik i przemywam twarz. Płyn nie powoduje u mnie szybszego przetłuszczania się skóry, dlatego często używam go rano w celach odświeżenia buźki. Dobrze zmywa sebum i brud z twarzy, domywa pozostałości makijażu. Nie podrażnia mojej naczynkowej skóry, ale też nie zauważyłam, żeby robił z nią coś nadzwyczaj dobrego. Jest to przyjemny produkt, który spełnia swoje zadanie i w przyszłości z chęcią sięgnę po kolejną buteleczkę, może z innego rodzaju.

Cena: 13zł      Pojemność: 200ml      Dostępność: sklep Fitomed


FITOMED, TONIK OCZYSZCZAJĄCY ZIOŁOWY DO CERY TŁUSTEJ

Początkowo myślałam, że z tonikiem polubię się bardziej niż z płynem oczarowym. Stało się jednak inaczej. Co prawda na zdjęciu możecie zobaczyć, że zużyłam ich podobną ilość, jednak brak atomizera przyczynia się do słabszej wydajności. Tonik przyjemnie odświeża i oczyszcza skórę. Ma typowo ziołowy zapach, dość neutralny dla nosa, jednak bardzo wzmaga przetłuszczanie się mojej cery. Jakiś czas po jego aplikacji (np. kiedy odpuszczam sobie nałożenie kremu - czasami robię tak, kiedy siedzę w domu i w ciągu dnia po prostu przemywam buźkę) moja skóra staje się bardzo tłusta, błyszcząca, wręcz lepka. Naprawdę nie wiem, od czego to zależy, zatem staram się nie używać tego toniku na co dzień. Stosuję go na wieczór lub wtedy, kiedy błyszczenie mi w niczym nie przeszkadza. Nie wiem, co jej skórze się w nim nie podoba.... A jestem osobą, która bardzo mocno nawilża skórę (zwłaszcza na noc - używam olejków), więc to na pewno nie bunt spowodowany złym nawilżeniem cery.

Cena: 10zł      Pojemność: 200ml      Dostępność: sklep Fitomed