30 września 2013

Wibo: 4w1 paleta korektorów do zadań specjalnych



Paleta z czterema kolorowymi korektorami oferowana przez markę Wibo jakoś mnie do siebie nie ciągnęła. Ogólnie nie przepadam za takim kosmetykiem jak korektor, jeśli ten nie wędruje po moje oczy. Korektory typu kamuflaż to nie do końca moja bajka, ponieważ krycie powinno być zadaniem podkładu.

Niemniej jednak, spróbowałam i uważam, że nie jest źle. Może nie jest to produkt idealny, pozbawiony wad, ale myślę, że wielu osobom przypadłby go gustu. Nie każdy kolor znalazł u mnie zastosowanie, mimo że próbowałam każdego z nich. Zapoznajcie się z moją opinią, dotyczącą każdego z odcieni:


  • JASNY BEŻ: Najlepszy korektor z tej palety - jest jasny (dla mnie po wakacjach był za jasny), jednak używałam go, kiedy moje policzki potrzebowały mocnego krycia, a następnie przykrywałam go podkładem w odpowiednim kolorze. Spod podkładu nie był widoczny, a jednak uzyskiwałam nim dobre krycie. Nadaje się też pod oczy, jeśli pasuje Wam kolorystycznie. Należy jednak pamiętać, że jest to korektor z serii cięższych i może podkreślać zmarszczki w okolicy oczu lub przesuszać skórę.
  • ZIELONY: Dedykowany do zaczerwienień, jednak prawda jest taka, że mało kto umie się posługiwać korektorem w tym kolorze. Ja nakładałam go na policzki, potem czekałam kilka minut aż przestanie być taki zielony, a potem nakładałam podkład. Przyznam, że wolę od niego korektor jasnobeżowy - robi to samo, a przynajmniej łatwiej posługiwać się neutralnym kolorem.
  • RÓŻOWY: Niby pod oczy, ale uważam, że wcale się do tego nie nadaje. Zamiast ładnie maskować sińce i przebarwienia, raczej je podbija i daje dziwny kolor skórze. W tym miejscu użyłabym również korektora jasnobeżowego, bo najlepiej nadaje się pod oczy.
  • CIEMNY BEŻ: Nie wiem w sumie, co robi w tej paletce, bo ma niby służyć do konturowania. Zamysł fajny, szkoda tylko, że ten kolor jest bardzo pomarańczowy i wygląda dziwnie. Gdyby był bardziej brązowy, wpadający w szarość - byłoby ok. Osobiście widzę tylko jedno jego zastosowanie - u osób z ciemniejszą karnacją, jako korektor podstawowy (ale nie wiem, czy ten odcień pasowałby wielu).

Wydaje mi się, że Wibo lepiej wyszłoby na wypuszczeniu kilku korektorów-kamuflaży, tylko, że pojedynczo.... mogłyby być nawet w kształcie tych niby-trójkątów i byłoby ciekawiej, gdyby można było je właśnie połączyć w takie kółko. Gdyby w ofercie znalazły się różne odcienie korektora podstawowego (czyli tego jasnobeżowego), to każda karnacja mogłaby znaleźć coś dla siebie. Do tego można by dokupić korektory kolorowe typu zielony czy różowy i samemu zebrać sobie taką paletę.

Cena: ok. 12zł      Pojemność: 14g      Dostępność: Rossmann - szafy Wibo

28 września 2013

Zakupy - cocolita.pl + ebay :)


Przychodzę z kolejnymi zakupami - tym razem kolorówkowo-akcesoriowymi ;) Robiłam zamówienie na cocolita.pl razem z innymi dziewczynami. Akurat ja nie zamawiałam tam dużo, mimo że byłam organizatorką zamówienia :P Przede wszystkim zależało mi na nowej paletce Sleek Vintage Romance. Skusiłam się także na białą kredkę e.l.f., która niestety jest słaba - ciężko nałożyć ją na linię wodną, by ten biały kolor był widoczny. Dorzucono mi też gratis w postaci testera cieni MUA. Ja drobinkowe lubię, więc może kiedyś poużywam ;)


Pod koniec sierpnia zamawiałam także dwie rzeczy na ebay - to były pierwsze moje zakupy na tym portalu. Kupiłam sobie chińską wersję pędzla RT - ale wydaje mi się, że jest mniejszy niż oryginał. Jest miękki i naprawdę fajny, chociaż ten czarny dół rączki chyba będę musiała sobie przykleić, bo czuję, że niedługo odpadnie :P Kupiłam też zamiennik Tangle Teezera za 5zł, żeby mieć do torebki. Jak dla mnie jest naprawdę duża różnica między oryginałem, a tą tańszą wersją.


27 września 2013

Bingo Spa: ponad 40 aktywnych składników, kuracja do włosów


Mało kto nie kojarzy masek do włosów Bingo Spa. Ja ogólnie lubię te produkty, a ta wersja również bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Jak dla mnie, jest to maska kondycjonująca, odżywiająca, która wpływa na włos po dłuższym okresie stosowania. Na pewno nie używałabym jej jako odżywki na szybko - szkoda jej składu.

Kuracja okazuje się dla mnie zbawienna, kiedy używam szamponów plączących włosy, po których kłaczki są tępe i niemiłe w dotyku (np. Babydream czy serum kolagenowe Bingo Spa). Właśnie wtedy sięgam po kurację BingoSpa, nakładam ją obficie na włosy i skórę głowy, i trzymam przez kilkanaście/kilkadziesiąt minut. W związku z tym, że maska nie jest naładowana silikonami ani innymi małowartościowymi składnikami, włosy nie są super wygładzone, jednak są miłe w dotyku, a niefajne uczucie po plączącym szamponie znika.


Po czasie jak wyschną, czuć, że ładnie pachną i dobrze się układają. W dodatku kosmetyk mogę nałożyć ją na włosy przy nasadzie i skórę głowy, i włosy nigdy nie są obciążone. W tym aspekcie mogę się zgodzić w 100% z napisem na opakowaniu, chociaż podchodziłam do niego bardzo sceptycznie.

Mówiąc szczerze, innych produktów typu maska/odżywka nie nakładam na skalp po myciu, bo moje włosy są potem przyklapnięte i wyglądają jakby byłby nieumyte. Co innego jeśli chodzi o odżywianie skóry głowy przed myciem, ale to już inna sprawa. Dzięki kuracji ponad 40 aktywnych składników mogę zadbać o włosy przy nasadzie, a w końcu one też wymagają odżywienia.


Cena: ok. 14zł      Pojemność: 500g      Dostępność: Auchan, sklep Bingo Spa

25 września 2013

ShinyBox - wrzesień 2013


Jak wiele Ambasadorek, ja także dostałam nowego ShinyBoxa. Po zaglądnięciu na pierwsze posty z zawartością, byłam rozczarowana. W sumie nadal jestem, jednak kiedy pudełko trafiło w moje ręce mam o nim lepszą opinię.

Ostatnio ShinyBox zaskakiwał mnie dobrymi pudełkami. Czasy, kiedy w każdym opakowaniu znajdowałyśmy kolejny kosmetyk Dermedic już minęły i odtąd można było poznać więcej innych kosmetyków, innych - chociaż niekoniecznie ekskluzywnych - marek. Wrześniowa zawartość nie jest najgorsza, jednak mi osobiście niezbyt odpowiada. Już mówię, czemu.


  • Róż z olejem arganowym Paese - byłam na 'nie' zanim otrzymałam pudełko. Róży miałam wiele, większość oddałam, zostały mi głownie róże Sleek, a nie chciałam kolejnego z innej firmy. Jednak kolor jest bardzo ładny, mój egzemplarz jest w nr 41, będzie pasował na jesienne dni. Pigmentacja jest zaskakująca dobra, a konsystencja podatna na rozcieranie. Odcień trudno określić - jest to coś między słodkim różem na brzoskwinką.
     
  • Czarna kredka do oczu Glazel - cieszę się z firmy, ale z produktu nie, bo.... najzwyczajniej w świecie nie używam kredek. Żadnych. W ogóle. Kredki użyłam raz, wydaje się być fajna, ale na moich oczach i tak się odbija, nawet przygruntowana cieniem. Zdecydowanie wolę eyelinery.
     
  • Serum nabłyszczające Toni&Guy - nigdy nie miałam nic z tej firmy, więc cieszę się, że mogę przetestować to serum. Jednak pojemność jest dość mała i myślę, że szybko je wykończę. Tak, jak przypuszczałam, jest to produkt przezroczysty, czyli taki, jakiego moje włosy nie lubią. Niemniej jednak nie działa na nie tak źle, jak inne jedwabie. Myślę, że je wykończę i tyle, raczej bez większych uczuć.
     
  • Mleko do ciała Scottish Fine Soaps - pierwszy raz słyszę o tej firmie, ale pierwsze wrażenia nie są najlepsze. Po pierwsze: to mleczko ma strasy zapach - bardzo intensywny, jakby kremowo-proszkowy i przypominający babcine perfumy. Po drugie: ma na początku składu parafinę, której nie lubię. Jestem po dwóch użyciach i stwierdzam, że nawilżenie też nie powala. Produkt niezbyt trafiony.
     
  • Szampon Phenome - jeden z lepszych produktów z pudełka, przynajmniej dla mnie. Lubię naturalniejsze i bardziej bogate szampony, więc jak dla mnie na plus. Szamponu użyłam już 2 razy i starczy mi na kolejne 3-4 użycia. Kosmetyk mocno pachnie miętą/melisą, przyzwoicie się pieni i całkiem fajnie myje włosy. Za tę cenę się nie skuszę, ale lubię testować nowości włosowe.

Pudełko wrześniowe nie zdobyło mojej wielkiej sympatii, ale nie jest tragicznie. Sama bym się na nie nie skusiła, bo wolę nieco inne produkty, ale jeśli Wam się podoba, to wciąż możecie je kupić na stronie ShinyBoxa za 49zł :) Skusicie się, czy raczej nie? Jaka jest Wasza opinia o pudełku?


24 września 2013

Robimy olejek myjący!

Kilka dni temu postanowiłam zrobić własny olejek myjący. Coraz bardziej cenię produkty naturalne, a tu nie dość, że naturalnie, to jeszcze robimy to sobie same. Dodatkowo z pomocą przyszło mi e-naturalne.pl, gdzie dostałam emulgator Glyceryl Cocoate oraz Witaminę E


Do zrobienia olejku potrzebujemy:
  • butelki z dozownikiem (po zużytym oleju lub takiej podróżnej z Rossmanna)
  • oleju/olei, który/które będą bazą produktu
  • strzykawkę lub miarkę do odmierzania
  • emulgatora (np. Glyceryl Cocoate) i Witaminę E (opcjonalnie)

Przed przygotowaniem wszystko wyłożyłam serwatkami, dlatego tło jest taki kolorowe i jaskrawe. Mogłam wziąć bordowe, lepiej by to wyglądało, ale trudno :P Dodatkowo przyda się też jakieś małe naczynie do wlania emulgatora, żeby go odmierzyć - ja użyłam kieliszka do wódki.

  1. Do pustej butelki z dozownikiem wlewam na oko 75-80ml olejków, z których zamierzam wytworzyć końcowy produkt. Ja użyłam porzeczkowego oleju Alverde (akurat po poprzedniej butelce zostawiłam sobie opakowanie) oraz oleju z awokado od Fitomed.
  2. Odmierzam za pomocą strzykawki potrzebną ilość emulgatora. Widziałam różne wersje, w jakiej ilości powinno się go dodać: 10ml na 50ml oleju lub 10ml na 90ml oleju, więc to już od Was zależy. Ja użyłam około 15ml na jakieś 80ml oleju.
  3. Następnie dodaję dosłownie kropelkę Witaminy E.
  4. Wszystko mieszam wstrząsając. Otrzymałam ładnie pachnący, naturalny olejek do mycia :) Olej nie jest taki gęsty ani tłusty. Świetnie nada się do demakijażu.


22 września 2013

W7: Magic eyes, tusz do rzęs nie tworzący grudek


Dzisiaj co nieco o maskarze Magic eyes marki W7. Produkt od początku mnie interesował, bo nigdy nie miałam żadnego tuszu z tej firmy. Poza tym zaciekawiła mnie specyficzna szczoteczka - wcześniej nie miałam do czynienia z takim kształtem. Wszystko byłoby z nią ok, gdyby włosie było delikatniejsze i bardziej miękkie.

Do tuszowania rzęs tym tuszem trzeba się przyzwyczaić. Trzeba znać umiar, a nie machać szczoteczką w nieskończoność, ponieważ to tylko doprowadzi do mocno sklejonych rzęs. Najlepszy efekt uzyskuję, kiedy powiem sobie 'dość' w momencie, gdy wciąż mam ochotę wzmocnić efekt (więc wciąż nie byłam usatysfakcjonowana). Kilkukrotnie się na tym zawiodłam i kończyłam z rzęsami posklejanymi grupowo.

Tusz Magic eyes nie daje mocnego efektu, jest to raczej dzienny look. Nie dostajemy mocnego wydłużenia czy pogrubienia, ale za to rzęsy są nieźle podkręcone. Niestety tusz ma jedną, ale bardzo znaczącą wadę - jest bardzo oporny przy zmywaniu. Usunięcie go żelem czy zwykłym płynem micelarnym jest żmudne i często prowadzi do wypadnięcia jakiejś rzęsy. Najlepiej usuwać go dwufazówkami lub olejem - wtedy nasze rzęsy na pewno mniej na tym ucierpią. Maskara zatem nie nadaje się na wyjazdy - lepiej zabrać coś, co łatwiej się zmywa.

Ogólnie tusz jest średni - nie daje powalającego efektu, a w dodatku przy tuszowaniu można sobie zrobić krzywdę ostrą szczoteczką. Ale byłabym w stanie mu to wybaczyć, gdyby tusz nie powodował uszczerbku na moich rzęsach. Poużywałam go, przetestowałam, ale szkoda mi rzęs dla takiego efektu.


Cena: ok. 11zł      Pojemność: 15ml      Dostępność: Allegro

21 września 2013

Aktualizacja włosowa - porównanie maj-wrzesień


Dawno nie robiłam aktualizacji włosowej. Taka porównawcza między dwoma miesiącami nigdy nie gościła na moim blogu - to pierwszy raz. Jak widzicie, jestem w tej samej koszulce - uznałam, że 'wąż Eskulapa' to dość dobry miernik przyrostu. Ten niestety nie jest duży - po 4 miesiącach oczekiwałam większego przyrostu (nie mierzę włosów, więc oszacowuję tylko po długości na koszulce - możliwe, że któreś zdjęcie jest trochę przekłamane, bo inaczej na nim stoję). Okazało się, że włosy w ciągu tego czasu urosły mi tylko 3cm - strasznie mało! Ale przypominam sobie, że po drodze podcięłam odrobinę końcówki, więc 1cm mogło wtedy ubyć.

Od około miesiąca używam słynnej maski drożdżowej Babuszki Agafii i wydaje mi się, że ona działa na porost włosów. Będę używać jej dalej (starczy jeszcze na 2-3 miesiące) i potem zrobię porównanie włosowe ;) Na zdjęciu wrześniowym jestem po umyciu włosów szamponem Aleppo Planeta Organica oraz odżywieniu ich balsamem Aleppo tej samej marki.

Jak widać, moje kolorowe woodstockowe włosy nadal nie chcą zejść - trudno, może kiedyś się im to uda. Chociaż wkurzają mnie takie wypłowiałe, chętnie bym je pomalowała! Ogólnie teraz włosy są gładsze, nie wiem czy to zasługa pielęgnacji, czy też Tangle Teezera, który jest w moim posiadaniu od czerwca.

Chyba już skończę tę gadaninę, efekty widać (chociaż słabe). Oceńcie same ;)

Venus: łagodzący balsam po goleniu i depilacji (mniam!)


Od jakiegoś czasu używam balsamu od Venus. Mimo że jest on przeznaczony do stosowania po depilacji, jako produkt łagodzący, ja używam go zwyczajnie do ciała. Nawet nie miałabym jak używać go zgodnie z przeznaczeniem, ponieważ nie mam tendencji do jakichkolwiek podrażnień po goleniu.

Na początku pomyślałam, żeby komuś go oddać (dostałam ten produkt na zlocie), ale kiedy go powąchałam od razu zmieniłam decyzję. Balsam pachnie bajczenie! Jeśli kojarzycie cukierki/pastylki pudrowe, takie kolorowe, to to pachnie tak samo! Oczywiście, jeśli nie lubicie takich słodkich aromatów, to Wam nie przypasuje, ale wielbicielom ulepków polecam!

Zapach nie utrzymuje się długo i nie jest intensywny, więc czuć go w sumie tylko przy nakładaniu. Produkt ma bardzo lekką formułę, konsystencja jest dość rzadka, ale dzięki temu cały balsam spływa do dozownika i nic się nie marnuje. Przy okazji - butelkę można postawić do góry dnem (stoi trochę pod skosem, ale przynajmniej wydobędziemy kosmetyk do końca).

Nawilżenie, jakie oferuje nam Venus jest raczej delikatne, na dzień (ja go oczywiście stosuję na noc, bo na dzień nie lubię, a poza tym mam niewymagająca skórę). Kosmetyk szybko się wchłania, jednak zostawia bardzo delikatną warstwę, która podpowiada nam, że ciało jest czymś chronione. Nie powiedziałabym, że skóra się lepi czy jest tłusta, ale czuć obecność produktu na ciele. Rzecz jasna, nie mogę opisać działania łagodzącego, ale skład jest niezły, więc myślę, że nie zaszkodzi. Myślę, że to sympatyczny, lekki, delikatnie nawilżający balsam.


Cena: ok. 7zł       Pojemność: 200ml      Dostępność: przypuszczam, że różne drogerie

20 września 2013

Wibo: pomadka nawilżająca Eliksir - prezentacja 6 kolorów


  • 06 - można powiedzieć, że to róż-nude. Nałożony cienką warstwą stopi się z większością kolorów ust. Myślę, że to bardzo dzienny i mało widoczny kolor. Dobry dla osób lubiących takie odcienie na ustach i dla tych, którzy nie przepadają za beżowymi nude.

  • 03 - pomadka różowo-fuksjowa, dla wielbicielek mocnych akcentów na usta. Jak dla mnie odcień raczej dla brunetek i szatynek, ale co kto lubi :) Ja też czasami raczę się takimi odcieniami. Miałam podobny kolor szminki, ale ta jest nieco inna i dlatego jej nikomu nie oddam.
     
  • 05 - typowy beżowy nude. Jak takich kolorów nie lubię, to ten udał się Wibo na 6+ ! Uwielbiam go, nie jest za jasny, ani za brązowy, ani za beżowy - na moich ustach sprawdza się rewelacyjnie. Myślałam, że nie będę z niego zadowolona, a zawsze ląduje na moich wargach, gdy mam mocniej podkreślone oczy.
     
  • 08 - delikatnie transparentna czerwień. Daje na ustach delikatniejszy efekt niż zwykłe pomadki w takim kolorze, więc będzie dobra dla dziewczyn, które chcą zacząć swą przygodę z mocniej zaznaczonymi wargami. Kolor jest bardzo ładny, żywy i soczysty - świetny na ciepłe miesiące. Albo teraz na jesień, żeby dodać sobie trochę koloru.
     
  • 01 - róż z dodatkiem fioletu, który od razu rzuca się w oczy. Pomadka nie jest w moim stylu, daje efekt lekko trupich ust i zażółca zęby. Niemniej jednak spróbuję jej poużywać przy różnych makijażach - zobaczę, czy da się osiągnąć jakiś ciekawy efekt. Moim zdaniem pasowałaby bardziej do osób z ciemnymi włosami.
     
  • 07 - moj pierwszy Eliksir, który kupiłam w maju/czerwcu. Dobrze trafiłam z kolorem, bo mimo że nie jest najintensywniejszy, nadal dość rzuca się w oczy (na zdjęciu nie do końca to widać). Odcień podobny do 06, jednak jakby nieco bardziej neonowy. Tej pomadce robiłam zdjęcie jako pierwszej i chyba trochę za mało jej nałożyłam (poza tym pod spodem było trochę podkładu), stąd też nie wydaje się tak intensywna.


19 września 2013

Rozświetlacze: Technic - high lights vs. Benefit - high beam


W tej notce porównam dwa znane rozświetlacze. Jeden z nich to kultowy benefit - high beam, drugi to jego tańszy zamiennik Technic - high lights. Nie da się ukryć, że oba kosmetyki są bardzo do siebie podobne. Zacznijmy od opakowania - już na pierwszy rzut oka widać, że tańsza wersja wzorowała się na oryginale. Produkt marki benefit ma nieco wyższą buteleczkę, a dno jest odrobinę chudsze.

Oba rozświetlacze wyposażone są w pędzelki, takie jak w lakierach do paznokci. Nie różnią się za specjalnie, jednak 'podróbka' posiada nieco bardziej rozcapierzony aplikator. W niczym to nie przeszkadza, ponieważ przy nanoszeniu tego specyfiku, nie musimy być precyzyjni, i tak będziemy go rozcierać.

To co różni oba rozświetlacze, to raczej 'dane techniczne':
  • benefit, high beam - 13ml, ważny od otwarcia przez 6 miesięcy, 130zł
  • Technic, high lights - 12ml, ważny od otwarcia przez 24 miesiące, 15zł


Przejdźmy do najważniejszego - działania. Oba produkty pod tym względem niewiele się między sobą różnią. Efekt na policzkach jest taki sam i myślę, że nikt nie zauważyłby, że mamy dwa różne kosmetyki na sobie. Niuanse między jednym a drugim rozświetlaczem są dostrzegalne, ale tylko wtedy, kiedy się przyjrzymy.

Rozświetlacz benefit jest bardziej kremowy, gęstszy; jednocześnie daje odrobinkę subtelniejszy efekt na skórze. Natomiast Technic wydaje się być bardziej brokatowy, metaliczny i bardziej zauważalny. Są to jednak różnice znikome, nie mające wielkiego wpływu na efekt końcowy. Zatem jeśli macie ochotę na kosmetyk rozświetlający w płynie, a nie macie wielkich funduszy, to możecie spokojnie sięgnąć po high lights. Jeśli chcecie zobaczyć, jak oba kosmetyki prezentują się na policzkach, zapraszam do obejrzenia:



16 września 2013

Wibo: Express Growth nr 410


                    Marka: Wibo, Express Growth
                    Nazwa: nr 410
                    Wykończenie: kremowe
                    Kolor: brzoskwiniowy z podtonem różu
                    Krycie: lakier jest nieźle napigmentowany, dwie warstwy wystarczają
                    Inne cechy: lakier nie smuży, nie bąbelkuje; ma niezły połysk
                    Pojemność: 8,5 ml
                    Cena: ok. 6zł

15 września 2013

Sposób na olejowanie włosów?! Mgiełka olejowa!


Pewnie wiele z Was słyszało o serum olejowym na włosy, które zostało wymyślone przez Anwen. Ja raczej nazywam je mgiełką, bo serum kojarzy mi się z czymś innym. Ale przechodząc do rzeczy - zawsze olejowałam swoje włosy na sucho, od razu wcierając w nie olej. Postanowiłam jednak wypróbować sposób Anwen. Podane przez nią proporcje (1:1:1) nie do końca mi odpowiadały - psikacz cały czas mi się zacinał, a włosom mikstura nie do końca pasowała.


Do przygotowania mgiełki potrzebujemy jedynie trzech rzeczy. Żeby uzyskać roztwór, który mnie zadowala, mieszam składniki w następujących proporcjach:
  • woda (60%)
  • jakikolwiek olej (40%)
  • odżywka (najlepiej bez silikonów) - ok. pół małej łyżeczki

Wszystkie te rzeczy wlewam do opakowania z atomizerem (np. po odżywce dwufazowej) i mieszamy wstrząsając. Tym sposobem otrzymuję 100ml fajnej mieszanki. Taka ilość starcza mi na 3-4 olejowania, ponieważ bardzo obficie spryskuję nią włosy. Na jeden zabieg zużywam około 25-35ml cieczy.

Obecnie używam oleju Amla Jasmine, który jest przeznaczony do włosów blond. Jest to olej na parafinie. Muszę go zużyć szybko, ponieważ w październiku upływa jego termin, a mgiełka olejowa pozwala mi na szybkie wykorzystanie produktu. Dodaję też trochę odżywki z Isany, która nie do końca mi pasuje.


Moje włosy bardzo polubiły ten sposób olejowania. Jest szybki i efektywny. Włosy dzięki niemu są miękkie i przyjemne w dodatku. Bardzo łatwo je rozczesać. Przy okazji uważam, że to dobre rozwiązanie, kiedy musicie szybko wykorzystać olej lub po prostu danego oleju nie lubicie. Ale tym się nie sugerujcie, bo u mnie cała buteleczka schodzi bardzo szybko - u Was nie musi.

Próbowałyście? Co sądzicie?

14 września 2013

Lovely: Gloss Like Gel, 402


                    Marka: Lovely, Gloss like gel
                    Nazwa: nr 402
                    Wykończenie: drobinkowe
                    Kolor: choinkowa zieleń z kolorowymi drobinkami (nie morski! - zdjęcia źle oddają kolor)
                    Krycie: lakier jest nieźle napigmentowany, dwie warstwy wystarczają
                    Inne cechy: lakier nie smuży, nie bąbelkuje; ma puszysty pędzelek
                    Pojemność: 8 ml
                    Cena: ok. 6zł


Jako bonus chciałabym Wam pokazać moje pierwsze loki zrobione nową lokówką ;)

13 września 2013

Haul: Remington, Cien, BioDermic


Dziś przychodzę z haulem i pierwsza rzecz, jaka się w nim znalazła, to lokówka Remington. Czaiłam się na nią całkiem długo, ale nie jestem osobą, która lubi wydawać pieniądze na takie sprzęty. Z pomocą przyszedł mi PayBack, który ogłosił, że przepadnie mi jakieś 1500pkt. do lutego... Od razu zaczęłam szukać w ich ofercie czegoś ciekawego (a ciekawych rzeczy mają bardzo mało) i okazało się, że mają właśnie tę lokówkę. Kosztowała 15 699 pkt., ja miałam nieco mniej i musiałam dopłacić przelewem 10,79zł. Punkty PayBack zbiera mój tata na stacjach BP, bo musi po prostu tam tankować, a ja wybieram produkty :P Jestem ciekawa jak się sprawdzi, pewnie dam Wam znać w jakimś poście z pokręconymi włosami :D


Ostatnio na zakupach w Lidlu miałam ochotę na coś nowego... Używam lakieru do włosów bardzo rzadko, ale stwierdziłam, że przydałby mi się jakiś. Za niecałe 6zł kupiłam lidlowski lakier o mocny 4/5. Muszę powiedzieć, że nie tworzy skorupy na włosach i naprawdę ładnie pachnie. Dawno nie miałam typowego peelingu mechanicznego, a jednak trochę mi się do takich tęskniło. Zobaczyłam na półce zwykły żel i żel peelingujący. Oba nie miały w sobie SLS (wielki plus), więc wzięłam peeling do koszyka. Kosztował 4,99zł. Skusiłam się także na krem do twarzy na noc (akurat żadnego nie miałam), a że nie ma w składzie parafiny, postanowiłam zaryzykować i zakupiłam go za niecałe 9zł. Po pierwszych użyciach jestem pozytywnie zaskoczona... zobaczymy, co będzie dalej ;)


Ostatnie produkty to zamówienie ze sklepu BioDermic. Może wiecie o tym, że właśnie trwa u nich wyprzedaż niektórych kosmetyków. Ciekawe produkty można dostać już od kwoty 5,99zł. Ja skusiłam się na 4 rzeczy - krem do twarzy na noc (11,99zł), krem do szyi i dekoltu (12,99zł), krem do rąk (5,99zł) oraz peeling do rąk (5,99zł). Ceny są naprawdę kuszące i jeśli macie ochotę, to zobaczycie sobie ofertę promocyjną - KLIK. Najbardziej zniechęcające są koszty przesyłki, bo do wyboru mamy tylko kuriera za 14,50zł.

12 września 2013

Balea: dezodorant Fresh Lime


Siedzę właśnie u chłopaka, bo od niego mam bliżej na praktyki... no i nie wzięłam aparatu ani nic szczególnego z kosmetyków, a naszła mnie ochota na napisanie notki. Wzięłam więc komórkę i dezodorant, który kupiłam kiedyś w DM i zrobiłam zdjęcia. Jestem zdziwiona ich jakością, bo myślałam, że będzie gorzej.

Jakiś rok temu skusiłam się w DM na dezodorant Balea o zapachu świeżej limonki. Wiem, że mają różne rodzaje i od czasu do czasu wychodzą edycje limitowane, ale nie chciałam jakiegoś mocno owocowego czy ciasteczkowego zapachu. Dezodorant ładnie pachnie, chociaż nie powiedziałabym, że woń jest szczególnie świeża. Raczej określiłabym ten zapach jako taką słodką limonkę.

Nie jest to antyperspirant, ale muszę powiedzieć, że bardzo dobrze sobie radzi. Nigdy nie czuję się po nim niekomfortowo. Ale 48h to nie chroni, chyba oczywiste. Jeśli chodzi o minusy to chyba to, co widzę w każdym dezodorancie w sprayu - rozpylony w dużej ilości nieco dusi. Poza tym wydaje mi się, że opakowanie zostało zmienione - teraz jest bardziej zielone.


Cena: 0,85€      Pojemność: 200ml      Dostępność: DM, drogerie internetowe